piątek, 14 czerwca 2013

O zmęczonym sercu i składaniu wszystkiego do kupy, czyli sok z kwiatów czarnego bzu

Życie czasami nam się szatkuje, rozdrabnia i rozjeżdża w różnych kierunkach. Odrobinę trudu i czasu kosztuje nas później poskładanie wszystkiego do kupy. A może nawet ułożenie zupełnie nowej planszy do gry.

Moje życie rozsypało się już parę razy. Czuję się niemiłosiernie stara, gdy o tym myślę. Najpierw rozwód rodziców i emigracja mamy. Dużo błędów i potknięć musiałam popełnić, zanim udało mi się znaleźć nowy wzór na życie. A przecież byłam wtedy w wieku, gdy pierwszy pocałunek był jeszcze przede mną. Drugi raz coś się popsuło, gdy po pierwszym semestrze studiów na filologii polskiej rozstałam się z pozornie wielką miłością. I znowu błędy i potknięcia. Przerwane studia, wyjazd za granicę. Po paru latach dowiedziałam się, że trzeba było zagiąć ostatnią stronę w indeksie. Trzeba było. Gdy już wszystko sobie poukładałam, rozpoczęłam studia w Warszawie i wynajęłam mieszkanko na spółę z karaluchami (nie ma to, jak Saska Kępa), zmarła moja babcia. Ta babcia. Jedyna, wyjątkowa i najsilniejsza. Moja ostoja w obcym mieście. Powód cotygodniowych, sobotnich wypraw na Chomiczówkę, zawsze z torcikiem śmietankowym pod pachą. I znów kilka błędów, i znów głupie i ufne serce wystawione na ostrzał. Jakiś nieudany związek, spory poślizg w ukończeniu studiów.

Podczas któregoś lata spędzanego w Szwecji poznałam przemiłą starszą panią. Należała do tych osób, które przeszły w życiu na tyle dużo, by wszystko traktować już ze spokojem i łagodnym uśmiechem.
- Wyglądasz na zmęczoną- powiedziała do mnie Ingrid, bo tak jej było na imię. Odwiedziłyśmy ją z mamą w sobotnie popołudnie. Wyjątkowo upalne, jak na Sztokholm.
- To chyba ten upał- odpowiedziałam bez przekonania.
- Od upału masz zmęczoną głowę, ale serce zmęczyło się czym innym...- stwierdziła mimochodem, po czym pokiwała głową i poszła po coś do kuchni. Wróciła z dzbankiem sodowej wody o cytrynowym zabarwieniu i niesamowitym zapachu. Nalała mi wielką szklanicę i powiedziała:
- Masz i pij tak długo, aż odpocznie i głowa i serce.

Musiałam wypić prawie cały dzbanek, ale pomogło. Coś bardzo orzeźwiającego i kwiatowego wypełniło moje myśli. Nagle wszystko zaczęło się wydawać takie oczywiste i potrzebne. Nawet łzy, nawet żal i wpisana w moje życie tęsknota. Wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce. A Ingrid nuciła pod nosem jakąś starą, szwedzką piosenkę i uśmiechała się łagodnie.

Fläder saft
(sok z kwiatów czarnego bzu)


Składniki:

  • 40 pukli kwiatów czarnego bzu
  • 4 średnie cytryny
  • 2 litry wody
  • 2 kg cukru
  • 40 g kwasku cytrynowego
  1. Kwiaty płuczemy pod zimną wodą i układamy na dnie głębokiego garnka lub słoja.
  2. Cytryny myjemy, sparzamy wrzątkiem, kroimy w plastry i układamy na kwiatach.
  3. Wodę zagotowujemy razem z cukrem i kwaskiem i gotujemy na małym ogniu od czasu do czasu mieszając, aż cukier się rozpuści i powstanie klarowny syrop.
  4. Zalewamy syropem kwiaty i zostawiamy pod przykryciem w chłodnym miejscu przez 3 dni. Na koniec rozlewamy do wyparzonych wcześniej szklanych butelek lub słoików. Najlepiej smakuje ze schłodzoną wodą sodową.
Smacznego!











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz