piątek, 22 listopada 2013

W tym domu ja ustalam normy, czyli precz z parabenami

Ostatnimi czasy zaczęłam zwracać baczną uwagę na skład produktów, których używamy. Dawno już przestałam dogadzać dziewczynom kupnymi ciasteczkami i alergie skórne Buby... jak ręką odjął. A pieczenie psich ciastek jest już stałą pozycją na tablicy domowych zajęć. Psy ślinią się ze szczęścia, a ja jestem spokojna, że nie truję ich konserwantami i barwnikami niewiadomego pochodzenia.

W kuchni również kieruję się tą prostą zasadą: jeśli nie rozumiem, co jest napisane na odwrocie, nie jem. Oczywiście, jeśli macie wykształcenie chemiczne, to ta zasada jest do niczego. Zdarza się bowiem, że przeglądając skład wędliny lub nawet zwykłego, Bogu ducha winnego jogurtu mam wrażenie, jakbym trafiła na wykład otwarty na wydziale chemii. Są rzeczy, które dosłownie boję się włożyć do ust. I nie interesują mnie żadne zapewnienia producenta, że cała ta tablica Mendelejewa została w mojej szynce użyta zgodnie z normami. W moim domu to ja ustalam normy! Nie jakiś urzędnik z Brukseli.

Okazuje się, że piekąc własny schab i dodając do jogurtu naturalnego świeże owoce i sok owocowy możemy przynajmniej odrobinę ograniczyć ilość szkodliwych składników w naszym otoczeniu. Nie oszukujmy się. Nie uda nam się powstrzymać procesu chemizacji naszego życia. Jeszcze przez jakiś czas wielkie koncerny będą nam opowiadać bajki o tym, jak to ich "wynalazki" zmieniają świat na lepsze i są motorem rozwoju. Jakiego rozwoju? Ano rozwoju chorób skóry, nowotworów i uczuleń. Jestem daleka od stosowania wyłącznie produktów eco i przechodzenia na dietę wege. Uważam, że we wszystkim trzeba mieć umiar i przynajmniej próbować znaleźć złoty środek. Nie mogę uniknąć kontaktu z wszechobecną chemią, ale to nie oznacza, że zamierzam zupełnie osiąść na laurach. Nie wszystko mogę zrobić sama, w małej kuchni gdzieś na warszawskiej Pradze. Nie uda mi się tu hodować kurek i mieć własnych jajek, ale mogę w ramach sobotniego relaksu pojechać na wieś i kupić jaja od kurek zza płotu. Nie uda mi się uwędzić pysznych i aromatycznych wędlin, ale mogę upiec schab. I tak dalej, i tak dalej. Grosz do grosza - jak mawiała moja babcia - a będzie kokosza. Z małych rzeczy może się uzbierać całkiem przyzwoity, zdrowy tryb życia.

A kosmetyki? Nie czytajcie jeśli nie macie stalowych nerwów. Wzięłam do ręki popularny balsam, którego używam codziennie i zaczęłam sprawdzać po kolei wszystkie składniki. Gdy doszłam do połowy listy, wyrzuciłam prawie pełne opakowanie do kosza. Paraffinum liquidum (pochodna ropy naftowej)- kit blokujący oddychanie skóry i powodujący wypryski, używany jako wypełniacz i główny składnik. Sodium PCA- uszkadza włosy i powoduje alergie. Propylene Glycol- środek rakotwórczy (sic!), wysusza skórę, silnie trujący. Propyl Paraben- działa silnie alergizująco i zaburza gospodarkę hormonalną, wchłania się przez skórę do krwi. Więcej na ten temat tutaj.

Musi być jakiś sposób, żeby tego świństwa uniknąć, pomyślałam i zaczęłam grzebać w sieci. Pomysły, na które natrafiłam wypróbowałam na własnej skórze (dosłownie) i tak oto powstał mój sposób na domowy i zdrowy krem do rąk. Z powodzeniem można go używać na całym ciele. Pięknie i subtelnie pachnie, a robi się go w przysłowiowe pięć minut. Jest też bardzo wydajny. Jeden słoiczek wystarcza na ponad 2 tygodnie. Bez obaw mogą go używać kobiety w ciąży i karmiące piersią, więc jeśli macie w pobliżu jakąś mamę, zróbcie dla niej prezent.

Cytrynowy krem i peeling do rąk domowej roboty


Składniki:
  • 250 ml oleju kokosowego
  • 5 kropli witaminy C i/lub 5 kropli witaminy E (lub 2 wyciśnięte kapsułki witamin Capivit A+E)
  • 5 kropli olejku eterycznego o zapachu cytryny (do kupienia w większości marketów i aptek, zwróćcie uwagę, żeby nie było przeciwwskazań do stosowania na skórze), ewentualnie można użyć aromatu do pieczenia ciast (około 10 kropel)
  • łyżeczka soku z cytryny
  • łyżeczka płynnego miodu
  • 2 łyżki otrąb 
  1. Wszystkie składniki, oprócz otrąb, umieszczamy w malakserze i miksujemy na gładką masę.
  2. Połowę przekładamy do słoiczka, a drugą połowę mieszamy z otrębami.
I gotowe :) Mówiłam, że w przysłowiowe pięć minut ;) Oba słoiczki mam zawsze przy zlewie. Stanowią idealne S.O.S. dla wysuszonych codziennymi obowiązkami dłoni. Ale ostrzegam- jak raz spróbujecie, nigdy więcej nie kupicie kremu w sklepie :) 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz