poniedziałek, 15 lipca 2013

O byciu ciocią, udawanej chorobie i wyprawie do ZOO, czyli ciasto z truskawkami na szybko

Ostatni tydzień był tak przepełniony rodzinnymi wydarzeniami, że wciąż nie przestaję się uśmiechać. Spadły na nas miłe niespodzianki od losu, a my mogliśmy tylko rozłożyć ręce i łapać, ile się da.

7 lipca przyszła na świat córcia mojego brata. Pierwsze, wyczekiwane i wymarzone maleństwo w naszej rodzinie. Nikt nie zmrużył w nocy oka, dopóki mój brat nie zadzwonił o 6 nad ranem i nie oznajmił wymęczonym, ale dumnym głosem, że właśnie został tatą. Wszyscy zakochali się w maleńkiej Marysi od pierwszego wejrzenia, niezależnie czy widzieli ją na żywo, czy tylko na zdjęciu, ale w moim serduszku umościła już sobie szczególne miejsce. Pierwszy raz jestem ciocią- tą prawdziwą, bezpośrednią. I na prawdę muszę się wbrew sobie powstrzymywać, by nie jeździć do Marysi w odwiedziny co pięć minut i w rezultacie nie siedzieć na głowie świeżo upieczonym rodzicom.


Myślę, że wiem, co czuje teraz mój brat. Ogromną radość doprawioną szczyptą lęku, czy uda mu się podarować córeczce takie dzieciństwo, jakie sami mieliśmy. Bywało skromnie i zdarzały się smutki, ale do domu zawsze wracało się z radością. Jako brzdące udawaliśmy z bratem chorobę, by tylko nie iść do szkoły. Przystawialiśmy termometr do żarówki, by wskazywał na gorączkę. I wskazywał, a jakże! Ponad 43 stopnie. Na szczęście mama znała nasze sposoby i nie wzywała karetki pogotowia. Pozwalała nam poudawać chorobę przez jeden dzień (pewnie nawet miała z tego niezły ubaw). Wiedziała, że migamy się przed pójściem do szkoły nie z lenistwa, ale z chęci spędzenia choćby jednego dnia w ciepłym, pachnącym ciastem drożdżowym domu. Klasówka z matmy też była jakimś argumentem, ale pobocznym. A teraz to on- mój duży brat- będzie rozpieszczał swoje maleństwo i czasem pozwalał mu poudawać chorobę. Nauczy Marysię łowić ryby i zbierać grzyby tak, jak kiedyś uczył nas nasz tato. Będzie czytał na dobranoc bajki z książek, które zachowały się z naszego dzieciństwa. I będzie najlepszym tatą na świecie. Dokładnie takim, jakiego sami mamy.

W ten weekend natomiast odwiedziła nas mama i bratanica Darka. I też nie obyło się bez wzruszeń, bo wybraliśmy się do warszawskiego ZOO i okazało się, że babcia była w nim ostatni raz dawno, dawno temu, gdy Darek był jeszcze małym Dareczkiem. Dumna babcia pokazywała swojej wnuczce, co się w ZOO pozmieniało i opowiadała zabawne historie z dzieciństwa Darka. Jak to kiedyś wracał tak zmęczony do domu po grze w piłkę, że nie doszedł do celu i zasnął pod płotem. Albo jak któregoś lata pływał z kolegami w rzece i własnymi rękoma złapał w rzecznych zaroślach prawdziwego szczupaka.



A na deser było ciasto z truskawkami, takie na szybko, bo czasu nie było, by przygotować coś bardziej wyszukanego. I kilka miłych wyobrażeń na noc. Że przecież kiedyś my też będziemy chodzić do ZOO z naszymi dziećmi. I też będziemy chcieli podarować im takie dzieciństwo, które się później miło wspomina i dom, do którego zawsze chętnie się wraca. Wiemy już nawet, jak będą miały na imię, ale to jest tajemnica... :)

Ekspresowe ciasto z truskawkami


Składniki:
  • 1 szklanka cukru
  • 3 jaja
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 1 cukier waniliowy
  • 0,5 szklanki oleju (użyłam słonecznikowego)
  1. Miksujemy cukier z jajami.
  2. Dodajemy składniki sypkie i znowu miksujemy.
  3. Na koniec dodajemy olej i jeszcze raz miksujemy.
  4. Formę do pieczenia smarujemy masłem lub ewentualnie wykładamy papierem do pieczenia i wykładamy na nią całe truskawki (oczyszczone z szypułek). Truskawki zalewamy ciastem.
  5. Pieczemy w temperaturze 190 stopni przez 40 - 45 minut (zależnie od wielkości i w rezultacie od grubości ciasta).
Koniec. Mówiłam, że ekspresowe :)




2 komentarze:

  1. Tak pięknie opowiadasz, że aż łezka sięw oku kręci :)
    A ciasto też takie robię! Czasem zamiast truskawek są wiśnie, rabarbar albo śliwki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiśnie się zaczęły, więc chyba spróbuję :)

      Usuń