wtorek, 4 czerwca 2013

Łazicielstwo, czyli resetowanie systemu

Co można robić, gdy umawiamy się z koleżanką na wyprawę do kwiaciarni w poszukiwaniu kolejnych eksponatów na nasze balkony, a ona ewidentnie się spóźnia? Można łazić. Łazić i marzyć, czyli uprawiać łazicielstwo. Ze wszystkich sportów na świecie łazicielstwo jest moją ulubioną dyscypliną. Nie wymaga absolutnie żadnego przygotowania, można je uprawiać dosłownie wszędzie (choć nie polecam w obrębie bardzo ruchliwych ulic), a ilość świeżego, miejskiego powietrza, jakiego można się podczas jednej sesji łazicielstwa nawdychać może przyprawić o zawrót głowy.

Zamyślanie się jest moim znakiem firmowym. Nie zliczę ilości potłuczonych szklanek i talerzy, rozlanych napojów, framug potrąconych ramieniem i rzeczy, po które poszłam do kuchni tylko po to, by już w połowie drogi (a nie mam daleko) zapomnieć, po co właściwie poszłam. W rezultacie jestem stałą klientką szwedzkiej sieci sklepów meblowych, gdzie regularnie uzupełniam zapasy szklanek, kubków i talerzyków, nogi na wysokości kolan mam permanentnie pokryte panterką mniejszych i większych siniaków, a na cudownie podszczypliwe pytanie: "Co robisz, że tyle jesz i nie tyjesz?", odpowiadam: "Zapominam". Moja babcia zawsze powtarzała, że kto nie ma w głowie, ten ma w nogach. Potraktowałam to bardzo dosłownie. Wczoraj wracałam się do pralni dwa razy. Pierwszy raz, bo zapomniałam kwitka, drugi- bo zapomniałam portfela. Jedyną czynnością, przy której potrafię się maksymalnie skupić i wyłączyć opcję "przejdź w stan zawieszenia" jest prowadzenie samochodu, choć podejrzewam, że Darek miałby na ten temat nieco inne zdanie. 

Tak więc zamyślanie się w domu prowadzi do wielu niespodzianek, jak na przykład boleśnie twarda rama łóżka wyrastająca ni stąd ni zowąd na naszej drodze. Dlatego też zdecydowanie lepiej jest pozwolić sobie na chwile zamyślenia podczas i tak bezcelowego łażenia. Warunek jest jeden. Nie możemy mieć wtedy żadnych konkretnych spraw do załatwienia. Zakupy, płacenie rachunków w banku, odbieranie prania itp. odpadają. 

Tak to już jakoś jest, że gdy tylko spuszczamy na chwilę powietrze, przestajemy gonić własne myśli i choć na moment zapominamy o kolejnych pozycjach z cyklu "co to ja miałam jeszcze zrobić", nasze myśli zaczynają swobodnie szybować w okolice, o których istnieniu nawet nie pamiętaliśmy. Przypominamy sobie zabawne wydarzenia z przeszłości, które kiedyś znaczyły tak wiele. Widzimy siebie w sytuacjach, które dopiero po czasie nabierają znaczenia i sensu. Jesteśmy niemal skłonni przyznać, że wszystko jest zapisane w gwiazdach, a my nauczyliśmy się ten zapis odczytywać. Może się też okazać, że łażąc tak bez celu i zamyślając się do woli natrafimy na coś, co nas zauroczy. Taki na przykład mały sklepik z akcesoriami do pieczenia na Mokotowie. 

- Dobra, już skończyłam- odezwał się głos Kasi w słuchawce telefonu. - Gdzie jesteś?
- Nie wiem- wpadłam w panikę. Zamyślenie minęło bezpowrotnie, zaczęła się gonitwa myśli. - W takim sklepiku z foremkami do pieczenia. Na Skolimowskiej.
- Gdzie? To ja tu całe życie pracuję i nie wiem, gdzie jest jakaś Skolimowska, a ty na chwilę wpadłaś i już zdążyłaś tak zabłądzić? 

Odnalazłyśmy się po krótkiej chwili. Okazało się, że byłam dosłownie ulicę dalej. Ponownie wyłączyłam opcję "przejdź w stan zawieszenia" i zabrałam się do wybierania ziół, sadzonek i cebulek. Wróciłyśmy objuczone torbami i zadowolone z upolowanych zdobyczy. A ja choć trochę się zresetowałam. Możliwość nie myślenia, nie planowania i nie organizowania wszystkiego wokół bywa błogosławieństwem. Choćby nawet padał deszcz.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz