poniedziałek, 10 czerwca 2013

Wszystkie smaki miłości


Nie jestem wielką fanką kina romantycznego, ale uwielbiam filmy o miłości. Absurd? Nic podobnego. Filmy romantyczne, a filmy o miłości to zupełnie dwie różne pary kaloszy. A więc temat w sam raz na epokę potopów i zalań.

Zboczenie zawodowe (a właściwie amatorskie) nakazuje mi użyć metafory kulinarnej. Romansidła są jak mocno przesłodzony deser. A nadmiar słodkości wywołuje u mnie mdłości.

Natomiast miłość to istne kulinarne szaleństwo. Ma w sobie wszystkie smaki świata. Odrobinę pieprzu cayenne dla rozgrzania zmysłów, szczyptę ziela angielskiego dla zabicia nudy, łyżkę kwaśnego octu winnego dla podkreślenia smaku i zioła- mnóstwo aromatycznych ziół pachnących wspomnieniami wspólnie spędzanych chwil, nawet tych najmniejszych i codziennych. Słodycz też, ale jest jej akurat tyle, by całej potrawy nie zasłodzić. Jak inaczej moglibyśmy poczuć inne smaki?

Obejrzałam ten film trochę od niechcenia. Obawiałam się bardzo, że będzie to film właśnie romantyczny. Na całe szczęście mocno się myliłam. Like crazy to opowieść o miłości, która smakuje bardzo różnie, nawet jeśli zaczyna się zwykle podobnie- słodkim deserem w postaci zauroczenia. Oto on i ona poznają się na studiach. Zakochują się w sobie zauroczeniem tak czystym i niewinnym, że miałoby się ochotę na nich tylko patrzeć godzinami. Ale na tym koniec happy endu. Wygląda na to, że pomimo szaleńczej wprost potrzeby bycia ze sobą, coś wiecznie staje im na drodze. Jak nie czar, to urok. Jak nie urząd imigracyjny, to jego kochanka.

Ale Like crazy to nie tylko film o ich miłości, wystawianej na liczne próby, z których wychodzą bardziej lub mniej obronną ręką. Like crazy to pytanie postawione nam samym. Co sprawia, że nie potrafimy bez siebie żyć? Dlaczego czujemy ten ucisk w sercu, gdy druga osoba się od nas oddala? I... może najważniejsze z pytań... czy można od siebie odejść, by później powrócić i zacząć od nowa?

Patrzę na Darka, jak dłubie przy komputerze projekt i chyba powoli dosięgam odpowiedzi.

Każdego dnia oddalamy się od siebie, by po chwili do siebie wrócić. Gdy pochłania mnie kolejny tekst, oddalam się od niego. Gdy on gna na spotkanie z klientem, oddala się ode mnie. Nie tylko w sensie rzeczywistym, geograficznym. Oddalamy się od siebie myślami. Ale moim zdaniem, to nie ilość tych chwilowych rozstań ma znaczenie, ale radość i siła czerpane z powrotów. Wystarczy że za każdym razem, gdy wracasz myślami do tej osoby czujesz, że kochasz ją like crazy. To jest właśnie miłość dobrze przyprawiona.

Smacznego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz