piątek, 2 sierpnia 2013

O długiej drodze na szczyt, czyli parę słów o odwadze i pamięci

- Jesteś pewien, że powinniśmy tutaj skręcić? - spojrzałam z powątpiewaniem w stronę siedzenia pasażera.
- Słoneczko, a czy ja kiedykolwiek się mylę? - odpowiedział dumnie pasażer.

Sto tysięcy przykładów przyszło mi momentalnie do głowy i wyruszyło energicznym marszem w stronę ust. Były już na koniuszku języka, gdy zarządziłam wstrzymanie działań desantowych. W rezultacie moje poliki nadęły się, jak u wyjątkowo najedzonego chomika, a z ust wymsknęło się cichutkie:

- Ty? Eee tam... skąd. Ale myślałam, że Kopiec Powstania Warszawskiego leży przy ulicy Bartyckiej.
- Ha! No właśnie nie! Wszyscy myślą, że jak przy Bartyckiej, to wejście też jest od Bartyckiej, a to błąd. Wejście jest z drugiej strony. Znam skrót.

Nadmierna pewność w jego głosie powinna była zapalić w mojej głowie jakieś ostrzegawcze światełko. W myśl zasady Kocham, więc ufam skręciłam o ulicę wcześniej, niż nakazywał zdrowy rozsądek i zaparkowałam auto.

Rozpoczęliśmy naszą wędrówkę. Szliśmy przez osiedla, następnie przez las, po drodze mijaliśmy jakąś sadzawkę i gdy myślałam już, że dojdziemy w ten sposób do Wisły, naszym oczom ukazało się wejście na Kopiec. Od ulicy Bartyckiej, a jakże. Obeszliśmy całe wzniesienie i to bardzo szerokim łukiem. Mogę się tylko domyślać, że zrobiliśmy parę ładnych kilometrów, ja oczywiście w spódnicy i niezbyt wygodnych butach. Jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby na uroczystość obchodów rocznicy wybuchu Powstania założyć obuwie do trekkingu. Nauczka dla mnie. Żyjąc z moim ukochanym Przewodnikiem powinnam być zawsze przygotowana na wszystko. Koniec końców wdrapaliśmy się na Kopiec ostatkiem sił tylko po to, by zobaczyć, jak uroczystość się kończy.

- Słoneczko, ale następnym razem musimy wcześniej wyjść - pouczył mnie Przewodnik. - Może już można było nie myć i nie układać tych włosków, co?
- Masz rację skarbie. Gdybym tylko wiedziała, że wybieramy się na wycieczkę krajoznawczą, na pewno bym ich nie myła.

Mimo wszystko (czyli mimo dzisiejszych zakwasów w łydkach i doszczętnie zniszczonych pantofelków) było warto.

Było warto, by zobaczyć wszystkie pokolenia zgromadzone w jednym miejscu, w jednym celu- by powiedzieć Pamiętamy!
Było warto, by zobaczyć, jak młodzi rodzice tłumaczą dzieciom, dlaczego to ważne.
Było warto, by zobaczyć łzy na policzkach tych, co walczyli i uśmiech na ich twarzach, gdy widzieli, że dla młodych tak wiele to znaczy.
Było warto, by zobaczyć kibiców, jak na koniec odpalają race i z dumą w głosie wykrzykują Cześć i chwała bohaterom!
Było warto, by przypomnieć sobie, że gdyby nie Oni, żylibyśmy dzisiaj w nie swoim kraju.

Powiadają, że Powstanie było błędem. Słyszałam nawet opinię, że było to zbiorowym samobójstwem. Nie jestem historykiem. Z lekcji historii pamiętam głównie to, jak nauczyciel wywoływał mnie do tablicy słowami:

- Ingielewicz, chodź no tu do mnie, bo wyglądasz, jakbyś dzisiaj nic nie umiała!

Z naukowego punktu widzenia moja opinia nie ma więc znaczenia. Ale wiem, że gdybyśmy my- dzisiejsi mieszkańcy Warszawy zostali postawieni w takiej samej sytuacji- sytuacji bez wyjścia i mieli do wyboru poddać się, lub walczyć... Wielu z nas uciekłoby z miasta. Tak, jak i wtedy. Ale wielu by zostało. I walczyliby. Mężczyźni, kobiety i młodzież. Rodzice, którzy przyszli na Kopiec z dziećmi. Walczyliby. Straż miejska. Walczyłaby. Harcerze, też. A kibice? Ci walczyliby bez dwóch zdań. I gromkimi okrzykami zagrzewaliby wszystkich do boju. I pomyśleć, że po parudziesięciu latach, jakiś patafian, który nigdy nie wykazał się jakimkolwiek przejawem odwagi powiedziałby, że to był błąd...








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz