środa, 26 czerwca 2013

Dzień prezentów

Kto by przypuszczał, że zwykła środa okaże się być dniem prezentów i niespodzianek? Najpierw znalazłam pod drzwiami Pana Kuriera. Dosłownie. Wracałam właśnie z porannego biegania z Bubą (albo za Bubą, niepotrzebne skreślić). Czekał pod domofonem i pewnie zastanawiał się, czemu nikt mu nie otwiera. Gdy zobaczyłam na wyświetlaczu nasz numer mieszkania, uśmiechnęłam się i wykrzyknęłam:

- O! To do mnie pan dzwoni!
- Tak?- zdziwił się kurier. - Ale nikt nie odbiera.
- Proszę mi wierzyć, gdybym tylko była na górze, na pewno bym odebrała.

Pan Kurier najwidoczniej nie był w nastroju do żartów, bo kazał podpisać tu i tam i zostawił mnie z wielką paczką i jeszcze większym zdziwieniem przed drzwiami. Nie pomógł mi nawet wnieść tego balastu do windy, a okazało się, że nie bez powodu miał ze sobą wózeczek. Ledwo udało mi się naszą paczkę przeturlać przez korytarz. Sprawę utrudniał dodatkowo fakt, że zapakowana była w czarną folię, co bardzo upodabniało ją do paczek regularnie zamawianych przez nas ze sklepu z psimi pysznościami. Gdy tylko próbowałam podnieść paczkę, Buba skakała na mnie i definitywnie domagała się otwarcia paczki tu i teraz.

W domu zabrałam się od razu do otwierania paczki, tym bardziej, że żadne z nas niczego nie zamawiało. No chyba, że psy zadzwoniły potajemnie po świeżą dostawę gryzaków. Wystarczyło jednak rozciąć czarną folię, by wszystko stało się jasne. Tylko jedna osoba na świecie potrafi nam zrobić paczkę niespodziankę, w której wszystko, łącznie z opakowaniem, jest dobrane pod kolor. Kochana mama. Zawsze, gdy najdzie ją mała tęsknota za nami, pakuje do kolorowej torby wszystko, co tylko może nam się przydać i wysyła kurierem. Ale najważniejszą rzecz znajdujemy gdzieś między wierszami. Ogromną dawkę matczynej czułości i troski.

I tak dostaliśmy ciepłe skarpetki (w sam raz na lato), szorty (obowiązkowo 2 rozmiary za duże), zapas balsamów (które faktycznie bardzo lubię, ale nie bez powodu są dobrane kolorystycznie do reszty), całe mnóstwo śpioszków dla mojej bratanicy (która już lada dzień pojawi się na świecie) i mnóstwo ciastek i czekoladek (żebyśmy podrośli te 2 rozmiary).

I gdy już wszystko rozpakowaliśmy i pochowaliśmy, domofonem zadzwonił kolejny kurier. To, co przyniósł zaskoczyło nas wszystkich. Mnie szczególnie, bo była to kamerka samochodowa, którą zamówiłam dla Darka na urodziny. Sęk w tym, że urodziny były miesiąc temu, a ja zdążyłam już o kamerce zapomnieć na śmierć.

Hmm... dzień się jeszcze nie skończył. Może jeszcze jakiś kurier?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz