wtorek, 25 czerwca 2013

O pokonywaniu własnych lęków, czyli nie cierpię kaszki manny

"Nie cierpię tego! Nie będę tego jadła!" - wołała, co sił w płucach mała Zuzia i zaciskała buzię tak mocno, że aż usta jej siniały. I nic nie pomagało. Żadne tam "za mamusię i za tatusia". Rezolutnie odpowiadałam, że skoro tak, to niech sobie mamusia i tatuś sami TO jedzą. Rzecz nie była wcale łatwa, bo były to czasy, gdy kaszka manna figurowała na czele listy dziecięcych posiłków, a i wybór był ograniczony.

Sytuacji wcale nie ułatwiał fakt, że jako dziecko byłam wyjątkowo malutka. Gdy mądra sąsiadka powiedziała mamie, że to może być początkiem karłowatości, moi rodzice ruszyli do kaszkowego ataku ze zdwojoną siłą. Dosłownie. Uzbrojeni w miseczkę podwójnej porcji kaszki siadali naprzeciw mnie i rozpoczynali pertraktacje.

Kaszkowa tyrania trwałaby pewnie całą wieczność, gdyby pewnego razu tatuś nie przedobrzył.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Dostaliśmy paczkę od wuja z Anglii, a w niej prawdziwe czary. Pomarańcze, czekoladki, zabawki. Na dnie zaś piękna, satynowa pościel zdobiona angielską koronką. Prezent dla rodziców, zapewne od cioci (wujka o taki gust nikt nie podejrzewał). Na dzień przed Bożym Narodzeniem mama pościeliła rozkładaną wersalkę satyną. Leżeliśmy w niej wszyscy i oglądaliśmy jakiś film, gdy nagle tata wpadł na ambitny pomysł. Kaszka! Nie pomogły prośby mamy, nie pomogły moje zapewnienia, że przecież już najadłam się po brzegi, co z tego, że pierniczkami i pomarańczami. Tata przygotował całą miskę kaszki i bez zbędnych ceregieli zaczął mnie tankować mleczną breją. Z opowiadań brata wiem, że w pewnym momencie przestałam kaszkę przełykać. W brzuszku prawdopodobnie nie było już wolnego miejsca. Tato, nie zważając na nic, nabierał kolejne łyżki. Moje poliki zaczęły rosnąć, aż w pewnym momencie zrobiłam się blada i...
... i szlag trafił satynową pościel.

Od tamtej pory nikt już nie próbował karmić mnie kaszką manną, mama pogodziła się z faktem, że być może nigdy nie urosnę, ba!- nawet odnalazła plusy sytuacji. Potrafiła wcisnąć się na sam przód kolejki w mięsnym, wołając ze łzami w oczach, że dziecko jest chore na karłowatość. Wszystkie kobiety spoglądały na mnie z litością, jakiś starszy pan podsadzał mnie na ladę, a pani z mięsnego dawała mi do ręki darmową parówkę.

Gdy w pierwszej klasie zaczęłam rosnąć, jak torpeda, tatuś stwierdził wszechwiedzącym tonem: "To wszystko zasługa kaszki." Amen.

Czy urosłam dzięki kaszce, czy dzięki parówkom z mięsnego (Bóg raczy wiedzieć, co do nich wrzucali), na dźwięk słowa "kaszka" dostawałam dreszczy. Koszmar mojego dzieciństwa śledził mnie przez całe życie. Aż do wczoraj. Na śniadanie zjedliśmy budyń grysikowy (czyli po prostu gęstszą wersję dziecięcej kaszki). Obowiązkowo ze świeżymi owocami.

Szczerze? Wielka fanką kaszy manny nigdy nie będę, ale z dodatkiem cynamonu i wanilii... może być ;)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz