niedziela, 2 czerwca 2013

Polubić zupy, czyli krem z młodych marchewek z groszkiem

Nigdy nie przepadałam za zupami. Traktowałam je, jako niezbyt przyjemny obowiązek. Coś, jak reklamy w trakcie filmu. Nikt ich nie lubi, ale jeżeli film jest tego wart, znosimy je cierpliwie. Na całe szczęście trzy-daniowy podział obiadu musiałam znosić tylko raz w tygodniu, podczas niedzielnego obiadu u dziadków. Siedząc przy stole i mając pod pupą dwie poduszki (jako dziecko byłam wyjątkowo mała), mozolnie siorbałam swój rosół licząc na to, że im dłużej będę go jeść, tym większa część wyparuje. Zasada była prosta. Na stole nie pojawiało się kolejne danie, dopóki choć jedna osoba kończyła poprzednie. I tak oto wszyscy zgromadzeni modlili się nad swoimi dawno już pustymi talerzami po zupie i coraz mniej cierpliwie wpatrywali się w małą Zuzię, jak ta od dobrych kilkunastu minut kończy zupę. Z opresji zwykle ratował mnie dziadzio. Po części dlatego, że było mu mnie żal, a po części dlatego, że sam nie mógł się już doczekać głównego dania.

- Hania! -wołał do grożącej mu spojrzeniem babci. - Przecież od zupy dzieciak nie urośnie. Ziemniaków musi pojeść, pulpecika... Zupę to się więźniom daje.

I już go nie było przy stole, a wraz z nim znikały talerze po zupie, na czele z moim- wciąż bardziej pełnym niż pustym.

Dopiero na studiach odkryłam prawdziwy urok zup. Gdy w studenckim portfelu wiały pustynne wiatry, a czasu na stanie w kuchni i przygotowywanie obiadu było po prostu szkoda, nastawiałam rosół, by następnego dnia wyczarować z niego pyszną i pożywną zupę-krem. Z czego? Ze wszystkiego. Z cebuli, z porów, z dyni... Kolorowo-witaminowy zawrót głowy. Prawdopodobnie tylko dzięki tym zupom nie popadłam na pierwszym roku studiów w całkowitą anemię. Jedzenie było wtedy na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o ważność. Pierwsze miejsca zajmowały nauka, spotkania przy winie i zwiedzanie praskich knajp. W dowolnej kolejności.

Moją ulubioną zupą z tamtego okresu jest krem marchewkowy z groszkiem. Zdecydowały o tym prostota wykonania, ale też ekonomia. Uwielbiam dania, w których przygotowaniu nic się nie marnuje. Serce mnie boli, gdy muszę coś wyrzucić, choćby to była tylko niejadalna i wygotowana, zielona część pora. A w tej zupie marnuje się tylko i wyłącznie to. Zwłaszcza, jeżeli macie pod ręką jakiś wygłodniały psi pyszczek. A ponieważ jest sezon, proponuję wersję z nowalijek.

Składniki:

  • pęczek młodej włoszczyzny
  • pęczek młodych marchewek (ok. 5 szt.)
  • 4 skrzydełka kurczaka
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • opakowanie groszku mrożonego (400 g)
  • 4 średnie, ugotowane ziemniaki
  • średnia cebula
  • łyżka utartych w moździerzu ziaren kolendry
  • sól i pieprz do smaku
  1. Warzywa płuczemy i obieramy. Marchewki i korzeń pietruszki wystarczy porządnie wyszorować gąbeczką. Seler oczyszczamy z upiaszczonych korzonków. Nie usuwamy jednak naci selera (wystarczy pozbyć się liści, które mogłyby rozpaść się w gotowaniu).
  2. Włoszczyznę i opłukane skrzydełka zalewamy wodą (około 3 litry) i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy przez minimum godzinę na małym ogniu.
  3. Gdy ta godzina dobiega końca, bierzemy się za marchewkę. Kroimy cebulę w kostkę i podsmażamy ją na 2 łyżkach oliwy z oliwek. Marchewki kroimy w talarki i dorzucamy do cebuli, gdy ta będzie już zeszklona. Podsmażamy prze dobre 5 minut. Na koniec zalewamy jedną chochlą bulionu i zostawiamy pod przykryciem na małym ogniu przez kolejne 10 minut.
  4. W tym czasie wyławiamy włoszczyznę i skrzydełka z bulionu. Użyłam ich później do upieczenia psich krakersów. U nas nic się nie marnuje ;) Do bulionu dodajemy rozdrobnione ziemniaki oraz marchewkę z cebulką. Wszystko miksujemy blenderem na jednolity krem. 
  5. Na koniec doprawiamy solą, pieprzem i kolendrą oraz dodajemy groszek. Trzymamy na małym ogniu przez 10 minut, aż groszek się ugotuje, a przyprawy dadzą aromat i smak. Podajemy z natką pietruszki.
Smacznego!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz