czwartek, 28 listopada 2013

Obiecanki- nie cacanki, czyli pomidorowe z wędzoną rybką :)

Obiecany nowy przepis na psie ciacha :) Te same kruche łapki, w które na zdjęciu wpatruje się z uwielbieniem Kruszek możecie od środy spróbować w zaprzyjaźnionej z nami kawiarni Wyliczancafe na warszawskiej Pradze. Serdecznie zapraszamy :) 

Pomidorowe kruche ciastka z wędzoną rybką


Składniki:

  • 2 szklanki mąki pszennej
  • 1 szklanka mąki żytniej razowej
  • kostka masła
  • 2 żółtka
  • 3 łyżki śmietanki 30%
  • czubata łyżka mięsa z wędzonej ryby. Miałam akurat pod ręką wędzonego pstrąga, ale może być każda inna rybka, byle nie zbyt tłusta.
  • jedna gałązka natki pietruszki
  • no i oczywiście 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego- dziękuję Agnieszko, że wypatrzyłaś ten chochlik. Czyli jednak ktoś czyta tego bloga ;)))
  1. Masło rozpuszczamy w rondelku i studzimy. W malakserze miksujemy je razem z rybą, natką i śmietanką. Na koniec dodajemy żółtka oraz koncentrat pomidorowy i miksujemy małą chwilę.
  2. Mąkę wysypujemy na stolnicę i ugniatamy z masą. Ciasto może się kruszyć podczas ugniatania. To nie szkodzi. Gdy będzie już dobrze wyrobione, wkładamy je do woreczka i schładzamy w lodówce przez minimum godzinę.
  3. Po upływie tego czasu nastawiamy piekarnik na 180 stopni, dzielimy ciasto na 3 części i rozwałkowujemy je na grubość około 3 mm. Dowolną foremką wykrawamy ciastka i przekładamy je na wyłożoną papierem blachę. Pieczemy około 12 minut. Ciastka wytrzymują w nieszczelnym pojemniczku nawet do 2 tygodni i są bardzo kruche i aromatyczne :)
Smacznego psiaki!

środa, 27 listopada 2013

O reżyserowaniu filmów z dziećmi i psami, czyli nasze ciastka na mieście

Gdy zajrzałam tu pierwszy raz, za oknami kwitła wiosna. Dzieci biegały kipiąc radością po ogródku, a zamiast kawy miało się ochotę na lody i orzeźwiające koktajle. Pamiętam moje zdziwienie, gdy koleżanka zaproponowała spontaniczny wypad na coś zimnego do picia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że byłyśmy akurat w samym środku sobotniego spaceru z naszymi psiakami.

- Bardzo chętnie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą - ale obiecałam Darkowi, że pojedziemy dziś kupić spodnie. Zanim wrócimy do domu, żeby zostawić psy, zrobi się już późno.
- Ale wcale nie trzeba ich odprowadzać. Tu niedaleko jest kawiarnia przyjazna psom.

Bardzo zaintrygowało mnie to określenie. Pomyślałam też, że Buba jest już na tyle duża, że może warto zacząć zaznajamiać ją z sytuacjami, w których musi grzecznie posiedzieć i poczekać. Co prawda labradory nigdy nie dorastają (i nie mądrzeją), ale co tam! Raz kozie śmierć- pomyślałam.

Na miejscu okazało się, że wszystko się zgadza. Wyliczancafe jest kawiarnią przyjazną psom. Ale nie tylko. Wystarczy tylko otworzyć drzwi, by już w przedsionku poczuć się, jak u siebie. Nawet kolorowe haczyki na kurtki zachęcają, by odwiesić płaszcz i na chwilę zwolnić nieustanną gonitwę myśli. Na półkach pełno tu książek i gier planszowych dla dzieci w różnym wieku, pod oknem kolorowe poduchy aż się proszą, by na nich usiąść, a na ścianach wiszą fotografie uśmiechniętych dziecięcych buź i psich pysków. Tak,to miejsce jest przyjazne wszystkim: psom, dorosłym i dzieciom. Pamiętam wypowiedź Gavina Hooda- reżysera "W pustyni i w puszczy". W jednym z wywiadów promujących film wspominał, że na zajęciach z reżyserii doradzano mu, by nigdy nie brał się za kręcenie filmów z dziećmi lub ze zwierzętami. A jeśli już nie ma wyjścia, to nigdy naraz. A tu proszę. Można? Można!

Gdy my popijałyśmy swoje napoje, psiaki leżały obok stolika i nawet Buba była spokojna. Być może udzieliła jej się atmosfera tego miejsca. Już wtedy przyszło mi do głowy, że skoro my wpadamy do kawiarni na ciacho, to pies mógłby zrobić to samo. Ale, jak to zwykle bywa z pomysłami, muszą dojrzeć, byśmy odważyli się je zerwać.

Dziś pierwsza partia ciasteczek własnego wyrobu jest już dostępna w Wyliczancafe. Każdy może sobie otworzyć słoiczek i wyciągnąć ciacho dla swojego psiaka. Tego pod stolikiem albo tego, który czeka w domu. Ot tak, za darmo. Bo to kawiarnia prawdziwie przyjazna psom. I ludziom też.

* ciastka upieczone na tę okazję to pomidorowe kruche ciasteczka z wędzonym pstrągiem. Przepis już wkrótce na blogu.
** Wyliczancafe znajdziecie --> tutaj (ul. Kakowskiego 8, Warszawa)









wtorek, 26 listopada 2013

Idzie zima, idzie przeziębienie, apsik!

Jesień już właściwie za nami. Powoli przyzwyczajamy się do mrozów i chłodów. W serduchach zaczynają cichutko dzwonić dzwoneczki, z pierwszym śniegiem ich melodia przerodzi się w miliony kolęd i świątecznych szlagierów. I choć w jednym z hiper-super marketów widziałam kalendarze adwentowe (te z czekoladkami) już na Wszystkich Świętych- stały sobie skrzętnie ustawione na tej samej półce, co znicze- to dziecko we mnie ma w nosie, czy po raz setny usłyszę te same piosenki, zobaczę te same filmy i przygotuje te same potrawy. Święta nigdy się nie nudzą :)
Jednak zima przynosi ze sobą coś jeszcze. W moim domu jest taka tradycja, by wraz z pierwszym śniegiem nabawić się kataru, kaszlu i Bóg wie, czego jeszcze ;) Odporność naszych organizmów woła o pomstę do niebios. Naszych organizmów, czyli także psich. Dziewczyny mają z nami przekichane, dosłownie. Pies prędzej zarazi się przeziębieniem od człowieka, niż na odwrót. Nasze merdające ogony znoszą wszystkie nasze dziwactwa i wieczny brak czasu dla nich. Jesteśmy im coś winni. Zaczniemy od witamin :)
Na co dzień staram się przemycać do psich pysków to, co uważam, że jest im do zdrowia potrzebne. Suche chrupki smakują lepiej, gdy są polane łyżeczką tranu. Maja uwielbia pochrupać soczyste jabłuszko, a Buba choć raz naśladuje starszych nie tylko w złych nawykach ;) Psie ciacha też mogą być zdrowsze, jeśli wzbogacić je... np pomidorem.
Pomidor, pomidor!- wołają dzieci bawiąc się w "kto pierwszy skusi". Kto by jednak pomyślał, że zwykły pomidor jest takim bogactwem minerałów i witamin. Czerwone warzywko (będące tak na prawdę owocem, ale to już inna historia) aż kipi od witamin C, A i witamin z grupy B. Widziałam ostatnio taki plakat promujący zdrowe żywienie u dzieci. "Kocham- dbam" głosiło hasło. A ja to samo myślę za każdym razem, gdy robię coś dla psiaków. Kocham- dbam. 
Oczywiście nie będę oszukiwała siebie i was, że jedno takie ciastko sprawi, że psiak będzie zdrów, jak ryba. Ale ziarnko do ziarnka... :) A odrobina bekonu... chyba nie muszę pisać, że ciastka bardzo psiakom smakują ;)

Pomidorowe krakersy z bekonem


Składniki:

  • 2 łyżki posiekanego i podsmażonego boczku
  • 3/4 rozpuszczonej kostki masła
  • 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • czubeczek od łyżeczki oregano
  • 10 łyżek śmietanki 18%
  • 2 żółtka
  • 1 szklanka mąki kukurydzianej
  • 1 szklanka mąki pszennej
Przygotowanie:

  1. Wszystkie składniki oprócz mąki dokładnie mieszamy. Nie przejmujcie się, jeśli śmietanka będzie się zbijać w małe grudki.
  2. Dodajemy mąki i ugniatamy. Ciasto będzie dosyć sztywne, więc niestety trzeba w ugniatanie go włożyć troszkę siły. Obiecuję, że się opłaci.
  3. Ciasto rozwałkowujemy. Można to zrobić między dwoma arkuszami papieru do pieczenia, lub podsypując delikatnie mąką. Wykrawamy wybrany kształt ciastek i przekładamy na wyłożoną papierem do pieczenia blachę.
  4. Pieczemy przez 12 - 13 minut w temperaturze 180 stopni. 
Smacznego psiaki!


piątek, 22 listopada 2013

W tym domu ja ustalam normy, czyli precz z parabenami

Ostatnimi czasy zaczęłam zwracać baczną uwagę na skład produktów, których używamy. Dawno już przestałam dogadzać dziewczynom kupnymi ciasteczkami i alergie skórne Buby... jak ręką odjął. A pieczenie psich ciastek jest już stałą pozycją na tablicy domowych zajęć. Psy ślinią się ze szczęścia, a ja jestem spokojna, że nie truję ich konserwantami i barwnikami niewiadomego pochodzenia.

W kuchni również kieruję się tą prostą zasadą: jeśli nie rozumiem, co jest napisane na odwrocie, nie jem. Oczywiście, jeśli macie wykształcenie chemiczne, to ta zasada jest do niczego. Zdarza się bowiem, że przeglądając skład wędliny lub nawet zwykłego, Bogu ducha winnego jogurtu mam wrażenie, jakbym trafiła na wykład otwarty na wydziale chemii. Są rzeczy, które dosłownie boję się włożyć do ust. I nie interesują mnie żadne zapewnienia producenta, że cała ta tablica Mendelejewa została w mojej szynce użyta zgodnie z normami. W moim domu to ja ustalam normy! Nie jakiś urzędnik z Brukseli.

Okazuje się, że piekąc własny schab i dodając do jogurtu naturalnego świeże owoce i sok owocowy możemy przynajmniej odrobinę ograniczyć ilość szkodliwych składników w naszym otoczeniu. Nie oszukujmy się. Nie uda nam się powstrzymać procesu chemizacji naszego życia. Jeszcze przez jakiś czas wielkie koncerny będą nam opowiadać bajki o tym, jak to ich "wynalazki" zmieniają świat na lepsze i są motorem rozwoju. Jakiego rozwoju? Ano rozwoju chorób skóry, nowotworów i uczuleń. Jestem daleka od stosowania wyłącznie produktów eco i przechodzenia na dietę wege. Uważam, że we wszystkim trzeba mieć umiar i przynajmniej próbować znaleźć złoty środek. Nie mogę uniknąć kontaktu z wszechobecną chemią, ale to nie oznacza, że zamierzam zupełnie osiąść na laurach. Nie wszystko mogę zrobić sama, w małej kuchni gdzieś na warszawskiej Pradze. Nie uda mi się tu hodować kurek i mieć własnych jajek, ale mogę w ramach sobotniego relaksu pojechać na wieś i kupić jaja od kurek zza płotu. Nie uda mi się uwędzić pysznych i aromatycznych wędlin, ale mogę upiec schab. I tak dalej, i tak dalej. Grosz do grosza - jak mawiała moja babcia - a będzie kokosza. Z małych rzeczy może się uzbierać całkiem przyzwoity, zdrowy tryb życia.

A kosmetyki? Nie czytajcie jeśli nie macie stalowych nerwów. Wzięłam do ręki popularny balsam, którego używam codziennie i zaczęłam sprawdzać po kolei wszystkie składniki. Gdy doszłam do połowy listy, wyrzuciłam prawie pełne opakowanie do kosza. Paraffinum liquidum (pochodna ropy naftowej)- kit blokujący oddychanie skóry i powodujący wypryski, używany jako wypełniacz i główny składnik. Sodium PCA- uszkadza włosy i powoduje alergie. Propylene Glycol- środek rakotwórczy (sic!), wysusza skórę, silnie trujący. Propyl Paraben- działa silnie alergizująco i zaburza gospodarkę hormonalną, wchłania się przez skórę do krwi. Więcej na ten temat tutaj.

Musi być jakiś sposób, żeby tego świństwa uniknąć, pomyślałam i zaczęłam grzebać w sieci. Pomysły, na które natrafiłam wypróbowałam na własnej skórze (dosłownie) i tak oto powstał mój sposób na domowy i zdrowy krem do rąk. Z powodzeniem można go używać na całym ciele. Pięknie i subtelnie pachnie, a robi się go w przysłowiowe pięć minut. Jest też bardzo wydajny. Jeden słoiczek wystarcza na ponad 2 tygodnie. Bez obaw mogą go używać kobiety w ciąży i karmiące piersią, więc jeśli macie w pobliżu jakąś mamę, zróbcie dla niej prezent.

Cytrynowy krem i peeling do rąk domowej roboty


Składniki:
  • 250 ml oleju kokosowego
  • 5 kropli witaminy C i/lub 5 kropli witaminy E (lub 2 wyciśnięte kapsułki witamin Capivit A+E)
  • 5 kropli olejku eterycznego o zapachu cytryny (do kupienia w większości marketów i aptek, zwróćcie uwagę, żeby nie było przeciwwskazań do stosowania na skórze), ewentualnie można użyć aromatu do pieczenia ciast (około 10 kropel)
  • łyżeczka soku z cytryny
  • łyżeczka płynnego miodu
  • 2 łyżki otrąb 
  1. Wszystkie składniki, oprócz otrąb, umieszczamy w malakserze i miksujemy na gładką masę.
  2. Połowę przekładamy do słoiczka, a drugą połowę mieszamy z otrębami.
I gotowe :) Mówiłam, że w przysłowiowe pięć minut ;) Oba słoiczki mam zawsze przy zlewie. Stanowią idealne S.O.S. dla wysuszonych codziennymi obowiązkami dłoni. Ale ostrzegam- jak raz spróbujecie, nigdy więcej nie kupicie kremu w sklepie :) 




środa, 20 listopada 2013

Serce i rozum, czyli bezrobotna pisarka szuka pracy

- Nie wiem co robić - spojrzałam na Darka błagalnym wzrokiem. Zazwyczaj uparcie robię wszystko po swojemu i wprost nie mogę znieść myśli, że ktoś mógłby w jakiejkolwiek sprawie decydować za mnie. Ale nie tym razem. Miałam ochotę zakrzyknąć razem z moją ulubioną postacią z bajki, szrekowym osiołkiem: "Niech mnie ktoś przytuli!"
- Jeśli rozum milczy, słuchaj serca - odpowiedział mój domorosły filozof.
- Sam to wymyśliłeś?
- Nie. Przeczytałem gdzieś na necie. Ale to całkiem mądre. Zupełnie, jakbym to ja to powiedział.

I tak oto nastały czasy, gdy stojąc w obliczu trudnych wyborów- zamiast poradzić się rodziców lub wsłuchać w nasz wewnętrzny głos- wpisujemy interesujące nas pytanie w okienko wyszukiwarki. Wujaszek Google zawsze służy dobrą radą.

- Jeśli rozum milczy, słuchaj serca... - powtórzyłam w zadumie. Ni stąd, ni zowąd mój brzuch wydał z siebie przeciągłe brrrummm domagając się śniadania.
- To nie było twoje serce - zauważył z przerażeniem Darek. - Ani twój rozum. To był jakiś Obcy!
- Taa, przybysz z kosmosu. Może jednak to jego powinnam posłuchać. Zaawansowana cywilizacja z innej galaktyki powinna wiedzieć, co robić.

Poczłapałam smętnie do kuchni, żeby nakarmić i uspokoić Obcego. W mojej głowie rozgrywała się prawdziwa gonitwa. Derby w Zuzington's Head. Hazard nigdy nie był moją mocną stroną (największym ryzykiem, jakie podjęłam w zeszłym tygodniu było kupienie pieczywa w nieznanej mi dotąd piekarni). A tu stoję w sytuacji, w której muszę wybrać jedną z opcji i nie mam bladego pojęcia, która okaże się korzystna. Na którego konia postawić? Serce mówi: rób to, co kochasz i bądź cierpliwa. Wcześniej, czy później osiągniesz cel. Rozum: zejdź na ziemię, daj sobie spokój z pisaniem bzdur i idź do normalnej roboty. 

Po śniadaniu dałam za wygraną. Zalogowałam się na portalu dla szukających pracy i zaczęłam wpisywać kolejno słowa-hasła. Pisarz, liczba wyszukań: 0. Fotograf, liczba wyszukań:0. Dziennikarz, liczba wyszukań: 0. Sekretarka, liczba wyszukań: 836.

Gdy zaczęłam już wyobrażać sobie siebie w ciasnym żakieciku i haluksogennych pantofelkach, podającą prezesowi kawę, moja elektroniczna poczta zabrzęczała nową wiadomością. W mailu od koleżanki widniało tylko jedno, proste pytanie: "Idziemy?" Pod nim znajdował się link do wiadomości o wieczorze filmowym z moją ulubioną aktorką.

Nie wierzę w przypadki. Jestem beznadziejną romantyczką i wiem, że nie bez powodu ten mail zabrzęczał na mojej skrzynce dokładnie w tej chwili. Zamiast dalej ubiegać się o byle jaką posadę, w byle jakiej firmie, pomyślałam o Niej. Co czuła, gdy podejmowała najważniejszą decyzję w swoim życiu? Wszyscy wokół niej na pewno też mówili zejdź na ziemię. Niewykluczone, że to samo podpowiadał jej głos rozsądku. A jednak uparła się i zrobiła po swojemu. Zrobiła tak, jak wskazywało jej serce.

źr. /www.audreyhepburn.com/

Audrey Hepburn, bo o niej tu mowa, była absolutną diwą kina. W latach 50tych i 60tych to jej gwiazda błyszczała najjaśniej na hollywoodzkim niebie. Jakie musiało być zdziwienie wszystkich osób z jej otoczenia, gdy u szczytu sławy postanowiła porzucić blichtr czerwonych dywanów i oddać się w zupełności rodzinie i działaniom humanitarnym.

Gdy patrzę na dzisiejsze gwiazdy i gwiazdeczki znane z bycia znanymi i gdy widzę, jak adoptują kolejne dzieci z krajów trzeciego świata, by móc później zaprezentować swoją szlachetność w takim czy innym piśmie, to myślę sobie że idea czynienia dobra z potrzeby serca została gdzieś po drodze wywrócona na drugą stronę, jak sweter przed praniem. Najdrobniejszy nawet gest życzliwości przeliczamy na walutę zysków i strat, a dbanie o wizerunek staje się ważniejsze, niż dbanie o drugiego człowieka.

źr. /www.audreyhepburn.com/

Gdy zajrzeć na karty biografii Audrey, wszystko staje się jasne. Jej pomaganie nie było tylko chwytem marketingowym, skrupulatnie zaplanowanym dla osiągnięcia większych zysków. Po decyzji poświęcenia swojego życia innym, Audrey nigdy nie zagrała już w kasowym hicie. W filmach pojawiała się sporadycznie, zwykle w rolach drugoplanowych. Jak sama mówiła, czasem nie mogła odmówić reżyserom, przez wzgląd na dawną przyjaźń. A pomagać musiała. Tak wskazywało jej serce. Z czasem odkrywamy, mówiła, że mamy dwie ręce. Jedną, by pomagać sobie i drugą, by pomagać innym. Dorastając w okupowanej Holandii niejednokrotnie sama cierpiała głód. Na własnej skórze poznała, czym jest wojna i jakie spustoszenie ze sobą niesie. Widziała, jak jej koleżanki umierały z niedożywienia i braku lekarstw. Te doświadczenia ukształtowały jej podejście do życia. Nigdy nie czuła się gwiazdą, nie uważała też siebie za piękną. Dziwiło ją, gdy zatrudniano ją do kolejnych filmów i przyznawano nagrody. W głębi siebie zawsze pozostawała tą skromną dziewczyną, która chce jedynie pomóc innym.

Patrząc na wybory, które sama podejmuję w życiu, dochodzę do wniosku, że rozum bywa przydatny do obliczania reszty w sklepie, do wypełniania pitów i do jeszcze kilku innych rzeczy. Ale do decydowania o kierunku, w jakim rozwija się nasze życie lepiej używać serca. Przynajmniej na koniec nikt nam nie zarzuci, że nie próbowaliśmy. A do moich ulubionych powiedzeń Audrey zdecydowanie należy to (niestety ma sens jedynie w języku angielskim):

Nothing is IMPOSSIBLE.
The word itself says:
I'M POSSIBLE. 

Tak więc pan prezes będzie musiał jeszcze trochę poczekać na swoją kawę. Postanowiłam posłuchać serca i postawić na czarnego konia :)

wtorek, 19 listopada 2013

O byciu fakirem i trutkach na szczury, czyli muszę zacząć o siebie dbać

Zapobiegawczo napisałam sobie wszystko na karteczce. Wracając ze spaceru zostawiłam Bubę pod sklepem i weszłam po zakupy. Przy stoisku z wędlinami pokazałam swoje karteczki w odpowiedniej kolejności.

- Co się stało? - spytała zatroskana pani Weronika. Pokazałam palcem na swoje szczelnie oklejone szalikiem gardło i zrobiłam nieszczęśliwą minę. Podając mi woreczek z wędlinami, pani Weronika dodała:
- Niech pani o siebie dba. Coś za często pani choruje. To przez te konserwanty. Dzisiaj to już do wszystkiego to sypią. A my, jak te szczury, każdą trutkę zjemy. Byleby ją włożyć w jakiś przysmak.

Schowałam do koszyka swoją szyneczkę, prawdopodobnie naszpikowaną wspomnianą trutką i uśmiechnęłam się wdzięczna za troskę.

- Słońce, za często chorujesz - zaczął Darek, gdy położyłam się z powrotem do łóżka. Masz słabą odporność, musimy coś z tym zrobić.
- To przez konserwanty - odparłam szeptem, bo każda próba wydobycia z siebie głośniejszego dźwięku kończyła się fiaskiem.
- Konserwanty?
- Chemiczne dodatki w pożywieniu. Nie ma innego wytłumaczenia. Jemy zdrowo, dużo owoców i warzyw. Łykamy tran, mamy sporo ruchu na świeżym powietrzu - spojrzałam na Bubę smacznie śpiącą po długim spacerze.
- Może masz rację. Ale chyba nie ma sposobu, żeby w mieście tego uniknąć.
- Możemy spróbować. Ale od jutra. Dziś nie mam siły o tym myśleć.

Gardło boli tysiącem ran ciętych, a każda próba przełknięcia czegokolwiek sprawia, że czuję się, jak początkujący fakir połykający miecz. Gorączka opada pod wpływem leków tylko po to, by zaraz znowu dokonać w mojej głowie erupcji wulkanu, a całe ciało jest odrętwiałe, jakbym była wykonana z drewna. Tak, za często choruję. Najwyższa pora zacząć dbać o siebie. A w myśl zasady "Jesteś tym, co jesz", zaczniemy od tego, co ląduje na naszym stole. Od dzisiaj wszelka chemia ma zakaz wstępu do naszej kuchni. Trzymajcie kciuki, a ja postaram się od czasu do czasu opisać nasze zdrowe odkrycia i jeszcze zdrowsze sposoby :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Czarno - biały świat

O ocenianiu książki po okładce i chodzeniu na skróty, 
czyli heurystyki w natarciu
(opublikowano na portalu charaktery.eu 08.07.2013) *

- A ty gdzie się tak szykujesz? – spytał zaskoczony Darek widząc, że nakładam makijaż i najlepszą bluzkę.
- Z Basią do teatru. Pamiętasz? Mówiłam Ci, że Basia dostała z pracy 2 darmowe bilety.

Nie pamiętał. Jestem pewna, że gdyby informacja dotyczyła 2 darmowych wejściówek na gokarty, zapamiętałby ją lepiej niż ja.

- Z jaką Basią? – spytał po chwili. Coś widocznie nie dawało mu spokoju.
- Z tą koleżanką ze studiów. Przecież Ci opowiadałam, jak wpadłyśmy na siebie na ulicy.
- Z tą Basią? Myślałem, że jej nie lubisz? Mówiłaś, że jest zarozumiała.
- Wiesz, totalnie się myliłam – przyznałam zgodnie z prawdą. – Ona jest zupełnie inna.

Przez całą drogę na umówione spotkanie zastanawiałam się, ileż to już razy pierwsze wrażenie o kimś zagrało mi na nosie.  W teatrze też nie dawało mi to spokoju. Jak to możliwe, że siedząca obok mnie dziewczyna okazała się być tak uroczą i serdeczną osobą, choć miałam o niej raczej negatywne zdanie.
Gdzieś pod koniec aktu pierwszego doznałam olśnienia. Przez cały okres studiów zamieniłam z Basią może parę zdań na raczej ambiwalentne tematy. Nigdy tak naprawdę nie miałam okazji bliżej jej poznać. Mimo to jakaś część mnie (ta złośliwsza) uznała Basię za postać zdecydowanie negatywną. Dlaczego? Zastanawianie się nad tym pytaniem zajęło mi cały drugi akt, ale udało się. Przypomniałam sobie, jak na pierwszych zajęciach pierwszego roku zobaczyłam Basię i wydała mi się wtedy wyjątkowo podobna do jednej z moich licealnych koleżanek. Czy muszę dodawać, że nie pałałyśmy do siebie sympatią?

„Nie oceniaj książki po okładce” – głosi stare polskie porzekadło. Mimo to, oceniamy. I to jak! Każdą nowo spotkaną osobę pragniemy jak najszybciej poznać i przypisać odpowiedniej kategorii „lubię” vs. „nie lubię”. Ale czy robimy to świadomie i rzetelnie? A skąd! Przykładamy delikwenta do dobrze znanych nam wzorów i jeśli coś gdzieś nie pasuje- tu przytniemy, tam zagniemy- zrobimy wszystko, by jak najszybciej wyrobić sobie na jego temat zdanie. A heurystyki, czyli skróty myślowe, których wtedy używamy bywają tak abstrakcyjne, że aż niemożliwe do wyśledzenia. Całe, trwające dwie godziny przedstawienie zajęło mi dojście do skrótu, którym pobiegły moje myśli, gdy poznałam Basię. Przypominała mi nielubianą koleżankę, więc automatycznie zaliczyłam ją do kategorii „nie lubię”. Mało tego, zbudowałam sobie w głowie cały obraz Basi, jako osoby zarozumiałej, nieserdecznej i egoistycznej. A biedna Basia nie miała przecież nic a nic wspólnego z obiektem mojej niechęci. Nic? A no właśnie. Pamiętam, że miała bardzo podobną fryzurę. Tylko tyle.

Według Amosa Tversky'ego i Daniela Kahnemana tylko tyle wystarczy, by zbudować opinię na temat nieznanego nam zjawiska. To nasz sposób na odnalezienie się w otaczającej nas rzeczywistości- staramy się wszystko uporządkować i oznaczyć odpowiednią etykietką. A to, czego nie znamy, musimy najpierw poznać. Jeśli czas i okoliczności nie pozwalają nam na rzetelność, no cóż… Idziemy na skróty i oceniamy po okładce. Najczęściej poprzez zakotwiczenie, a więc nadmierne skupienie się na jednej informacji i zbudowanie całej opinii na bazie szczegółu. Tak oto, przez 5 lat studiów byłam święcie przekonana, że Basia jest zarozumiała, tylko dlatego, że miała podobnie obcięte włosy, co ktoś nielubiany.

Jeśli się nad tym chwilę zastanowić, to może się okazać, że takie błędne pierwsze wrażenia grają nam na nosie na około. Ileż to razy pomyśleliśmy, że ktoś jest taki czy owaki tylko dlatego, że kogoś nam przypominał. Moja sąsiadka jest przekonana, że jeden z polityków to prawy i dobry człowiek, choć jego partię z przekonaniem nazywa bandą złodziei i kłamców. Jednakże ten jeden polityk nosi okulary zupełnie takie, jak jej syn. I to wszystko zmienia.
A czy możemy się przed ocenianiem po okładce uchronić? Raczej nie. Musielibyśmy każdą, ale to absolutnie każdą opinię budować w sposób rzetelny i dociekliwy. A to przecież niemożliwe. Najczęściej brakuje nam informacji i czasu, by tak rzetelne dedukcje przeprowadzać. Nie mówiąc już o naszym, zwykłym, człowieczym lenistwie. Ale to już zupełnie inna historia.

A co się stało z Basią? Po przedstawieniu wybrałyśmy się na piwo. Pogoda zdecydowanie sprzyjała, by posiedzieć w ogródku kawiarnianym i pogadać o tym, jak to kiedyś było. Gdzieś między wspomnieniami różnych dziwactw naszych profesorów, a kolejnym łykiem pszenicznego mój język postanowił się rozwiązać. Opowiedziałam Basi o historii mojego pierwszego wrażenia.

- Nie przejmuj się – stwierdziła z rozbawieniem. – Ja przez całe studia miałam cię za strasznego mruka. Chyba przypominałaś mi moją siostrę.