poniedziałek, 22 lipca 2013

Misja "Dywan" i pamiątka dla potomnych, czyli jak spędzaliśmy niedzielę

Ustaliliśmy, że w niedzielę obudzimy się o 4 nad ranem, Darek wyżłopie kawkę, ja wysiusiam psy i o 4.30 wyruszymy w kierunku Grójca na giełdę. Później na giełdę nie ma co jechać, bo wszystko najlepsze dawno wysprzedane- przestrzegała mama Darka. A nam zależało, by mieć w czym wybierać, bo kupno 2 dywanów i nieokreślonej liczby chodniczków to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza, jeśli się jedzie na takie zakupy z bardzo wybrednym (i niewyspanym) projektantem wnętrz. 

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że z własnej i nieprzymuszonej woli zafunduję sobie w mieszkaniu dywany, prawdopodobnie kazałabym mu poszukać porady specjalisty. Ja i odkurzanie, trzepanie oraz szorowanie na kolanach? Nigdy i za żadne skarby! Doskonale pamiętam, jak babcia przeklinała szorując swoje tureckie dywany o śnieg. No cóż. Nigdy nie mów nigdy, powiadają.

Gdy miesiąc temu odwiedziliśmy doktora Grzesia z Majcią lekko powłóczącą tylnymi łapami, usłyszeliśmy, że to prawdopodobnie chwilowe nadwyrężenie. Dziś wiemy już prawie na pewno, że problem jest raczej natury neurologicznej. I choć Majcia to twardzielka i radzi sobie wyśmienicie, gładka powierzchnia drewnianej podłogi zaczęła być problemem. Nie da się wytłumaczyć psu, by wchodził w zakręty powoli, bo inaczej zarzuci mu tył na boki. W efekcie Maja wpadała w poślizg na każdym zakręcie, a czasem nawet na prostej. Decyzja zapadła niemal od razu i bezgłośnie. Kupujemy dywany. Będę odkurzać i kląć, trzepać i kląć jeszcze bardziej, szorować na kolanach i rzucać takim mięsem, że lepiej żebym to robiła, gdy będę w domu sama. Nie ważne. Maja musi mieć komfort przy poruszaniu się. Wytrzymuje z nami już trzynaście lat- zasługuje na szacunek.

- Kochanie, już 4 - wyszeptałam śpiącemu susełkowi do ucha. - Musimy się budzić. 
- Słoneczko, jeszcze 5 minut - wysapał zaspanym głosem.

5 minut musiało się przerodzić w coś nieco dłuższego, bo po powrocie ze spaceru z dziewczynami zastałam susełka jeszcze w łóżku. Dopiero widok kawy podziałał motywująco. 

Udało nam się wyruszyć o 5. W drodze do Grójca dziękowaliśmy Bogu za znikomy ruch na drodze. Umysł ludzki nie jest przyzwyczajony do szybkich reakcji o tak wczesnej porze dnia, bez względu na ilość wypitych kaw i redbuli.

- Kochanie, uśmiechnij się do zdjęcia - powiedziałam do Pana Kierowcy zza komórki.
- Jezu! Słoneczko, nie rób mi zdjęć. Wyglądam, jak przeżuty i wypluty przez Bubę.
- Muszę robić zdjęcia. Będzie pamiątka dla potomnych z naszej wyprawy po dywany. Musimy mieć dużo takich pamiątek, inaczej potomni pomyślą, że byliśmy strasznymi nudziarzami i nic nie robiliśmy, tylko siedzieliśmy w domu przed komputerem.
- Potomni będą całkowicie uzależnieni od internetu, zrozumieją. A ty nie pij już więcej redbuli, bo przestaję nadążać za twoim tokiem rozumowania.
- No weź! Bo włączę disco polo...

Moja tajna broń podziałała. Zawsze działa. Niestety uśmiech, który uwieczniło zdjęcie mógłby tyle rozbawić, co i przestraszyć nawet umarłego. Uśmiech o 5 rano to zdecydowanie zbyt duże wymagania. Prawdziwy uśmiech pojawił się na twarzy Pana Projektanta dopiero, gdy gdzieś między mydłem, a powidłem wyszukaliśmy prawdziwe skarby. Cudowne dywany, może troszkę przykurzone, z tycią plamką tu i ówdzie, ale niedrogie i bardzo dobrej jakości. Wróciliśmy do domu zdecydowanie z tarczą. I padliśmy spać.

A Maja maszeruje teraz po całym mieszkaniu z dumnie podniesionym pyskiem i ogonem. Dywany zostały kupione dla niej i raczej nie na zawsze, ale spodobały nam się tak bardzo, że chyba zostaną z nami na dłużej. Choć nie wykluczone, że zmienimy zdanie, gdy przyjdzie co do czego i będzie je trzeba w końcu uprać.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz