środa, 24 lipca 2013

O dojrzewaniu do bycia dojrzałym i cudownych chwilach samotności, czyli "Liberal Arts" z Joshem Radnorem

Uwielbiam te chwile, gdy jestem w domu sama. Wybacz, kochanie. Nigdy w życiu nie zamieniłabym naszego wspólnego życia na cokolwiek innego. Prawda jest jednak taka, że gdy wspólne jest już niemal wszystko (no, może oprócz szczoteczki do zębów... chociaż?), wtedy to, co możemy mieć tylko dla siebie nabiera niemalże magicznej aury.

Tak więc za każdym razem, gdy słyszę, że musisz spędzić cały dzień poza domem i pewnie wrócisz późno, część mnie płacze rzewnie tęskniąc za tobą jeszcze zanim przekroczysz próg mieszkania. Druga część mnie- ta przebiegła- już knuje i kombinuje, co by tu porobić. Popołudnie spędzone z samą sobą to idealna okazja, by porobić wszystko to, czego we dwoje porobić się nie da. I tak w wannie pojawia się aromatyczna piana z olejkami, w kieliszku winko, a na twarzy przerażająco zielona i cudownie łagodząca maseczka. A gdy ciało i duszę ukoi relaksująca kąpiel i co najmniej jedna książka przeczytana od deski do deski, nadchodzi czas na pachnącą dzieciństwem herbatę malinową i film. Ale nie byle jaki film. Koniecznie taki, którego nie mogę obejrzeć razem z tobą. Nierealnie romantyczny, pozbawiony jakichkolwiek efektów specjalnych i zdecydowanie przegadany.

"Sztuki wyzwolone" spełniły wszystkie moje oczekiwania. Lekkie, miłe i przyjemne kino. Miejscami trochę przesłodzone, ale są przecież dni, gdy nadmiar słodkości zupełnie nie przeszkadza. No i Josh Radnor doskonale mi znany z serialu "Jak poznałem waszą matkę...". Tutaj w roli głównej oraz w roli reżysera. To nazwisko wróżyło komedię o ciekawych tekstach. Wróżyło i wywróżyło. Nawet się nie zorientowałam, kiedy film dobiegł końca. Zasłuchana i zauroczona pozwoliłam sobie uwierzyć w to, co chwilami powtarzał główny bohater. "Los nigdy nie uśmiecha się do tych, co mówią nie."

Sztuki nie są jednak ot po prostu kolejną komedią, którą pamiętamy przez około 20 sekund od pojawienia się napisów końcowych, czyli dokładnie tyle, ile zajmuje nam zastanowienie się, co zrobić jutro na obiad. Sztuki prowokują do kilku głębszych przemyśleń, a moim osobistym zdaniem, jeśli jakaś komedia romantyczna "made in USA" to potrafi, to już jest coś. Film porusza znany i już wielokrotnie rozwałkowany temat dojrzewania i stawania się dorosłym, ale... Miałam wrażenie, jakby ktoś przytulił moje serce, gdy usłyszałam, jak jeden z bohaterów, w dodatku nie najmłodszy wiekiem, stwierdza, że nikt nie czuje się jak dorosły, a wiek to wyjątkowo durna obsesja. 

Prawda jest taka, że gdzieś w głębi duszy wszyscy czujemy się, jakbyśmy mieli nadal 19 lat. Budzimy się z naturalnym i mocno zakorzenionym przeświadczeniem, że wciąż jesteśmy wręcz szczeniacko młodzi i dopiero brutalne lustro rzeczywistości uświadamia nam, że jest nieco inaczej. Zaczyna się od tego, że dzieciaki, które my pozdrawiamy wyluzowanym "cześć", odpowiadają nam grzecznym "dzień dobry" w windzie. Sami coraz rzadziej czujemy się zażenowani w sytuacjach, w których musimy zwracać się po imieniu do osób- jeszcze nie tak dawno temu- wyraźnie starszych od nas. Z czasem znajdujemy kolejne siwe włosy na czuprynie, a znajomi wokół już dawno mają dzieci i kredyty na mieszkanie. Ale wiecie, co? Ja wciąż mam to głupie wrażenie, gdy ktoś zwraca się do mnie per "Pani", że to chyba nie o mnie mu chodzi. I wciąż budzę się z naturalnym i mocno zakorzenionym przekonaniem, że jestem jeszcze szczeniacko młoda. 

Tak- wiek to bardzo durna obsesja. To idea stworzona tylko i wyłącznie po to, by narzucać nam określone role i zachowania. Na całe szczęście ważniejsze od metryczki jest to, co czujemy w środku. Amen.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz