niedziela, 20 października 2013

O łapaniu ryb w rzece i kilku powodach do świętowania

- Nie wiem, co napisać - wzdycham kolejny raz nad klawiaturą, jakby modlenie się do przeraźliwie białego ekranu mogło w czymś pomóc. Na karteczkach na ścianie lista rzeczy do napisania. Tu jakiś artykuł, tam jakiś tekst na próbę, bo nikt nie chce mi uwierzyć na słowo, że faktycznie umiem pisać. Tak, umiem pisać. Nauczyłam się mniej więcej w wieku 6 lat przy pomocy elementarza i mojej babci- odpisuję na kolejny mail od kolejnego wydawcy, który postanawia jeszcze trochę mnie pomęczyć zanim powie swoje definitywne nie. Szybko jednak wciskam i przytrzymuję klawisz delete i patrzę, jak zuchwałe zdanie niknie w otchłani zapomnienia. Jestem na etapie błagalnego czołgania się u bram świata wydawniczego, czas na sarkazm jeszcze nadejdzie. Nadejdzie? Znowu wątpliwości...

- Nie wiem, co napisać - wzdycham po raz enty.
- Napisz to, co potrafisz najlepiej - odpowiada znużony głos po mojej lewej. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że tuż obok mnie siedzi nad projektem Darek. Biedak próbuje się skupić na dociąganiu kresek, a ja wciąż wzdycham i jęczę.
- Czyli co?
- To, co czujesz.

Biorę się w garść, kładę palce na klawiaturze i... nie wiem od czego zacząć. Co czujesz? Wszystko. I nic. Zupełnie, jakby kolejne emocje przepływały przeze mnie strumieniem tak szybkim, że nie jestem w stanie żadnej z nich pochwycić i zatrzymać na dłużej. Przypomina to łowienie szybkich i śliskich pstrągów w rwącej rzece. Gołymi rękoma. Gdy już zaczynam oswajać się z radością, pojawia się smutek. I tak w kółko. Ech, życie.

Dwa tygodnie temu urządziliśmy moje urodziny. Nie chciałam świętować. Kilka dni wcześniej byliśmy na pogrzebie kolegi Darka. Młody chłopak, w naszym wieku. Rodzina, dzieci, plany na przyszłość. Wypadek samochodem i wszystko to w jednej chwili odcięte, jak niechciana część biletu do kina.
- Zrobimy, jak będziesz chciała- stwierdził Darek. - To twoje święto.

Moje święto. Kolejny rok mija i tylko coraz więcej zmartwień na głowie. Bo chciałoby się wreszcie wykonać ten upragniony skok w wymarzoną przyszłość. Zacząć wreszcie żyć życiem, o jakim marzymy oboje. Realizować się i zajmować tym, co ważne. Bez ciągłego spoglądania na portfel- pomimo naszych starań wciąż anorektycznie chudy. A tu nic się nie zmienia. Czasem mamy tylko wrażenie, że ktoś zarzucił nam na głowę gęsto tkaną sieć. Im bardziej staramy się z niej wyplątać i im bardziej się miotamy, tym szczelniej nas oplata. Momentami chciałoby się klepnąć w matę na znak poddania. Może jakiś sędzia zakończyłby tę nierówną walkę i mielibyśmy wreszcie święty spokój. Z drugiej strony walkower nie jest w naszym stylu. Nie. My należymy do beznadziejnych marzycieli i uparcie wierzymy w słuszność naszej sprawy. Kiedyś przecież musi wyjść, tak jak powinno.

- A co ja mam świętować? - spytałam w końcu. - Mam już 29 lat i żadnych sukcesów na koncie.
- Jak to żadnych sukcesów? A pieski?
Spojrzałam na śpiącą w pełnym rozkroku Bubę i roześmiałam się na całego.
- No tak. Jeżeli ten brązowy dzikus, jest moim największym życiowym sukcesem, to rzeczywiście jest co świętować.

Decyzja zapadła, wieści rozesłane. A w sobotę wielkie zaskoczenie. Bo przyszli wszyscy. Serdeczni przyjaciele i rodzina. Prawdziwie życzliwe dusze. Biegając miedzy kuchnią a salonem i uprawiając radosny slalom miedzy raczkującymi maluchami potrafiłam tylko od czasu do czasu wymamrotać, że tak bardzo się cieszę, że są.

- Widzisz? - powiedział Darek, gdy już zostaliśmy wieczorem sami. - Masz tyle powodów do świętowania.
Spojrzałam na niego zaskoczona, bo zwykle to ja jestem tą stroną pocieszającą i dodającą otuchy w codziennych trudach życia. Miał jednak rację, ale cicho sza! Nie mówmy mu tego.

Wszyscy mamy mnóstwo powodów do świętowania i zdecydowanie za rzadko to robimy. Jesteśmy zdrowi i mamy wciąż siłę do pracy. Otaczają nas przyjaciele, na świecie pojawiają się dzieci, od czasu do czasu wydarza się okazja do spotkania w większym gronie. Każdy z nas ma problemy. Większe i mniejsze. Ale nie poddajemy się. Walczymy o marzenia, choćby chór głosów powtarzał nam, że nie warto. My wiemy swoje. Próbujemy, robimy co się da. Żyjemy i kochamy. I gdzieś głęboko na dnie jaźni mamy tę świadomość, że nie ma co zwlekać i odkładać wszystkiego na później. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś skasuje nasz bilet.

Odsuwam się od klawiatury i wzdycham z zadowoleniem.
- Co się stało? - pyta zaintrygowany Darek.
- Właśnie złapałam gołymi rękoma pstrąga.


2 komentarze:

  1. Też niedawno straciłam przyjaciela, jego pogrzeb potwierdził słowa mojego dziadka: po Twoim pogrzebie można poznac jakim byłeś człowiekiem. Coś w tym jest. Pisz i się nie poddawaj :) Trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to dla mnie wiele znaczy. Mam wsparcie bliskich i to już wiele znaczy, ale gdy słyszę tak miłe słowo od obcych (i jednocześnie bardzo znajomych)... no cóż- nie ma wyjścia, musi się udać :))

      Usuń