środa, 20 listopada 2013

Serce i rozum, czyli bezrobotna pisarka szuka pracy

- Nie wiem co robić - spojrzałam na Darka błagalnym wzrokiem. Zazwyczaj uparcie robię wszystko po swojemu i wprost nie mogę znieść myśli, że ktoś mógłby w jakiejkolwiek sprawie decydować za mnie. Ale nie tym razem. Miałam ochotę zakrzyknąć razem z moją ulubioną postacią z bajki, szrekowym osiołkiem: "Niech mnie ktoś przytuli!"
- Jeśli rozum milczy, słuchaj serca - odpowiedział mój domorosły filozof.
- Sam to wymyśliłeś?
- Nie. Przeczytałem gdzieś na necie. Ale to całkiem mądre. Zupełnie, jakbym to ja to powiedział.

I tak oto nastały czasy, gdy stojąc w obliczu trudnych wyborów- zamiast poradzić się rodziców lub wsłuchać w nasz wewnętrzny głos- wpisujemy interesujące nas pytanie w okienko wyszukiwarki. Wujaszek Google zawsze służy dobrą radą.

- Jeśli rozum milczy, słuchaj serca... - powtórzyłam w zadumie. Ni stąd, ni zowąd mój brzuch wydał z siebie przeciągłe brrrummm domagając się śniadania.
- To nie było twoje serce - zauważył z przerażeniem Darek. - Ani twój rozum. To był jakiś Obcy!
- Taa, przybysz z kosmosu. Może jednak to jego powinnam posłuchać. Zaawansowana cywilizacja z innej galaktyki powinna wiedzieć, co robić.

Poczłapałam smętnie do kuchni, żeby nakarmić i uspokoić Obcego. W mojej głowie rozgrywała się prawdziwa gonitwa. Derby w Zuzington's Head. Hazard nigdy nie był moją mocną stroną (największym ryzykiem, jakie podjęłam w zeszłym tygodniu było kupienie pieczywa w nieznanej mi dotąd piekarni). A tu stoję w sytuacji, w której muszę wybrać jedną z opcji i nie mam bladego pojęcia, która okaże się korzystna. Na którego konia postawić? Serce mówi: rób to, co kochasz i bądź cierpliwa. Wcześniej, czy później osiągniesz cel. Rozum: zejdź na ziemię, daj sobie spokój z pisaniem bzdur i idź do normalnej roboty. 

Po śniadaniu dałam za wygraną. Zalogowałam się na portalu dla szukających pracy i zaczęłam wpisywać kolejno słowa-hasła. Pisarz, liczba wyszukań: 0. Fotograf, liczba wyszukań:0. Dziennikarz, liczba wyszukań: 0. Sekretarka, liczba wyszukań: 836.

Gdy zaczęłam już wyobrażać sobie siebie w ciasnym żakieciku i haluksogennych pantofelkach, podającą prezesowi kawę, moja elektroniczna poczta zabrzęczała nową wiadomością. W mailu od koleżanki widniało tylko jedno, proste pytanie: "Idziemy?" Pod nim znajdował się link do wiadomości o wieczorze filmowym z moją ulubioną aktorką.

Nie wierzę w przypadki. Jestem beznadziejną romantyczką i wiem, że nie bez powodu ten mail zabrzęczał na mojej skrzynce dokładnie w tej chwili. Zamiast dalej ubiegać się o byle jaką posadę, w byle jakiej firmie, pomyślałam o Niej. Co czuła, gdy podejmowała najważniejszą decyzję w swoim życiu? Wszyscy wokół niej na pewno też mówili zejdź na ziemię. Niewykluczone, że to samo podpowiadał jej głos rozsądku. A jednak uparła się i zrobiła po swojemu. Zrobiła tak, jak wskazywało jej serce.

źr. /www.audreyhepburn.com/

Audrey Hepburn, bo o niej tu mowa, była absolutną diwą kina. W latach 50tych i 60tych to jej gwiazda błyszczała najjaśniej na hollywoodzkim niebie. Jakie musiało być zdziwienie wszystkich osób z jej otoczenia, gdy u szczytu sławy postanowiła porzucić blichtr czerwonych dywanów i oddać się w zupełności rodzinie i działaniom humanitarnym.

Gdy patrzę na dzisiejsze gwiazdy i gwiazdeczki znane z bycia znanymi i gdy widzę, jak adoptują kolejne dzieci z krajów trzeciego świata, by móc później zaprezentować swoją szlachetność w takim czy innym piśmie, to myślę sobie że idea czynienia dobra z potrzeby serca została gdzieś po drodze wywrócona na drugą stronę, jak sweter przed praniem. Najdrobniejszy nawet gest życzliwości przeliczamy na walutę zysków i strat, a dbanie o wizerunek staje się ważniejsze, niż dbanie o drugiego człowieka.

źr. /www.audreyhepburn.com/

Gdy zajrzeć na karty biografii Audrey, wszystko staje się jasne. Jej pomaganie nie było tylko chwytem marketingowym, skrupulatnie zaplanowanym dla osiągnięcia większych zysków. Po decyzji poświęcenia swojego życia innym, Audrey nigdy nie zagrała już w kasowym hicie. W filmach pojawiała się sporadycznie, zwykle w rolach drugoplanowych. Jak sama mówiła, czasem nie mogła odmówić reżyserom, przez wzgląd na dawną przyjaźń. A pomagać musiała. Tak wskazywało jej serce. Z czasem odkrywamy, mówiła, że mamy dwie ręce. Jedną, by pomagać sobie i drugą, by pomagać innym. Dorastając w okupowanej Holandii niejednokrotnie sama cierpiała głód. Na własnej skórze poznała, czym jest wojna i jakie spustoszenie ze sobą niesie. Widziała, jak jej koleżanki umierały z niedożywienia i braku lekarstw. Te doświadczenia ukształtowały jej podejście do życia. Nigdy nie czuła się gwiazdą, nie uważała też siebie za piękną. Dziwiło ją, gdy zatrudniano ją do kolejnych filmów i przyznawano nagrody. W głębi siebie zawsze pozostawała tą skromną dziewczyną, która chce jedynie pomóc innym.

Patrząc na wybory, które sama podejmuję w życiu, dochodzę do wniosku, że rozum bywa przydatny do obliczania reszty w sklepie, do wypełniania pitów i do jeszcze kilku innych rzeczy. Ale do decydowania o kierunku, w jakim rozwija się nasze życie lepiej używać serca. Przynajmniej na koniec nikt nam nie zarzuci, że nie próbowaliśmy. A do moich ulubionych powiedzeń Audrey zdecydowanie należy to (niestety ma sens jedynie w języku angielskim):

Nothing is IMPOSSIBLE.
The word itself says:
I'M POSSIBLE. 

Tak więc pan prezes będzie musiał jeszcze trochę poczekać na swoją kawę. Postanowiłam posłuchać serca i postawić na czarnego konia :)

7 komentarzy:

  1. Super gotujesz, piszesz w prosty przystępny sposób plus robisz niesamowite zdjęcia... Dodając te zalety w jedno widzę doskonałą książkę kucharską :) Przecież do każdego ważniejszego przepisu np. do konfitur z pomidorami możesz dodać swoją historię, ja na pewno kupiłabym książkę z Twoimi przepisami do granic mozliwości rodzinnymi i ciepłymi. Nie wspomnę o psich smakołykach do których nie mogę się zabrać. Życzę dużo wytrwałości, szczęście, kreatywności i ZDROWIA :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję i jeszcze raz dziękuję. Za tych kilka miłych słów, które przy następnej chwili słabości zamienię na porządny kopniak "na rozpęd" :)

      Usuń
    2. zgadzam się w 100% ! :) CHCEMY KSIĄŻKĘ, CHCEMY KSIĄŻKĘ! :D

      Usuń
    3. Haha :) Niech teraz jeszcze tylko jakiś wydawca tak samo zakrzyknie i ksiązka gotowa :) Dziękuję kochani. Za wiarę we mnie. Zwłaszcza wtedy, gdy mnie tej wiary troszkę zaczyna brakowac :)))

      Usuń
  2. Niesamowicie wciągnął mnie post. W moim rodzinnym domu, który zostawiłem daleko w dole dzieją się podobne rzeczy, podobne dylematy. Bardzo mocno trzymam kciuki by Wam się udało :) Wiem, że moja Miła Pani chce iść bardzo do księgarni i kupić jedną z książek dla dzieci… prawdopodobnie taką, której jeszcze nie wydano… ale lada moment… kto wie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. lada moment... kto wie :) od dziś będę to sobie powtarzać, jak mantrę :)

      Usuń
    2. Koniecznie! Trzymam wszystkie swoje psie łapy! :)

      Usuń