poniedziałek, 17 czerwca 2013

O niebieskich tabletkach i zabawie w patysie, czyli nasz najlepszy niefortunny wypad za miasto

- Słońce, chyba troszkę za dużo tego jedzonka robisz...- zauważył Darek zerkając mi przez ramię na rosnącą na kuchennym blacie liczbę tacek z szaszłyczkami, burger rollsami, kaszankami nabijanymi rozmarynem, i tak dalej, i tak dalej...

Spojrzałam na to swoim wprawnym okiem kucharza wojskowego odziedziczonym po dziadku.

- Co ty? Zobaczysz, że wszystko pójdzie, jeszcze będziecie prosić o więcej. W końcu mamy spędzić poza domem cały dzień.
- A te torby w przedpokoju, to na jutro?
- Tak, a co?
- Strasznie tego dużo? Zabrałaś pół szafy?
- Kochanie, ty mnie nie ucz organizacji. Spakowałam same najpotrzebniejsze rzeczy- postanowiłam nie wspominać nic a nic o kilku mniej potrzebnych fantach, bez których nie wyobrażam sobie żadnego wyjazdu pod chmurkę. Taka na przykład zmiana czystych koszulek. Na wszelki wypadek.

Plan był prosty. Wstajemy w sobotę nad ranem i wyruszamy nad Zegrze, by calusieńki dzień spędzić nad wodą, na łonie natury. Chcieliśmy też zobaczyć zachód słońca.

Obudziliśmy się około 7. Wróć. Zostaliśmy obudzeni około 7 przez dwa mokre nosy. No i się zaczęło. Najpierw zadzwonił klient, by przypomnieć Darkowi, że przecież umówili się dziś na spotkanie o 10.

- Nie ma problemu- uspokajałam bardziej siebie, niż jego. Mam ten problem, że lubię wszystko planować, a jak coś idzie nie według planu, wpadam w panikę. Udało mi się jednak odzyskać równowagę, bo przecież nie ma tego złego, co by na dobre...
- Ty załatw szybciutko spotkanie, a ja w tym czasie polecę do apteki po leki dla Majci- ustaliłam.

Maja jest już non stop na lekach różnej wielkości i różnego koloru. W sobotę skończyły się akurat te niebieskie, przeciwbólowe. Bez nich Maja nie skorzystałaby specjalnie z wyjazdu nad jezioro. A ponieważ takie wyprawy są już dla niej rzadkością, musieliśmy zrobić wszystko, by czuła się tego dnia jak najlepiej.

Wyprawiłam Darka na spotkanie i wyruszyłam do apteki. W dwóch najbliższych aptekach nie było majciowych, niebieskich tabletek. Tylko na zamówienie. Nie miałam samochodu, uznałam więc, że najlepiej mi będzie wsiąść w przyspieszony autobus i podjechać do centrum handlowego. Na miejscu wpadłam do sieciowej apteki, odstałam swoje w ogromnej kolejce (wygląda na to, że w soboty ludzie chorują bardziej) i podałam Pani Aptekarce receptę. Ta przeczytała dokładnie bazgroły naszego weterynarza i spojrzała na mnie badawczym wzrokiem. To był bardzo nieprzyjemny wzrok. Podobnie patrzyła na mnie matematyczka w liceum- podejrzewając, że ściągałam na klasówce, ale nie mogąc mi tego udowodnić. Zabrała receptę na zaplecze, ale przez uchylone drzwi widziałam, że z kimś rozmawia.

- Będę musiała skontaktować się z osobą, która wystawiła tę receptę- powiedziała po powrocie chłodnym tonem.
- Nie rozumiem- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Na ramieniu czułam oddech osób stojących za mną w kolejce i nadstawiających ciekawskie uszy.
- Mam obowiązek sprawdzić, czy te leki są FAKTYCZNIE dla psa.
- Jak to faktycznie? A dla kogo mają być NIEFAKTYCZNIE? Co jest napisane na recepcie? Pies, suka, labrador, 13 lat.- wyrecytowałam. Wciąż nie docierało do mnie, co się dzieje.
- Proszę mi wierzyć, zdarzały mi się już recepty na żółwia- odpowiedziała Pani Aptekarka. - A pani ma receptę na aż 2 opakowania silnych leków.

Musiałam wytłumaczyć, że pies jest aż tak chory, że potrzebuje aż 2 opakowania. Musiałam też podać swoje dane teleadresowe, zaprezentować zdjęcie Mai na telefonie, i wysłuchać ciekawej rozmowy Pani Aptekarki z naszym weterynarzem. Bogu dzięki, że akurat miał dyżur w klinice. I Bogu dzięki, że użył bardzo dobitnego tonu, który dało się wyraźnie słyszeć.

- Tak, dla psa. Czy coś niewyraźnie napisałem? Przewlekłe zwyrodnienie stawów i nowotwór kości. Mam pani wysłać dokumentację medyczną faksem? Ostrzegam, że trochę tego jest. A teraz proszę już wydać leki klientce i nie marnować więcej mojego czasu!

Wyszłam z apteki z lekarstwami, bacznie obserwowana przez całą kolejkę ludzi i pobiegłam do toalety, by wreszcie pozwolić sobie na łzy. Policzki paliły mnie ze wstydu, choć przecież nie miałam czego się wstydzić. Gdy matematyczka podejrzewała mnie o ściąganie, czułam się podobnie. Ale nie płakałam. To był inny kaliber podejrzeń. Poza tym cała klasa mnie znała i wiedziała, że ja nawet nie umiem ściągać. W sobotę rano poczułam się publicznie zlinczowana. Być może Pani Aptekarka miała obowiązek zachować się tak, a nie inaczej. Być może miała już podobne doświadczenia z receptami wystawionymi niefaktycznie na psa. Być może. Ale spojrzenia wszystkich osób zgromadzonych w aptece nie zadawały żadnych pytań. Jedynie orzekały winę. Nigdy wcześniej nie odczułam tak boleśnie na własnej skórze tego typu spojrzeń.

Po chwili wzięłam się w garść i obiecałam sobie nigdy już nie wracać do TEJ apteki. Teraz może już być tylko lepiej- pomyślałam.

Gdy wróciłam, Darek już na mnie czekał. Spakowaliśmy graty, prowiant i dwa psy i ruszyliśmy nad jezioro. To, że wpadliśmy w korki nawet już nas nie zdziwiło. Dla warszawiaków korki są jak chleb powszedni. A gdy jest się warszawiakiem z wyboru, można już sobie tylko zadać pytanie: "Co ja u licha myślałam, gdy postanowiłam się tu przenieść?"

Dojechaliśmy nad Zegrze około godziny 16. Nasz "cały dzień na łonie natury" szlag trafił. Nie tylko dlatego, że połowa dnia była już za nami, ale też dlatego, że łono natury okazało się być łonem wędkarsko-turystycznym. Nie tylko my wpadliśmy na pomysł, by zrobić sobie w tym miejscu grilla. Dla naszych psic oznaczało to całe mnóstwo możliwości wyżebrania czegoś od kogoś. Dla nas- konieczność bacznego pilnowania Buby, by nie ukradła jakiemuś wędkarzowi ryby, lub- co gorsza- jakiemuś dziecku loda.

Wisienką na torcie naszych niepowodzeń okazał się być sam grill. Czy wiecie, dlaczego grille turystyczne są jednorazowe? Bo kosztują 10 złotych i powinno się ich użyć tylko raz. Nasz grill jednorazowy był używany dobre kilka razy i akurat tym razem postanowił przejść na emeryturę. Nie dało się go złożyć. Musieliśmy ustawić samą miskę na węgiel na jakimś pachołku i otoczyć tę konstrukcję krzesłami tak, by żadnemu psu nie przyszło do głowy machnąć grilla ogonem. Gdy już myśleliśmy, że najgorsze za nami, Buba przytargała z lasu gałąź ( nie patyk, nie drąg, ale całą gałąź) i zaczęła biegać wokół nas okładając nas po plecach, łydkach, gdzie popadnie. Zabawa na tyle jej się spodobała, że gdy spróbowałam jej odebrać zabaweczkę, rąbnęła mnie w łydkę z takim impetem, że jeszcze długo ponoszę fioletowy order posiadacza rozbrykanego psa. Maja z kolei postanowiła zażyć kąpieli. Nie przewidziała jednak, że brzeg jest zbyt stromy, by mogła później samodzielnie wyjść. Możecie mi wierzyć, nie tak łatwo jest wyciągnąć z wody uradowanego kąpielą, 30-kilowego labradora. I tak oto przydała nam się zmiana koszulek.

A jedzenia faktycznie było za dużo. Wróciliśmy z całą torbą nietkniętego prowiantu.

- Możliwe, że miałeś rację- przyznałam bardzo niechętnie.
- No ja już tak mam, że zawsze mam rację, tylko nikt mnie nie słucha- odpowiedział mój kochany dumny paw.

PS Zachodu słońca też nie było. Okazuje się, że jednak zazwyczaj zachodzi na zachodzie. Morał z tego taki:

Kto nie planuje, ten się raduje. Ot co!















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz