środa, 31 lipca 2013

O odkrywaniu nieznanych krain i o powidłach z gotujących się myśli, czyli lato w pełni

- Co ci jest? - spytał porządnie zatroskanym głosem Darek. - Coś źle wyglądasz...
- Umieram - jęknęłam ostatkiem sił. - Nie wytrzymam dłużej takiej temperatury.
- O rany! Myślałem, że naprawdę coś ci dolega. Nie narzekaj. Lepiej za ciepło, niż za zimno. Przyjdzie zima, będziesz tęsknić za takimi upałami, zobaczysz.

Spojrzałam na mojego detektywa Nicka z Żaru Tropików i przez ułamek sekundy miałam ochotę palnąć go czymś zimnym w głowę, ot na przykład śnieżką, gdybym akurat miała jakąś pod ręką. Całe popołudnie przeleżałam na kanapie mając wrażenie, że lada moment zagotuje mi się mózg. Na samą myśl o zawleczeniu się do kuchni i ugotowaniu obiadu dostawałam dreszczy, a każda chęć zabrania się do jakiejkolwiek pracy kończyła się tym samym- próbą wstania z kanapy, zaniechaniem tejże próby, cichym jęknięciem i powrotem do stanu rozkładu termicznego.

W czasie, gdy ja topiłam się coraz bardziej w duszy wyrzucając sobie, że nie siedzę teraz przy komputerze i nie pracuję, Darek pracował nad swoim ostatnim projektem przeżywając autentyczny rozkwit myśli architektonicznej. Zadowolony z siebie i z wyników swojej pracy pogwizdywał w takt jakiegoś letniego hitu i co chwila wołał mnie znad biurka:

- Słońce! Chodź, zobacz co fajnego wymyśliłem!

albo:

- Słońce! Co myślisz o takiej lampie w salonie?

- Księżycu ty mój, nic nie myślę! - wykrzyknęłam w którymś momencie. Termometr w mojej głowie wskazywał na przegrzanie obwodów. - Nie mam czym myśleć, bo mi się szare komórki zagotowały na konfiturę, więc daj mi już święty spokój!

Później nastąpiła już cisza. Prawie absolutna cisza. Słychać było tylko ten wewnętrzny, upierdliwy głos mojego własnego sumienia, jak bezczelnie wytykał mi przerost formy nad treścią. Przesadziłaś - mówił. To nie jego wina, że jest upał, a ty to źle znosisz.

W którymś momencie musiałam zasnąć (albo stracić przytomność- obie wersje są prawdopodobne). Obudził mnie czuły buziak, który wylądował na moim czole. Nick z Żaru Tropików pochylił się nade mną i postawił moje gumowate ciało na nogi, po czym bez słów wyjaśnienia zawlókł mnie do łazienki i wsadził do wanny z letnią wodą.

- Alleluja! - zaśpiewały wszystkie anioły w mojej głowie, choć nie zostało ich już wiele. Większość odleciała do zimnych krajów.

Gdy temperatura mojego ciała powoli obniżała się ze 100 stopni Celsjusza do 36.6, naszła mnie pewna myśl- pierwsza w miarę mądra myśl od dłuższego czasu- znak, że powidła w mojej głowie znowu zaczynały przypominać zwój neuronów. Jeśli miałabym napisać listę rzeczy, które świadczą o trwałości uczucia, sile związku i takich tam pierdołach rodem z magazynu dla kobiet, to ta lista na pewno byłaby długa. Może nawet przyjęłaby formę książki. Ale jednym z pierwszych jej rozdziałów z pewnością byłoby stwierdzenie "kocham, pomimo..."

Każdego dnia zadziwia mnie to, jak bardzo się różnimy. To, w jak różny sposób reagujemy na świat. Jak różne rzeczy nas bawią i jak różne rzeczy nas smucą. Ale jeszcze bardziej zadziwia mnie to, jak mało te różnice znaczą i jak bardzo kochamy pomimo. A może właśnie jeszcze bardziej dzięki nim. Każdy dzień przynosi nowe i fascynujące odkrycia. Poznajemy siebie nawzajem, jak podróżnicy odwiedzający nieznane krainy i rysujemy odręczne mapy naszych charakterów. I mam nadzieję, że nigdy nie poznamy się do końca, że nigdy nie staniemy się przewidywalni. Mam nadzieję, że on jeszcze nie raz mnie zaskoczy. Na przykład robiąc mi letnią kąpiel w upalny dzień, zaraz po tym, jak byłam dla niego niemiła.

A pod wieczór udało mi się zmusić do wejścia do kuchni i poza nieskomplikowanym obiadem na kolację, ugotowałam bulion. Po co? Na bulionowe lody dla dziewczyn. One też nie lubią upałów.





środa, 24 lipca 2013

O dojrzewaniu do bycia dojrzałym i cudownych chwilach samotności, czyli "Liberal Arts" z Joshem Radnorem

Uwielbiam te chwile, gdy jestem w domu sama. Wybacz, kochanie. Nigdy w życiu nie zamieniłabym naszego wspólnego życia na cokolwiek innego. Prawda jest jednak taka, że gdy wspólne jest już niemal wszystko (no, może oprócz szczoteczki do zębów... chociaż?), wtedy to, co możemy mieć tylko dla siebie nabiera niemalże magicznej aury.

Tak więc za każdym razem, gdy słyszę, że musisz spędzić cały dzień poza domem i pewnie wrócisz późno, część mnie płacze rzewnie tęskniąc za tobą jeszcze zanim przekroczysz próg mieszkania. Druga część mnie- ta przebiegła- już knuje i kombinuje, co by tu porobić. Popołudnie spędzone z samą sobą to idealna okazja, by porobić wszystko to, czego we dwoje porobić się nie da. I tak w wannie pojawia się aromatyczna piana z olejkami, w kieliszku winko, a na twarzy przerażająco zielona i cudownie łagodząca maseczka. A gdy ciało i duszę ukoi relaksująca kąpiel i co najmniej jedna książka przeczytana od deski do deski, nadchodzi czas na pachnącą dzieciństwem herbatę malinową i film. Ale nie byle jaki film. Koniecznie taki, którego nie mogę obejrzeć razem z tobą. Nierealnie romantyczny, pozbawiony jakichkolwiek efektów specjalnych i zdecydowanie przegadany.

"Sztuki wyzwolone" spełniły wszystkie moje oczekiwania. Lekkie, miłe i przyjemne kino. Miejscami trochę przesłodzone, ale są przecież dni, gdy nadmiar słodkości zupełnie nie przeszkadza. No i Josh Radnor doskonale mi znany z serialu "Jak poznałem waszą matkę...". Tutaj w roli głównej oraz w roli reżysera. To nazwisko wróżyło komedię o ciekawych tekstach. Wróżyło i wywróżyło. Nawet się nie zorientowałam, kiedy film dobiegł końca. Zasłuchana i zauroczona pozwoliłam sobie uwierzyć w to, co chwilami powtarzał główny bohater. "Los nigdy nie uśmiecha się do tych, co mówią nie."

Sztuki nie są jednak ot po prostu kolejną komedią, którą pamiętamy przez około 20 sekund od pojawienia się napisów końcowych, czyli dokładnie tyle, ile zajmuje nam zastanowienie się, co zrobić jutro na obiad. Sztuki prowokują do kilku głębszych przemyśleń, a moim osobistym zdaniem, jeśli jakaś komedia romantyczna "made in USA" to potrafi, to już jest coś. Film porusza znany i już wielokrotnie rozwałkowany temat dojrzewania i stawania się dorosłym, ale... Miałam wrażenie, jakby ktoś przytulił moje serce, gdy usłyszałam, jak jeden z bohaterów, w dodatku nie najmłodszy wiekiem, stwierdza, że nikt nie czuje się jak dorosły, a wiek to wyjątkowo durna obsesja. 

Prawda jest taka, że gdzieś w głębi duszy wszyscy czujemy się, jakbyśmy mieli nadal 19 lat. Budzimy się z naturalnym i mocno zakorzenionym przeświadczeniem, że wciąż jesteśmy wręcz szczeniacko młodzi i dopiero brutalne lustro rzeczywistości uświadamia nam, że jest nieco inaczej. Zaczyna się od tego, że dzieciaki, które my pozdrawiamy wyluzowanym "cześć", odpowiadają nam grzecznym "dzień dobry" w windzie. Sami coraz rzadziej czujemy się zażenowani w sytuacjach, w których musimy zwracać się po imieniu do osób- jeszcze nie tak dawno temu- wyraźnie starszych od nas. Z czasem znajdujemy kolejne siwe włosy na czuprynie, a znajomi wokół już dawno mają dzieci i kredyty na mieszkanie. Ale wiecie, co? Ja wciąż mam to głupie wrażenie, gdy ktoś zwraca się do mnie per "Pani", że to chyba nie o mnie mu chodzi. I wciąż budzę się z naturalnym i mocno zakorzenionym przekonaniem, że jestem jeszcze szczeniacko młoda. 

Tak- wiek to bardzo durna obsesja. To idea stworzona tylko i wyłącznie po to, by narzucać nam określone role i zachowania. Na całe szczęście ważniejsze od metryczki jest to, co czujemy w środku. Amen.


poniedziałek, 22 lipca 2013

Misja "Dywan" i pamiątka dla potomnych, czyli jak spędzaliśmy niedzielę

Ustaliliśmy, że w niedzielę obudzimy się o 4 nad ranem, Darek wyżłopie kawkę, ja wysiusiam psy i o 4.30 wyruszymy w kierunku Grójca na giełdę. Później na giełdę nie ma co jechać, bo wszystko najlepsze dawno wysprzedane- przestrzegała mama Darka. A nam zależało, by mieć w czym wybierać, bo kupno 2 dywanów i nieokreślonej liczby chodniczków to nie lada wyzwanie. Zwłaszcza, jeśli się jedzie na takie zakupy z bardzo wybrednym (i niewyspanym) projektantem wnętrz. 

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że z własnej i nieprzymuszonej woli zafunduję sobie w mieszkaniu dywany, prawdopodobnie kazałabym mu poszukać porady specjalisty. Ja i odkurzanie, trzepanie oraz szorowanie na kolanach? Nigdy i za żadne skarby! Doskonale pamiętam, jak babcia przeklinała szorując swoje tureckie dywany o śnieg. No cóż. Nigdy nie mów nigdy, powiadają.

Gdy miesiąc temu odwiedziliśmy doktora Grzesia z Majcią lekko powłóczącą tylnymi łapami, usłyszeliśmy, że to prawdopodobnie chwilowe nadwyrężenie. Dziś wiemy już prawie na pewno, że problem jest raczej natury neurologicznej. I choć Majcia to twardzielka i radzi sobie wyśmienicie, gładka powierzchnia drewnianej podłogi zaczęła być problemem. Nie da się wytłumaczyć psu, by wchodził w zakręty powoli, bo inaczej zarzuci mu tył na boki. W efekcie Maja wpadała w poślizg na każdym zakręcie, a czasem nawet na prostej. Decyzja zapadła niemal od razu i bezgłośnie. Kupujemy dywany. Będę odkurzać i kląć, trzepać i kląć jeszcze bardziej, szorować na kolanach i rzucać takim mięsem, że lepiej żebym to robiła, gdy będę w domu sama. Nie ważne. Maja musi mieć komfort przy poruszaniu się. Wytrzymuje z nami już trzynaście lat- zasługuje na szacunek.

- Kochanie, już 4 - wyszeptałam śpiącemu susełkowi do ucha. - Musimy się budzić. 
- Słoneczko, jeszcze 5 minut - wysapał zaspanym głosem.

5 minut musiało się przerodzić w coś nieco dłuższego, bo po powrocie ze spaceru z dziewczynami zastałam susełka jeszcze w łóżku. Dopiero widok kawy podziałał motywująco. 

Udało nam się wyruszyć o 5. W drodze do Grójca dziękowaliśmy Bogu za znikomy ruch na drodze. Umysł ludzki nie jest przyzwyczajony do szybkich reakcji o tak wczesnej porze dnia, bez względu na ilość wypitych kaw i redbuli.

- Kochanie, uśmiechnij się do zdjęcia - powiedziałam do Pana Kierowcy zza komórki.
- Jezu! Słoneczko, nie rób mi zdjęć. Wyglądam, jak przeżuty i wypluty przez Bubę.
- Muszę robić zdjęcia. Będzie pamiątka dla potomnych z naszej wyprawy po dywany. Musimy mieć dużo takich pamiątek, inaczej potomni pomyślą, że byliśmy strasznymi nudziarzami i nic nie robiliśmy, tylko siedzieliśmy w domu przed komputerem.
- Potomni będą całkowicie uzależnieni od internetu, zrozumieją. A ty nie pij już więcej redbuli, bo przestaję nadążać za twoim tokiem rozumowania.
- No weź! Bo włączę disco polo...

Moja tajna broń podziałała. Zawsze działa. Niestety uśmiech, który uwieczniło zdjęcie mógłby tyle rozbawić, co i przestraszyć nawet umarłego. Uśmiech o 5 rano to zdecydowanie zbyt duże wymagania. Prawdziwy uśmiech pojawił się na twarzy Pana Projektanta dopiero, gdy gdzieś między mydłem, a powidłem wyszukaliśmy prawdziwe skarby. Cudowne dywany, może troszkę przykurzone, z tycią plamką tu i ówdzie, ale niedrogie i bardzo dobrej jakości. Wróciliśmy do domu zdecydowanie z tarczą. I padliśmy spać.

A Maja maszeruje teraz po całym mieszkaniu z dumnie podniesionym pyskiem i ogonem. Dywany zostały kupione dla niej i raczej nie na zawsze, ale spodobały nam się tak bardzo, że chyba zostaną z nami na dłużej. Choć nie wykluczone, że zmienimy zdanie, gdy przyjdzie co do czego i będzie je trzeba w końcu uprać.












środa, 17 lipca 2013

Atak klonów

- To pancerz klooonóóów! - westchnęła wyraźnie zdegustowana Anastazja. - Nie widziałaś nigdy Gwiezdnych Wojen?!
- Widziałam, widziałam - postanowiłam jeszcze trochę ją podrażnić. - To ten film z hobbitami i elfami, tak?
- O rany! Jak ty możesz mieć tyle lat i nie wiedzieć, co to są Gwiezdne Wojny...

Stanęło na tym, że jestem wyjątkowo niedouczoną starszą osobą. Faktycznie, w oczach 8-latki moje prawie 30 to prawdziwie gwiezdna odległość w czasoprzestrzeni. Zasugerowanie, że druk na jej koszulce przypomina rycerską zbroję okazało się być niedopuszczalnym faux pas i obdarzyło mnie etykietką zwykle przyznawaną dziadkom i babciom: made in średniowiecze.

Ostatni gwóźdź do trumny przybiłam sama, gdy ośmieliłam się wspomnieć, że Gwiezdne Wojny- już bez hobbitów i elfów- powstały, gdy Anastazji nie było jeszcze na świecie, a ja byłam w jej wieku.

- No co ty? To wtedy były już filmy? Niemożliwe! Znowu mnie wkręcasz.

Postanowiłam nie drążyć dalej tego drażliwego tematu. Zabrałam na spacer Bubę i moją małą kuzynkę (przeładowaną wiedzą z zakresu kinematografii) i dałam się obu dziewczynom porządnie wybiegać. W między czasie okazało się, że wyrywna i nieco dzika Buba rozumie, co to dziecko i wie, że trzeba to traktować z delikatnością.

- Darek, nie uwierzysz- odezwałam się, gdy tylko mama odebrała od nas małą Anastazję w koszulce klonów.
- Co takiego?
- Wyobraź sobie, że Buba szła z Anastazją na smyczy i ani razu nie szarpnęła. Była spokojna nawet, gdy mijały nas inne psy?
- Buba?- spytał z niedowierzaniem Darek. - A nie pomyliły ci się czasem psy? Może przez przypadek wyszłaś na spacer z jakimś innym labem...

W pewnym sensie miał rację. Wyszłam na spacer z innym psem. To była zupełnie inna Buba. Do tej pory, gdy tylko marzyliśmy sobie wspólnie, jak to kiedyś będzie i wyobrażaliśmy sobie dwójkę rozbrykanych maluchów, które chcielibyśmy mieć, coś drastycznie zakłócało tę wizję. W naszych wyobrażeniach wcześniej, czy później pojawiała się Buba biegnąca w szaleńczym pędzie i taranująca absolutnie wszystko po drodze. Tego dnia Anastazja rzucała Bubie piłkę, a pies czekał cierpliwie, aż piłka faktycznie opuści rączkę dziecka. Anastazja biegała wokół Buby w podskokach, a pies gonił ją, ale ani razu jej nie dotknął. Anastazja trzymała w garści psie smaczki i choć garść wielokrotnie była na wysokości pyska, pies nie chwycił. Anastazja prowadziła Bubę na smyczy, by po chwili upuścić smycz i pobiec po jarzębinę, a pies czekał cierpliwie w miejscu i ruszał dopiero, gdy dziecko ponownie podniosło z ziemi smycz.

Tak, byłam na spacerze z zupełnie innym psem. I bardzo go polubiłam.




poniedziałek, 15 lipca 2013

O byciu ciocią, udawanej chorobie i wyprawie do ZOO, czyli ciasto z truskawkami na szybko

Ostatni tydzień był tak przepełniony rodzinnymi wydarzeniami, że wciąż nie przestaję się uśmiechać. Spadły na nas miłe niespodzianki od losu, a my mogliśmy tylko rozłożyć ręce i łapać, ile się da.

7 lipca przyszła na świat córcia mojego brata. Pierwsze, wyczekiwane i wymarzone maleństwo w naszej rodzinie. Nikt nie zmrużył w nocy oka, dopóki mój brat nie zadzwonił o 6 nad ranem i nie oznajmił wymęczonym, ale dumnym głosem, że właśnie został tatą. Wszyscy zakochali się w maleńkiej Marysi od pierwszego wejrzenia, niezależnie czy widzieli ją na żywo, czy tylko na zdjęciu, ale w moim serduszku umościła już sobie szczególne miejsce. Pierwszy raz jestem ciocią- tą prawdziwą, bezpośrednią. I na prawdę muszę się wbrew sobie powstrzymywać, by nie jeździć do Marysi w odwiedziny co pięć minut i w rezultacie nie siedzieć na głowie świeżo upieczonym rodzicom.


Myślę, że wiem, co czuje teraz mój brat. Ogromną radość doprawioną szczyptą lęku, czy uda mu się podarować córeczce takie dzieciństwo, jakie sami mieliśmy. Bywało skromnie i zdarzały się smutki, ale do domu zawsze wracało się z radością. Jako brzdące udawaliśmy z bratem chorobę, by tylko nie iść do szkoły. Przystawialiśmy termometr do żarówki, by wskazywał na gorączkę. I wskazywał, a jakże! Ponad 43 stopnie. Na szczęście mama znała nasze sposoby i nie wzywała karetki pogotowia. Pozwalała nam poudawać chorobę przez jeden dzień (pewnie nawet miała z tego niezły ubaw). Wiedziała, że migamy się przed pójściem do szkoły nie z lenistwa, ale z chęci spędzenia choćby jednego dnia w ciepłym, pachnącym ciastem drożdżowym domu. Klasówka z matmy też była jakimś argumentem, ale pobocznym. A teraz to on- mój duży brat- będzie rozpieszczał swoje maleństwo i czasem pozwalał mu poudawać chorobę. Nauczy Marysię łowić ryby i zbierać grzyby tak, jak kiedyś uczył nas nasz tato. Będzie czytał na dobranoc bajki z książek, które zachowały się z naszego dzieciństwa. I będzie najlepszym tatą na świecie. Dokładnie takim, jakiego sami mamy.

W ten weekend natomiast odwiedziła nas mama i bratanica Darka. I też nie obyło się bez wzruszeń, bo wybraliśmy się do warszawskiego ZOO i okazało się, że babcia była w nim ostatni raz dawno, dawno temu, gdy Darek był jeszcze małym Dareczkiem. Dumna babcia pokazywała swojej wnuczce, co się w ZOO pozmieniało i opowiadała zabawne historie z dzieciństwa Darka. Jak to kiedyś wracał tak zmęczony do domu po grze w piłkę, że nie doszedł do celu i zasnął pod płotem. Albo jak któregoś lata pływał z kolegami w rzece i własnymi rękoma złapał w rzecznych zaroślach prawdziwego szczupaka.



A na deser było ciasto z truskawkami, takie na szybko, bo czasu nie było, by przygotować coś bardziej wyszukanego. I kilka miłych wyobrażeń na noc. Że przecież kiedyś my też będziemy chodzić do ZOO z naszymi dziećmi. I też będziemy chcieli podarować im takie dzieciństwo, które się później miło wspomina i dom, do którego zawsze chętnie się wraca. Wiemy już nawet, jak będą miały na imię, ale to jest tajemnica... :)

Ekspresowe ciasto z truskawkami


Składniki:
  • 1 szklanka cukru
  • 3 jaja
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 1 cukier waniliowy
  • 0,5 szklanki oleju (użyłam słonecznikowego)
  1. Miksujemy cukier z jajami.
  2. Dodajemy składniki sypkie i znowu miksujemy.
  3. Na koniec dodajemy olej i jeszcze raz miksujemy.
  4. Formę do pieczenia smarujemy masłem lub ewentualnie wykładamy papierem do pieczenia i wykładamy na nią całe truskawki (oczyszczone z szypułek). Truskawki zalewamy ciastem.
  5. Pieczemy w temperaturze 190 stopni przez 40 - 45 minut (zależnie od wielkości i w rezultacie od grubości ciasta).
Koniec. Mówiłam, że ekspresowe :)




czwartek, 11 lipca 2013

Nawał pracy i ciasto na szybko, czyli grysikowe z truskawkami

Rozpoczął się przedurlopowy szał pracy. Nie jestem pewna, czy można mówić o urlopie, gdy wykonuje się wolny zawód, ale wyjazd na 10 dni wymaga pewnych przygotowań niezależnie od tego, czy pracuje się od godziny 8 do 16, czy od godziny 8 do 24 (wolny zawód ma z wolnością nie wiele wspólnego).

- Mam tyle roboty, że nie wiem, co jest tylko ważne, a co ważniejsze - westchnął zrezygnowany Darek, uruchamiając nad ranem komputer. Na pulpicie momentalnie pokazały się projekty i rysunki "na wczoraj", a skrzynka mailowa pokazała tuzin nowych wiadomości od klientów. Jedne dotyczyły spraw tak błahych, jak kolor farby, który okazał się beżowo szary, a miał być niebiesko szary. Inne zawierały pytania natury niemalże filozoficznej, jak na przykład pytanie o sens istnienia oświetlenia w tym, a nie w innym miejscu.

- Zrób listę tych wszystkich ważności i zaznacz różnymi kolorami te, które możesz zrobić po powrocie i te które musisz zrobić przed wyjazdem - doradziłam mu na bazie własnego doświadczenia. Na lodówce wisi taka kolorowa lista Pani Domu. Umyć okna, zrobić porządek w komórce, sprawdzić pocztę... Perfekcyjna Pani Domu? Nie, ale z ambicjami.

Gdy mój Pracuś przedzierał się przez kolejne warstwy zadań na liście, poszłam do kuchni i zrobiłam coś na osłodę życia. Tak na szybko i od ręki, korzystając z tego, co akurat miałam pod ręką. A los chciał, że akurat pod ręką miałam kaszę mannę, do której już od jakiegoś czasu próbuję się przekonać. No i proszę- najlepsze ciasto z truskawkami na zimno, jakie jadłam. I praca od razu lepiej idzie.

Grysikowe ciasto z truskawkami

Składniki:
  • 2 opakowania herbatników (użyłam herbatników znanej i cenionej firmy Tesco ;)
  • 1 litr mleka
  • 200 g masła
  • 1 szklanka cukru
  • 1 opakowanie cukru wanilinowego
  • 1 szklanka kaszy manny
  • 500 g truskawek
  • 2 opakowania galaretki truskawkowej

  1. Galaretki rozpuszczamy w 750 ml wody, odstawiamy do przestudzenia.
  2. Formę wykładamy papierem do pieczenia i układamy na dnie herbatniki.
  3. W garnku zagotowujemy mleko z cukrami i masłem. Do gorącego mleka dodajemy szklankę kaszy manny i zagotowujemy mieszając. Gdy się zagotuje, zdejmujemy z ognia i dalej mieszamy, aż masa będzie gęsta i jednolita. Można dodatkowo użyć ręcznego blendera. Gorącą jeszcze masę wylewamy na herbatniki i rozprowadzamy równomiernie. W jeszcze ciepłą kaszę (ale nie gorącą) wciskamy truskawki. Wkładamy na pół godziny do lodówki, by przestygło.
  4. Na koniec zalewamy galaretką.
Smacznego!





wtorek, 9 lipca 2013

Łaskawa bogini temperatury i historia starych jeansów

Chłodniej... co za ulga. Z nabożną czcią przyglądam się cyferkom na naszym termometrze. Nareszcie bogini temperatury wysłuchała moich modlitw i zbliżyła się nieco bardziej do 20

- Co ci jest? - spytał któregoś dnia Darek widząc, jak z jękiem osuwam się na łóżko.
- Gorąco mi - wyjęczałam ostatkiem sił. - Tak mi gorąco, że aż nie wiem, co ze sobą zrobić.
- No co ty? Właśnie fajnie jest. Nareszcie ciepełko. Jak dla mnie, to mogłoby tak być przez cały rok.

Na samą myśl, że mogłoby tak być przez cały rok przeszedł mnie dreszcz. Zapragnęłam znaleźć się na północ od Warszawy. W moim nadmorskim miasteczku rodzinnym nigdy nie było upałów latem. Było ciepło, ale nie za ciepło. Akurat w sam raz. A jeśli nawet lipcowe słońce dawało się we znaki, wystarczyło wsiąść w autobus linii numer '1' i w 20 minut było się na plaży. Na cudownie słonecznej, ale i przyjemnie chłodnej plaży. I wszystko już było jedno. Sprzedawcy jagodzianek, lodów, kukurydzy i wszelkich innych dóbr krążyli po plaży ze swoimi rytualnymi wołaniami, dzieci biegając za piłką opiaszczały wszystko i wszystkich, a w złotym piasku raz po raz można było natrafić na malownicze śmieci. Ale wszystko było jedno. Chłodna woda otulała stopy, a słońce ogrzewało myśli. I człowiek nie mógł pozbyć się wrażenia, że szum fal wypełnia od środka, zupełnie jakby się było śpiewającą muszlą - pełną tajemnic i marzeń.



- Nasz organizm ma temperaturę 36,6 - kontynuował mój kochany teoretyk. - Więc tak na logikę, taka temperatura jest dla nas optymalna.
- Taka temperatura jest optymalna dla udaru cieplnego- skwitowałam.

Dziś jest jednak odrobinę chłodniej. Bogu niech będą dzięki. Uczciłam ten dzień wielkim sprzątaniem szafy. Przy okazji rozprawiłam się z ciuchami, których nikt nie nosił już od paru lat. Na samym dnie darkowej części szafy znalazłam jeansy. Nigdy nie widziałam, żeby Darek miał je na sobie i gdy tylko przyjrzałam im się bliżej, zrozumiałam dlaczego. Na obu kolanach miały dziury, które nie miały nic wspólnego z modnymi przetarciami.

- Co się stało tym portkom? - spytałam zatroskanym głosem. - Kto im to zrobił?
- Pamiętasz, jak wylądowałaś w szpitalu na rotawirus?
- Pamiętam, to było zaraz po tym, jak się poznaliśmy.
- No właśnie. A pamiętasz, jak kiedyś przyszedłem do ciebie wieczorem, po pracy i trochę utykałem.
- Pamiętam. Mówiłeś, że cię złapał skurcz.
- No właśnie. Możliwe, że trochę skłamałem - spojrzał na mnie przepraszającym wzrokiem. - Nie chciałem, żebyś pomyślała, że jestem ostatnim ofermą.
- A co się stało? - zaczynałam być coraz bardziej zaniepokojona.
- No... powiedzmy, że ten skurcz, który mnie złapał był tak na prawdę łańcuchem na parkingu pod pracą, przez który chciałem przeskoczyć. Spieszyłem się, żeby mnie jeszcze wpuścili do ciebie w odwiedziny no i... tak jakoś wyszło.

Pamiętałam to wszystko dokładnie. Przyszedł do mnie wtedy wyjątkowo późno, mówiąc, że musiał coś jeszcze załatwić. Dziś wiem, że musiał pojechać do domu, opatrzyć kolana i zmienić spodnie. Te podziurawione uprał i wkitrał na samo dno szafy. Bał się, że wezmę go za ofermę. Tak bardzo się mylił.
Prawda jest taka, że ja już wtedy wiedziałam, że znalazłam mapę drogi do domu, jaką jest dla nas TA druga osoba. Zakochałam się w tym pozytywnie zakręconym chłopaku od pierwszego wejrzenia, ale musiałam się porządnie rozchorować, żeby zrozumieć, że to ten. Ten jeden jedyny, z którym chcę się śmiać i czasem płakać. Ten, przy którym nie wstydzę się być czasem słaba i który dodaje mi odwagi, bym była na co dzień supermenką. Ten, którego widzę, gdy wyobrażam sobie przyszłość. Czuwał przy mnie całą noc, gdy zaczęłam chorować. Nosił mnie na rękach do łóżka, gdy było już ze mną tak źle, że przelewałam się przez ręce. Opieprzał sanitariuszy z pogotowia, gdy rezolutnie doradzili mi zjeść czekoladę. I tak bardzo spieszył się, by mnie odwiedzić w szpitalu, że złapał go skurcz w kolanach ;)

A spodnie? Nie mogłam ich wyrzucić. Te spodnie są częścią naszej historii i mają znaczenie bardzo symboliczne :) Wymagały tylko kilku poprawek i gotowe.








czwartek, 4 lipca 2013

O domowych stołach i modnych pumpach czyli pożegnanie ze szparagami

Nic nie trwa wiecznie. Sezon szparagowy mija bezpowrotnie, przynajmniej do następnego roku. Prawdopodobnie ostatni raz przygotowałam te cudnie zielone pałeczki na obiad. Tym razem prosto i zwyczajnie, z boczkiem i cebulką.

Moda. To słowo przychodzi mi do głowy, gdy myślę o szparagach. Parę (no dobrze, paręnaście) lat temu szparagi pojawiały się na polskich stołach tak często, jak często partie rządzące realizowały swój program wyborczy. Raczej rzadko. Mam na myśli oczywiście nasze stoły. Te domowe, których nie nakrywa się białymi obrusami razem z każdym nowym gościem. Te ozdobione okruszkami po śniadaniu, otoczone śmiechem i radosną paplaniną dzieci. Kto by wtedy pomyślał, żeby na obiad podać szparagi pod beszamelem, albo zapiekane w sosie śmietanowym?

Samo słowo moda budzi we mnie mieszane uczucia. Każe przybrać postawę obronno-zdystansowaną. Modne jest bowiem zwykle to, co ktoś chce wypromować i w rezultacie wcisnąć nam, jako obiekt naszego pożądania. Modne są buty na paskudnie niewygodnym i klockowatym obcasie. Modne są różowe kocie łepki na akcesoriach dziecięcych i (o zgrozo!) również dorosłych. Modne są produkty light pozbawione kalorii i wszelkich substancji odżywczych. Modne są… W głowie się kręci.

- O Boże! Co to jest? - spytał ze zdegustowaniem Darek, pokazując mi niekształtny zwitek materiału uwieszony na sklepowym wieszaku. Wybraliśmy się na tak zwany szoping w poszukiwaniu przyzwoitych spodni. W praktyce miało to o wiele więcej wspólnego z poszukiwaniem igły w stogu siana. Dosłownie w stogu. W licznych stogach niedbale rzuconych na kupy ubrań „po przecenie”.

- To chyba jest sweter - oceniłam to wprawnym, kobiecym okiem.
- Ale to ma nogawki – zaniepokoił się Darek.
- Jezu! To się rusza! To ŻYJE!! – zaczęłam potrząsać wieszakiem i wygłupiać się w najlepsze. Całą tę sytuację obserwował z ukrycia przyczajony sprzedawca. Podszedł do nas z niesmakiem wypisanym na całej twarzy i oznajmił:

- TO są pumpy i panu raczej NIE BĘDĄ pasować, bo to są DAMSKIE pumpy.

Wybiegliśmy ze sklepu gotując się od wewnętrznego śmiechu. Damskie pumpy są w tym sezonie modne, jak się okazuje.

Moda może mieć jednak pozytywny oddźwięk. Modne są produkty bio, eko czy slow i bez względu na to, jak zinterpretujemy te magiczne słowa, moda ta skłania nas do traktowania naszego ciała, jako inwestycji na przyszłość, a nie jako śmietnika na zawsze. Modne jest bieganie. Biegamy już wszyscy: młodzi, starzy, kobiety i dzieci. I pal licho, że najczęściej biegamy na fejsbuku. Sport to zdrowie bez względu na to, czy uprawiamy go bo lubimy czy uprawiamy go bo chcemy być lubiani. Modne jest też blogowanie :) I to tez ma swoje plusy, bo pisząc coś od czasu do czasu mogę podzielić się z Wami swoim zachwytem a czasem nawet zdziwieniem światem.

- To jest chyba trochę tak, jak z celebrytami – zawyrokował Darek. – Są tacy, co są znani z tego, że są znani. Ale jest garstka tych, co są znani za zasługi. Moda też może być modna, bo jest modna. Ale są też rzeczy modne dlatego, że są dobre.

Amen.



wtorek, 2 lipca 2013

O oblizanym pierścionku zaręczynowym i studni bez dna, czyli Puszysta Pianka Jogurtowa z Malinami

Lato jest zwierciadłem naszych wspomnień z dzieciństwa. Żadna inna pora roku nie sprowadza na mnie takiego gradu fotografii przechowywanych w pamięci. Z każdej wyprawy na targ znoszę do domu całe torby letnich skarbów i zanim zdecyduję, co z nich stworzyć, przyglądam im się i wspominam. I marzę, żeby kiedyś znowu lato mogło tak smakować. I pachnieć. 

- O czym tak dumasz?- wyrywa mnie czasem z zamyślenia Darek.
- A, o niczym takim... - odpowiadam wymijająco. Uśmiecham się do niego, a on już wie, że nie ma sensu pytać głębiej. Ta studnia jest zdecydowanie zbyt głęboka, by zobaczyć dno. Czasem tylko jakieś jedno wspomnienie wypłynie na policzek małą, cichą łzą. Ani gorzką, ani słoną. Ot, taką nawet trochę szczęśliwą. Bo jak się tak dobrze wsłuchać w echo szumiące i świszczące w tej studni wspomnień, to muszę przyznać, że jestem cholernie bogata. Mogę mieć debet na koncie, ale w sercu mam całe miliony dobrych, słodkich wspomnień.

Wspomnień paraliżująco zimnej wody w morzu, do którego wbiegaliśmy z rozpędu- kto ostatni się zanurzy, ten jest boidudkiem! Boidudkiem zwykle byłam ja. 

Wspomnień smaku lodów truskawkowych, na które zabierał nas tato w dniu wypłaty. W upalne dni nie sposób było jeść je szybciej, niż się roztapiały. W rezultacie wracaliśmy do domu cali poklejeni i umorusani.

Wspomnień galaretek z owocami, które robiła dla nas babcia. W letnie dni nikomu nie przyszłoby do głowy piec ciasta. Jeść się zresztą też nie chciało. Galaretki natomiast pałaszowaliśmy, aż nam się uszy trzęsły. I pamiętam, że zawsze sobie wyobrażałam, że właśnie tak wyglądają prawdziwe klejnoty. Kolorowe, błyszczące, przezroczyste. I cudownie owocowe.

- A co ty robisz, aniołku? - spytał kiedyś dziadek widząc, jak oblizuję zaręczynowy pierścionek babci ze szklisto-zielonym szmaragdem.
- Smakuję aglestową galaletkę - brzmiała rezolutna odpowiedź czteroletniej Zuzi.

I jeśli miałabym wybrać jeden, jedyny smak, z jakim kojarzy mi się lato, to byłyby to maliny. Cudownie różowe rubiny malin. Oczywiście w galaletce.


Puszysta pianka jogurtowa z malinami
Składniki:
  • 300 g czekoladowych ciastek Hit
  • 50 g roztopionego masła
  • 500 ml śmietanki 30% (schłodzonej)
  • 1000 g gęstego jogurtu greckiego (w temperaturze pokojowej)
  • 6 łyżek cukru pudru
  • 7 łyżeczek żelatyny rozpuszczonej w 1/3 szklanki gorącej wody
  • 2 galaretki malinowe
  • maliny (użyłam 2 małych kobiałek)
Ciastka i roztopione masło miksujemy w malakserze. Lepiliście kiedyś babki z mokrego piasku? Dokładnie taką konsystencję powinna mieć ciasteczkowa masa :) Formę wykładamy papierem do pieczenia i wysypujemy nasz "piasek". Rozkładamy go równomiernie i uklepujemy. Całość wkładamy do lodówki na pół godziny.

W tym czasie przygotowujemy piankę. Najpierw rozpuszczamy żelatynę i odstawiamy ją na bok.
Śmietankę ubijamy na sztywno. Jeśli czujecie, że bita śmietana nie darzy Was wielką sympatią i może się na złość zważyć, użyjcie Śmietan-fixu. Z fixem czy bez, pamiętajcie, by śmietanka była porządnie schłodzona.
Do żelatyny (nie może być gorąca, najwyżej letnia) dodajemy 3 łyżki jogurtu i dokładnie mieszamy. Z jogurtem sytuacja jest odwrotna do śmietany- lepiej jeśli nie jest z lodówki. Zimny jogurt przyspiesza tężenie żelatyny. Jeśli robicie to ciasto zimą i w waszym domu jest chłodno, możecie przelać jogurt do garnuszka i delikatnie podgrzać. Ale tylko delikatnie. Nie wolno zagotować.
Do jogurtu dodajemy cukier puder i dokładnie mieszamy, by uzyskał bardziej jednolitą konsystencję. 

Dolewamy do nich naszą żelatynę i znowu dokładnie mieszamy. Na koniec dodajemy jogurt do bitej śmietany. Robimy to powoli, cały czas miksując na średnich obrotach. To jedyny bardziej skomplikowany moment wymagający odrobiny delikatności. Obiecuję :)
Masę jogurtową wylewamy na ciasteczkowy spód i równo rozprowadzamy. Na koniec wciskamy w nią maliny. Jak najwięcej malin :) Całość powinna się chłodzić w lodówce przez minimum 6 godzin. Ja zostawiłam ciasto w lodówce na noc.
Na koniec wystarczy przygotować galaretki. Dodajemy o 1/4 mniej wody, żeby były bardziej zbite. Gdy galaretka przestygnie, wylewamy ją delikatnie na nasze ciasto. Powinna przykryć nasze maliny. Galaretka będzie tężeć w lodówce około godziny.
I gotowe :) Ciasto powinno być delikatne i puszyste, delikatnie kwaskowe, z chrupiąco czekoladowym spodem. Smacznego!