wtorek, 29 października 2013

Pięć prostych historii o życiu

Czy można opowiedzieć o życiu w kilku zdaniach? Zastanawiam się nad tym odkąd zaczęłam pisać. Prawdopodobnie każdy pisarz marzy o napisaniu tekstu, w którym zawarty byłby sens życia. I większość zjada na tym zamiarze własne zęby. Bo choć życia doświadczamy wszyscy, nie wszyscy potrafimy dostrzec tych kilka prostych prawd, na których ono się opiera. I wcale nie trzeba wielotomowych powieści, by dotrzeć do sedna. Z doświadczenia wiem, że najtrudniejszą rzeczą w opowiadaniu historii jest trzymanie się wytyczonego kursu. Tak łatwo zboczyć i zagubić się w nieistotnych szczegółach. A wystarczy kilka krótkich historii, by dotrzeć do celu i... opowiedzieć życie.

Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym filmie, pomyślałam sobie, że nie warto poświęcać mu czasu. Ot, kolejny chwyt marketingowy na służbie jakiejś kampanii społecznej. Cel szczytny, ale wykonanie zapewne kiepskie. Obawiałam się filmu wzniosłego i patetycznego. Jestem Polką, pomyślałam. Patosu mam pod dostatkiem na co dzień. Po cóż jeszcze katować się przerostem formy nad treścią w swoim czasie wolnym?

Nazwiska krążące wokół tej produkcji też mnie nie zachęciły. Jennifer Aniston- kochana i zwariowana Rachel z "Przyjaciół" jakoś rażąco nie pasowała do tematu. Podobnie Alicia Keys- kipiąca brooklińskim seksapilem i śpiewająca głosem czarnego anioła z południa. Jej płyty mam wgrane do odtwarzacza mp3, ale w tym projekcie wystąpiła w roli reżysera i to wywołało we mnie mieszane uczucia.

No i temat. Rak piersi. Dlaczego akurat rak piersi? Czemu nie rak płuc? Tworzenie całego filmu wokół tak ściśle okrojonego tematu wydało mi się zbyt oczywiste i łopatologiczne. Zero miejsca dla domysłu, interpretacji. I znowu ta obawa o nadmiar patosu. Bo przecież jeśli ktoś decyduje się nakręcić cały film o śmiertelnie poważnej chorobie, to patos będzie aż skapywał ciężko na podłogę.

Nikt nie lubi się mylić i to jest mój jedyny zarzut pod adresem tego filmu. Zaskoczył mnie i sprawił, że na łamach własnego bloga muszę wszem i wobec ogłosić, że się pomyliłam.

Pięć odrębnych etiud filmowych. I pięć kobiet na fotelu reżyserskim. Pięć silnych, niezależnych kobiet. Każda z własnym bagażem doświadczeń. Każda w roli reżysera po raz pierwszy. Efekt? Pięć prostych historii o życiu. Tak, o życiu. Nie o chorobie. Choroba jest tylko aktorem drugoplanowym. Pojawia się w tle każdej historii, ale nigdy nie wysuwa się na pierwszy plan. Film jest całkowicie pozbawiony efektów specjalnych, głośnych nazwisk i hollywoodzkiego blichtru. Nie ma w nim też ani grama patosu. Są natomiast mądre i przemyślane dialogi i sploty wydarzeń, które zaskakują i bawią, by na koniec wycisnąć jedną małą łezkę. Ze wzruszenia, z wdzięczności za to, co mamy... Może odrobinę ze szczęścia. Bo jakie by to nasze życie nie było, i jakby się czasem nie pokomplikowało- dobrze, że je mamy.

Ach, gdyby wszystkie kampanie społeczne poparte były takimi filmowymi projektami... Świat stałby się lepszym miejscem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz