wtorek, 24 września 2013

O klatce piersiowej pewnego aktora i przezwyciężaniu uprzedzeń, czyli jeden z lepszych filmów, jakie widziałam

- Tak więc dobry aktor, powinien być elastyczny, jak plastelina. Gosling nie jest plasteliną. Jest ciachem. Nudnym i przewidywalnym. - zakończyłam swój wywód na temat aktorstwa. Darek spojrzał na mnie badawczym wzrokiem. - No co? Marzyłam kiedyś o byciu aktorką. Byłam nawet w kółku teatralnym.
- Och, przepraszam panią teatrolog. Nie sądziłem, że to dla pani taki drażliwy temat.

Gdy zaczął mi się kłaniać w pół, nie wytrzymałam i wybuchłam szczerym śmiechem.

- Ok, przepraszam - powiedziałam w końcu. - Chyba mam już po dziurki w nosie tej całej Goslingomanii. Nie da się dzisiaj wejść na żaden portal społecznościowy, żeby zaraz nie zasypało nas tysiąc zdjęć gołej klatki piersiowej tego pana. Moje koleżanki piszczą na ten widok, jak nastolatki. A ja lubię myśleć, że ten etap platonicznych miłości do plakatów mam już za sobą.
- Hmm, klatę ma faktycznie niezłą... - odpowiedział po chwili namysłu Darek.
- Kochanie, dzielę się z tobą swoimi przemyśleniami, a ty myślisz tylko o klacie Goslinga. Brutusie, i ty przeciwko mnie...

Stanęło w końcu na tym, że ja przesadzam, a Ryan Gosling to wybitny aktor, którego nie doceniam, bo jestem uprzedzona. Niech mnie ktoś zastrzeli- pomyślałam.

Gdy pewnego razu przyjaciółka zaproponowała, że pożyczy nam jakiś film do obejrzenia, Darek wystrzelił:

-A masz coś z Ryanem Goslingiem?

Przysięgam, że przez ułamek sekundy wyobrażałam sobie Darka w przebraniu rozhisteryzowanej nastolatki. Od przyjaciółki otrzymaliśmy film w różowej (o zgrozo!) okładce i polecenie: "Musicie to zobaczyć, to jeden z lepszych filmów, jakie oglądałam." Spojrzałam na nią uważnie. Czy to możliwe, że i ona dała się ponieść temu goslingowemu szaleństwu? Czy i ona piszczy na widok tego kiepskiego aktora bez koszulki, wymienia się jego zdjęciami z koleżankami i śledzi uważnie jego życie prywatne? Zawsze uważałam moją przyjaciółkę za osobę dojrzałą emocjonalnie, opierającą się szaleństwu ulotnych trendów i... no cóż- troszkę podobną do mnie. To wszystko na pewno da się jakoś wyjaśnić- pomyślałam, umieszczając wieczorem płytę w odtwarzaczu. 

W ramach romantycznej soboty w piżamach i kapciach obejrzeliśmy film z Ryanem Goslingiem w roli głównej. Obejrzeliśmy go raz, a potem drugi raz. A potem jeszcze raz przewijaliśmy film, by zobaczyć ulubione momenty. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dobre imię mojej przyjaciółki zostało uratowane.

W filmie pojawiło się niemal wszystko, co powinno się znaleźć w filmie, który zostaje z nami na dłużej. Była historia, niby banalnie prosta, a jednocześnie uroczo szczera. Była odrobina absurdu i genialna rola pana Goslinga, któremu udało się coś bardzo trudnego. Domyślam się, że trudno jest zagrać wariata w sposób zabawny i wiarygodny jednocześnie- wariata, z którego się śmiejemy, jednocześnie trzymając za niego kciuki i życząc mu, jak najlepiej. Był wyjątkowy klimat zimnej północy, który w filmach uwielbiam, przetykanej małomiasteczkową serdecznością, której w wielkim mieście tak bardzo mi brakuje. Były też przemyślane dialogi, miejscami oszczędne, by czasem obraz mógł obronić się sam, a miejscami rozbrajająco szczere i zapadające w pamięć.

Nie wiem, czy Ryan Gosling to wybitny aktor. Pewnie potrzebowałabym jeszcze kilku takich filmów, żeby się do niego przekonać. Ale Miłość Larsa to rzeczywiście jeden z lepszych filmów, jakie widziałam. A goslingowa klata nie pojawiła się w nim ani razu. I to jest dopiero komplement!

źr. /filmweb.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz