sobota, 29 czerwca 2013

Misja: Reaktywacja

Kto ma, ten wie, że nic tak nie cieszy, jak widok zmęczonego, słodko śpiącego psa. Tylko my ZNPP (Zbzikowani Na Punkcie Psa) wiemy, ile się trzeba namęczyć i nakombinować, żeby psa porządnie zmęczyć. A gdy już nam się to uda, wystarczy krótka drzemka i już. Pełna reaktywacja. Pies nie potrzebuje red bulla, żeby po dwu-godzinnym spacerze mieć za chwilę ochotę na więcej. Pies ma zawsze ochotę na więcej. Jego życie jest zbyt krótkie, by marnować je na nudę. 

Tym razem jednak mi się udało. Obmyśliłam poranny spacer tak, że reaktywacja powinna zająć nieco dłużej. Cudowny widok :)






piątek, 28 czerwca 2013

Magiczne kulki w sypialni (i to się dopiero nazywa chwytliwy tytuł)

To nie jest (i nigdy nie będzie) blog reklamowy. Nigdy nie znajdziecie tu opisu produktów, skrzętnie i tendencyjnie sformułowanych przez takich czy innych sponsorów. Ale moim ostatnim zakupem po prostu muszę się pochwalić, wybaczcie ;)

Lampki Cotton Ball Lights poznałam, gdy przez krótki okres pracowałam w sklepie z dodatkami do wnętrz. Były absolutnym hitem sprzedażowym, a ja nie rozumiałam, po co komuś takie kuleczki. Bardzo ładne, w dowolnych kolorach, ale... właściwie co z nimi zrobić? Zbliżały się święta i skusiłam się. Kupiłam zestaw z czerwienią na pierwszym planie, jako dekorację na choinkę. Koniec końców lampki ozdobiły parapet i wiecie, co? Zostały z nami już na zawsze. Zmieniają czasem miejsce, ale zawsze służą swoim delikatnym i miękkim światłem. Jest w tej prostej dekoracji coś, co tworzy prawdziwie magiczny nastrój.

Niedawno przemeblowaliśmy odrobinę sypialnię, by zrobić więcej miejsca Mai. Nasza staruszka miała już problemy z wskakiwaniem do posłania. Posłanie zostało wymienione na większy i bardziej płaski materac, a nasze łóżko powędrowało pod moją fioletową ścianę. Tak, moją :) Wszystko jest nasze, poza tą jedną ścianą. Sama ją pomalowałam (kto kiedykolwiek malował ścianę farbą olejną, ten wie, że to nie byle błahostka) i jeśli będziemy się kiedyś przeprowadzać, to zabiorę ją ze sobą- słowo honoru!

Fioletowa, błyszcząca powierzchnia aż prosiła się o odrobinę światła, które mogłaby rozpraszać i rozlewać leniwie po całej sypialni. Tylko odrobinę światła. Lampki.

- No, ładnie - ocenił moją kreację Darek. - Jak na festynie.

Wiecie, co? Mężczyźni się nie znają ;) W naszej sypialni zamieszkała magia. Ale szczegółów Wam oszczędzę ;)

PS A Maja prawie nie wychodzi teraz ze swojego nowego posłanka.



środa, 26 czerwca 2013

Dzień prezentów

Kto by przypuszczał, że zwykła środa okaże się być dniem prezentów i niespodzianek? Najpierw znalazłam pod drzwiami Pana Kuriera. Dosłownie. Wracałam właśnie z porannego biegania z Bubą (albo za Bubą, niepotrzebne skreślić). Czekał pod domofonem i pewnie zastanawiał się, czemu nikt mu nie otwiera. Gdy zobaczyłam na wyświetlaczu nasz numer mieszkania, uśmiechnęłam się i wykrzyknęłam:

- O! To do mnie pan dzwoni!
- Tak?- zdziwił się kurier. - Ale nikt nie odbiera.
- Proszę mi wierzyć, gdybym tylko była na górze, na pewno bym odebrała.

Pan Kurier najwidoczniej nie był w nastroju do żartów, bo kazał podpisać tu i tam i zostawił mnie z wielką paczką i jeszcze większym zdziwieniem przed drzwiami. Nie pomógł mi nawet wnieść tego balastu do windy, a okazało się, że nie bez powodu miał ze sobą wózeczek. Ledwo udało mi się naszą paczkę przeturlać przez korytarz. Sprawę utrudniał dodatkowo fakt, że zapakowana była w czarną folię, co bardzo upodabniało ją do paczek regularnie zamawianych przez nas ze sklepu z psimi pysznościami. Gdy tylko próbowałam podnieść paczkę, Buba skakała na mnie i definitywnie domagała się otwarcia paczki tu i teraz.

W domu zabrałam się od razu do otwierania paczki, tym bardziej, że żadne z nas niczego nie zamawiało. No chyba, że psy zadzwoniły potajemnie po świeżą dostawę gryzaków. Wystarczyło jednak rozciąć czarną folię, by wszystko stało się jasne. Tylko jedna osoba na świecie potrafi nam zrobić paczkę niespodziankę, w której wszystko, łącznie z opakowaniem, jest dobrane pod kolor. Kochana mama. Zawsze, gdy najdzie ją mała tęsknota za nami, pakuje do kolorowej torby wszystko, co tylko może nam się przydać i wysyła kurierem. Ale najważniejszą rzecz znajdujemy gdzieś między wierszami. Ogromną dawkę matczynej czułości i troski.

I tak dostaliśmy ciepłe skarpetki (w sam raz na lato), szorty (obowiązkowo 2 rozmiary za duże), zapas balsamów (które faktycznie bardzo lubię, ale nie bez powodu są dobrane kolorystycznie do reszty), całe mnóstwo śpioszków dla mojej bratanicy (która już lada dzień pojawi się na świecie) i mnóstwo ciastek i czekoladek (żebyśmy podrośli te 2 rozmiary).

I gdy już wszystko rozpakowaliśmy i pochowaliśmy, domofonem zadzwonił kolejny kurier. To, co przyniósł zaskoczyło nas wszystkich. Mnie szczególnie, bo była to kamerka samochodowa, którą zamówiłam dla Darka na urodziny. Sęk w tym, że urodziny były miesiąc temu, a ja zdążyłam już o kamerce zapomnieć na śmierć.

Hmm... dzień się jeszcze nie skończył. Może jeszcze jakiś kurier?




wtorek, 25 czerwca 2013

O pokonywaniu własnych lęków, czyli nie cierpię kaszki manny

"Nie cierpię tego! Nie będę tego jadła!" - wołała, co sił w płucach mała Zuzia i zaciskała buzię tak mocno, że aż usta jej siniały. I nic nie pomagało. Żadne tam "za mamusię i za tatusia". Rezolutnie odpowiadałam, że skoro tak, to niech sobie mamusia i tatuś sami TO jedzą. Rzecz nie była wcale łatwa, bo były to czasy, gdy kaszka manna figurowała na czele listy dziecięcych posiłków, a i wybór był ograniczony.

Sytuacji wcale nie ułatwiał fakt, że jako dziecko byłam wyjątkowo malutka. Gdy mądra sąsiadka powiedziała mamie, że to może być początkiem karłowatości, moi rodzice ruszyli do kaszkowego ataku ze zdwojoną siłą. Dosłownie. Uzbrojeni w miseczkę podwójnej porcji kaszki siadali naprzeciw mnie i rozpoczynali pertraktacje.

Kaszkowa tyrania trwałaby pewnie całą wieczność, gdyby pewnego razu tatuś nie przedobrzył.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Dostaliśmy paczkę od wuja z Anglii, a w niej prawdziwe czary. Pomarańcze, czekoladki, zabawki. Na dnie zaś piękna, satynowa pościel zdobiona angielską koronką. Prezent dla rodziców, zapewne od cioci (wujka o taki gust nikt nie podejrzewał). Na dzień przed Bożym Narodzeniem mama pościeliła rozkładaną wersalkę satyną. Leżeliśmy w niej wszyscy i oglądaliśmy jakiś film, gdy nagle tata wpadł na ambitny pomysł. Kaszka! Nie pomogły prośby mamy, nie pomogły moje zapewnienia, że przecież już najadłam się po brzegi, co z tego, że pierniczkami i pomarańczami. Tata przygotował całą miskę kaszki i bez zbędnych ceregieli zaczął mnie tankować mleczną breją. Z opowiadań brata wiem, że w pewnym momencie przestałam kaszkę przełykać. W brzuszku prawdopodobnie nie było już wolnego miejsca. Tato, nie zważając na nic, nabierał kolejne łyżki. Moje poliki zaczęły rosnąć, aż w pewnym momencie zrobiłam się blada i...
... i szlag trafił satynową pościel.

Od tamtej pory nikt już nie próbował karmić mnie kaszką manną, mama pogodziła się z faktem, że być może nigdy nie urosnę, ba!- nawet odnalazła plusy sytuacji. Potrafiła wcisnąć się na sam przód kolejki w mięsnym, wołając ze łzami w oczach, że dziecko jest chore na karłowatość. Wszystkie kobiety spoglądały na mnie z litością, jakiś starszy pan podsadzał mnie na ladę, a pani z mięsnego dawała mi do ręki darmową parówkę.

Gdy w pierwszej klasie zaczęłam rosnąć, jak torpeda, tatuś stwierdził wszechwiedzącym tonem: "To wszystko zasługa kaszki." Amen.

Czy urosłam dzięki kaszce, czy dzięki parówkom z mięsnego (Bóg raczy wiedzieć, co do nich wrzucali), na dźwięk słowa "kaszka" dostawałam dreszczy. Koszmar mojego dzieciństwa śledził mnie przez całe życie. Aż do wczoraj. Na śniadanie zjedliśmy budyń grysikowy (czyli po prostu gęstszą wersję dziecięcej kaszki). Obowiązkowo ze świeżymi owocami.

Szczerze? Wielka fanką kaszy manny nigdy nie będę, ale z dodatkiem cynamonu i wanilii... może być ;)





niedziela, 23 czerwca 2013

O układaniu siebie i odległościach międzyplanetarnych, czyli dzień taty

Te parę ładnych lat temu przeprowadzka do Warszawy była jedynym wyjściem, jakie przychodziło mi do głowy. Chciałam odnaleźć i wcisnąć przycisk "reset", zacząć wszystko od nowa, napisać nowy scenariusz mojego życia. I chciałam, by tym razem wyszedł mi z tego ciekawszy film, niż jakiś tam dołujący melodramat o pogubionej dziewczynie.

Warszawa dała mi to wszystko i wiele więcej. Pojawiłam się tu, jako Panna Nikt, ze skromnym bagażem, bo wszystko, co za ciężkie i zbyt bolesne zostawiłam za sobą. Bez żalu, bez wzruszeń, z ogromną ochotą na życie.

- Szkoda, że tak późno się poznaliśmy- westchnął kiedyś Darek. - Te wszystkie fajne rzeczy, które robiliśmy osobno, moglibyśmy zrobić razem. To z tobą mogłem pojechać do Chorwacji...
- A ja z tobą do Indii- dałam się ponieść temu marzeniu.
- Tam to raczej nie, ja przecież nie latam.
- No widzisz. Czyli jednak wszystko ma sens. Dobrze, że nie poznaliśmy się wcześniej. Musiałam najpierw siebie poukładać. No i polecieć do Indii.
- Coś w tym jest- zawyrokował Darek. - Ale ja i tak żałuje, że nie byłaś ze mną w Chorwacji.

I tak postanowiliśmy, że kiedyś pojedziemy tam razem i napiszemy nowe, przyjemniejsze wspomnienia z tej podróży. Teraz, gdy już oboje siebie poukładaliśmy, możemy budować coś trwałego. Wspólny świat o bardzo solidnych fundamentach. Teraz jesteśmy gotowi by dbać o drugą osobę, a nie tylko o siebie. Nie ważne, ile czasu nam to zajęło i nie ważne, ile głupstw musieliśmy po drodze popełnić.

I choć wiem, że wszystko było potrzebne, przeprowadzając się do Warszawy musiałam zostawić za sobą jedną rzecz, której zostawiać wcale nie chciałam. I wciąż tęsknię. Są dni, gdy te 500 kilometrów urasta do odległości międzyplanetarnej.

Dziękuję Ci Tato. Za to, że jesteś. Za dzieciństwo. Największy prezent, jaki mogłam od ciebie otrzymać. Za wspomnienia. Na przykład to, jak jeździliśmy na ryby i rozkładałeś mi na tylnym siedzeniu samochodu kołdry i poduszki, żebym mogła jeszcze pospać. I zawsze robiłeś głośniej radio, jak akurat leciała moja ulubiona piosenka.  I to, jak jesienią chodziliśmy na grzyby i specjalnie nie zauważałeś najładniejszych borowików, żebym i ja mogła coś zebrać. A potem niosłeś mnie na barana do samochodu i cierpliwie znosiłeś pytania, czy daleko jeszcze. I jeszcze to, jak mi zrobiłeś bardzo artystyczny makijaż na szkolny bal przebierańców. Kosmetyki pożyczyliśmy od babci i umalowałeś mi oczy konturówką do ust. Skąd mogliśmy wiedzieć, że to się inaczej używa. Babcia przeżegnała się 2 razy, gdy nas zobaczyła. A pamiętasz, jak mnie czasem zabierałeś nad morze, żebym mogła pomachać mamie? Mówiłeś, że tam daleko, na horyzoncie jest Szwecja, a ja myślałam, że ten cały horyzont to nic innego, tylko linia brzegowa Skandynawii. A później szliśmy na gofry i braliśmy z podwójną bitą śmietaną, tak żeby przy każdej próbie ugryzienia, bita śmietana wchodziła do nosa.

Dziękuję Ci Tato. Za to, że byłeś moim domem, dopóki nie poczułam się na tyle silna, by poszukać własnego.


piątek, 21 czerwca 2013

Jego wysokość Pan Seler

Wpis będzie krótki, bo i sprawa krótka. A chodzi konkretnie o selera. Próbowaliście kiedyś wyhodować go na własnym parapecie? Jeśli jeszcze nie, to marsz do sklepu kupić seler naciowy. A gdy już schrupiecie go doszczętnie, nie wyrzucajcie tego, co zostanie. Nazwijmy to selerową dupką, a co! Wystarczy, że przez jakieś 2 tygodnie potrzymacie ją zamoczoną w niewielkiej ilości wody. Gdy tylko puści korzenie, przesadźcie ją do małej doniczki. W przeciągu miesiąca będziecie się już mogli raczyć świeżutkim selerem naciowym. No i zawsze to jakaś odmiana na balkonie. A nie tylko te pelargonie i peargonie...





czwartek, 20 czerwca 2013

O hodowli warzyw i kiełkujących marzeniach

Kto powiedział, że żeby mieć świeże zioła i warzywa, trzeba koniecznie mieć ogród? Na pewno nie ja! W zeszłym roku trochę się rozleniwiłam, ledwo udało mi się wkitrać do skrzynek kilka pelargonii. Tej wiosny ruszyłam bez marudzenia. Zioła? Warzywa? Na balkonie? Proszę bardzo. No dobrze, z tymi warzywami troszkę się zagalopowałam. Chociaż pietruszka rośnie, jak szalona, groszek lada moment będzie kwitł, a Pan Pomidor tylko czeka na swoją towarzyszkę życia- Panią Cherry Pomidor, by zaraz rozsiąść się wygodnie w nowej donicy. Gdzieś wśród zielono-aromatycznych liści bazylii i mięty podrasta powoli seler, a u stóp kwitną poziomki. I gdyby tylko balkon był większy, zasadziłabym na nim jaśmin.

- Kiedyś będziemy mieli piękny, dziki ogród - rozmarzyłam się któregoś popołudnia. Siedzieliśmy właśnie na naszej małej, balkonowej sofce i syciliśmy oczy widokiem kwiatów. No dobrze, ja syciłam. Darek sycił się chłodnym piwkiem.
- A co ty tak od ogrodu zaczynasz? Nie powinno najpierw być domu?
- Dom też będzie, ale mały, parterowy. Taki, żeby można się w nim było tylko przespać i posiedzieć przy kominku.
- O jeny, taki mały?
- A po co nam większy? - spytałam podchwytliwie.
- No wiesz, kiedyś może nas być więcej.
- Masz na myśli dzieci?
- W sumie to miałem na myśli więcej piesków, ale jak wolisz- odpowiedział ze zbójnickim uśmieszkiem błyszczącym w oczach. Podarowałam mu za to porządnego kuksańca w bok i na moment zamknęłam oczy.

Kuchnia byłaby otwarta na salon, z widokiem na ogród. Wystarczyłoby otworzyć okno, żeby nabrać pełne garści ziół. Pośrodku stałby solidny choć stary dębowy stół, przy którym wydarzałoby się nasze życie. Do okien zaglądałby jaśmin, a w pokojach pełno by było blasku słońca i zapachu wiatru. I tak... byłoby nas więcej. Psów też kilka.

Gdy otworzyłam oczy, wszystko wydawało się dokładnie takie samo, jak przed chwilą. Psy spokojnie spały na chłodnych kafelkach, Darek sączył obok piwko i nucił coś pod nosem, drobne kwiaty lobelii wygrzewały się w słońcu. A jednak coś było inaczej. W nozdrzach nadal czułam zapach jaśminu, a w sercu kiełkowało tysiąc marzeń. Nie tych wielkich i telewizyjnych, ale prostych i codziennych. A wszystko wokół zaczęło coś mi przypominać. I dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że o tym, co mam, już kiedyś marzyłam. Choćbym miała tak niewiele. Kogoś do kochania (jak w piosence) i mały ogródek na 11 piętrze. Więcej mi do szczęścia nie potrzeba.














wtorek, 18 czerwca 2013

O różnych rodzajach prażynek, czyli razowe poduszeczki z łososiem dla psa

Nad naszym jeziorkiem rozpoczął się niedawno sezon prażynkowy. Dzień w dzień leżą wzdłuż brzegu prażynki i prażą się na coraz bardziej bordowy kolor. Niektóre leżą na kocykach, inne na leżaczkach, ale każda bez wyjątku ma przy sobie zestaw prażynkowy: smakołyki, plastikowe butelki i klapeczki. A wszystko to zajmuje czołowe miejsca na liście psich pasji.

Niektóre prażynki reagują na widok psa piskiem. Zdaje się, że dotyk zimnego nosa na rozpalonej słońcem skórze wywołuje u nich coś w rodzaju szoku termicznego. U innych widok psa rozbudza prawdziwie powstańcze tendencje. Dźwigają się mozolnie z kocyków i wymachując rękoma biegną tworzyć barykady wokół swoich plecaczków i torebek, a przy tym krzyczą w niebo głosy: „Psy to powinny na smyczy i w kagańcu chodzić!” Zawsze mnie korci, żeby się odgryźć i zapytać, czy prażynka wie, że roznegliżowanie się w miejscu publicznym grozi mandatem. Eh… za grzeczna jestem.

Są też prażynki, które na widok psa klaszczą po dziecięcemu w ręce i wołają uradowanym głosem: „Piesek!” Pieskowi nie pozostaje więc nic innego, jak podbiec i grzecznie zamerdać ogonkiem. Niestety, gdy tylko podbiega już bardzo blisko (a przecież musi, by powąchać prażynkę tu i ówdzie), okazuje się, że piesek był śliczniejszy i słodszy z daleka. „Oj, jaki mokry, jaki brudny, jak mu śmierdzi z pyska! Oj nie ruszaj, oj zostaw, oj odejdź!”

Muszę się sporo napracować, by oszczędzić Bubie tych interakcji z prażynkami. Wychodzimy w godzinach, gdy na prażenie się jest jeszcze za wcześnie, lub już za późno. Niestety raz na tydzień zdarzają się weekendy, a wtedy to już mamy zmasowany atak prażynek na nasze jeziorko. Niektóre uzbrojone w grille, wózki z dziećmi i małe, znerwicowane pieski. Wydaje mi się, że jednak znalazłam sposób na odciągnięcie Buby od tych wszystkich atrakcji. Wystarczy, że mam w kieszeni coś, co Buba kocha bardziej niż całe góry butelek, klapeczek i kanapek z szynką. Razowe poduszeczki z łososiem. 

Razowe poduszeczki z łososiem

Składniki:

  • 120 g świeżego łososia
  • 220 g jogurtu greckiego
  • 3 żółtka
  • 2,5 szklanki mąki razowej
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • garść mąki pszennej
  • szczypta świeżych ziół (rozmaryn, tymianek, oregano, etc.)
  1. Łososia, jogurt i żółtka oraz zioła miksujemy w blenderze.
  2. Dodajemy masę do mąki razowej i zagniatamy ciasto z dodatkiem oliwy.
  3. Gdy wszystkie składniki dobrze się ze sobą połączą, wkładamy ciasto na godzinę do lodówki.
  4. Po upływie tego czasu zagniatamy je ponownie z dodatkiem ok. garści mąki pszennej. Ciasto może kleić się do blatu, powinno jednak dać się formować. Dzielimy je na 2 części.
  5. Każdą część rozwałkowujemy (najlepiej między dwoma arkuszami papieru do pieczenia) na grubość mniej więcej 3 - 4 mm i wycinamy prostokąciki okrągłym nożykiem do pizzy.
  6. Układamy na blasze i pieczemy w temperaturze 200 stopni przez 10 - 12 minut.
Smacznego psiaki!






poniedziałek, 17 czerwca 2013

O niebieskich tabletkach i zabawie w patysie, czyli nasz najlepszy niefortunny wypad za miasto

- Słońce, chyba troszkę za dużo tego jedzonka robisz...- zauważył Darek zerkając mi przez ramię na rosnącą na kuchennym blacie liczbę tacek z szaszłyczkami, burger rollsami, kaszankami nabijanymi rozmarynem, i tak dalej, i tak dalej...

Spojrzałam na to swoim wprawnym okiem kucharza wojskowego odziedziczonym po dziadku.

- Co ty? Zobaczysz, że wszystko pójdzie, jeszcze będziecie prosić o więcej. W końcu mamy spędzić poza domem cały dzień.
- A te torby w przedpokoju, to na jutro?
- Tak, a co?
- Strasznie tego dużo? Zabrałaś pół szafy?
- Kochanie, ty mnie nie ucz organizacji. Spakowałam same najpotrzebniejsze rzeczy- postanowiłam nie wspominać nic a nic o kilku mniej potrzebnych fantach, bez których nie wyobrażam sobie żadnego wyjazdu pod chmurkę. Taka na przykład zmiana czystych koszulek. Na wszelki wypadek.

Plan był prosty. Wstajemy w sobotę nad ranem i wyruszamy nad Zegrze, by calusieńki dzień spędzić nad wodą, na łonie natury. Chcieliśmy też zobaczyć zachód słońca.

Obudziliśmy się około 7. Wróć. Zostaliśmy obudzeni około 7 przez dwa mokre nosy. No i się zaczęło. Najpierw zadzwonił klient, by przypomnieć Darkowi, że przecież umówili się dziś na spotkanie o 10.

- Nie ma problemu- uspokajałam bardziej siebie, niż jego. Mam ten problem, że lubię wszystko planować, a jak coś idzie nie według planu, wpadam w panikę. Udało mi się jednak odzyskać równowagę, bo przecież nie ma tego złego, co by na dobre...
- Ty załatw szybciutko spotkanie, a ja w tym czasie polecę do apteki po leki dla Majci- ustaliłam.

Maja jest już non stop na lekach różnej wielkości i różnego koloru. W sobotę skończyły się akurat te niebieskie, przeciwbólowe. Bez nich Maja nie skorzystałaby specjalnie z wyjazdu nad jezioro. A ponieważ takie wyprawy są już dla niej rzadkością, musieliśmy zrobić wszystko, by czuła się tego dnia jak najlepiej.

Wyprawiłam Darka na spotkanie i wyruszyłam do apteki. W dwóch najbliższych aptekach nie było majciowych, niebieskich tabletek. Tylko na zamówienie. Nie miałam samochodu, uznałam więc, że najlepiej mi będzie wsiąść w przyspieszony autobus i podjechać do centrum handlowego. Na miejscu wpadłam do sieciowej apteki, odstałam swoje w ogromnej kolejce (wygląda na to, że w soboty ludzie chorują bardziej) i podałam Pani Aptekarce receptę. Ta przeczytała dokładnie bazgroły naszego weterynarza i spojrzała na mnie badawczym wzrokiem. To był bardzo nieprzyjemny wzrok. Podobnie patrzyła na mnie matematyczka w liceum- podejrzewając, że ściągałam na klasówce, ale nie mogąc mi tego udowodnić. Zabrała receptę na zaplecze, ale przez uchylone drzwi widziałam, że z kimś rozmawia.

- Będę musiała skontaktować się z osobą, która wystawiła tę receptę- powiedziała po powrocie chłodnym tonem.
- Nie rozumiem- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Na ramieniu czułam oddech osób stojących za mną w kolejce i nadstawiających ciekawskie uszy.
- Mam obowiązek sprawdzić, czy te leki są FAKTYCZNIE dla psa.
- Jak to faktycznie? A dla kogo mają być NIEFAKTYCZNIE? Co jest napisane na recepcie? Pies, suka, labrador, 13 lat.- wyrecytowałam. Wciąż nie docierało do mnie, co się dzieje.
- Proszę mi wierzyć, zdarzały mi się już recepty na żółwia- odpowiedziała Pani Aptekarka. - A pani ma receptę na aż 2 opakowania silnych leków.

Musiałam wytłumaczyć, że pies jest aż tak chory, że potrzebuje aż 2 opakowania. Musiałam też podać swoje dane teleadresowe, zaprezentować zdjęcie Mai na telefonie, i wysłuchać ciekawej rozmowy Pani Aptekarki z naszym weterynarzem. Bogu dzięki, że akurat miał dyżur w klinice. I Bogu dzięki, że użył bardzo dobitnego tonu, który dało się wyraźnie słyszeć.

- Tak, dla psa. Czy coś niewyraźnie napisałem? Przewlekłe zwyrodnienie stawów i nowotwór kości. Mam pani wysłać dokumentację medyczną faksem? Ostrzegam, że trochę tego jest. A teraz proszę już wydać leki klientce i nie marnować więcej mojego czasu!

Wyszłam z apteki z lekarstwami, bacznie obserwowana przez całą kolejkę ludzi i pobiegłam do toalety, by wreszcie pozwolić sobie na łzy. Policzki paliły mnie ze wstydu, choć przecież nie miałam czego się wstydzić. Gdy matematyczka podejrzewała mnie o ściąganie, czułam się podobnie. Ale nie płakałam. To był inny kaliber podejrzeń. Poza tym cała klasa mnie znała i wiedziała, że ja nawet nie umiem ściągać. W sobotę rano poczułam się publicznie zlinczowana. Być może Pani Aptekarka miała obowiązek zachować się tak, a nie inaczej. Być może miała już podobne doświadczenia z receptami wystawionymi niefaktycznie na psa. Być może. Ale spojrzenia wszystkich osób zgromadzonych w aptece nie zadawały żadnych pytań. Jedynie orzekały winę. Nigdy wcześniej nie odczułam tak boleśnie na własnej skórze tego typu spojrzeń.

Po chwili wzięłam się w garść i obiecałam sobie nigdy już nie wracać do TEJ apteki. Teraz może już być tylko lepiej- pomyślałam.

Gdy wróciłam, Darek już na mnie czekał. Spakowaliśmy graty, prowiant i dwa psy i ruszyliśmy nad jezioro. To, że wpadliśmy w korki nawet już nas nie zdziwiło. Dla warszawiaków korki są jak chleb powszedni. A gdy jest się warszawiakiem z wyboru, można już sobie tylko zadać pytanie: "Co ja u licha myślałam, gdy postanowiłam się tu przenieść?"

Dojechaliśmy nad Zegrze około godziny 16. Nasz "cały dzień na łonie natury" szlag trafił. Nie tylko dlatego, że połowa dnia była już za nami, ale też dlatego, że łono natury okazało się być łonem wędkarsko-turystycznym. Nie tylko my wpadliśmy na pomysł, by zrobić sobie w tym miejscu grilla. Dla naszych psic oznaczało to całe mnóstwo możliwości wyżebrania czegoś od kogoś. Dla nas- konieczność bacznego pilnowania Buby, by nie ukradła jakiemuś wędkarzowi ryby, lub- co gorsza- jakiemuś dziecku loda.

Wisienką na torcie naszych niepowodzeń okazał się być sam grill. Czy wiecie, dlaczego grille turystyczne są jednorazowe? Bo kosztują 10 złotych i powinno się ich użyć tylko raz. Nasz grill jednorazowy był używany dobre kilka razy i akurat tym razem postanowił przejść na emeryturę. Nie dało się go złożyć. Musieliśmy ustawić samą miskę na węgiel na jakimś pachołku i otoczyć tę konstrukcję krzesłami tak, by żadnemu psu nie przyszło do głowy machnąć grilla ogonem. Gdy już myśleliśmy, że najgorsze za nami, Buba przytargała z lasu gałąź ( nie patyk, nie drąg, ale całą gałąź) i zaczęła biegać wokół nas okładając nas po plecach, łydkach, gdzie popadnie. Zabawa na tyle jej się spodobała, że gdy spróbowałam jej odebrać zabaweczkę, rąbnęła mnie w łydkę z takim impetem, że jeszcze długo ponoszę fioletowy order posiadacza rozbrykanego psa. Maja z kolei postanowiła zażyć kąpieli. Nie przewidziała jednak, że brzeg jest zbyt stromy, by mogła później samodzielnie wyjść. Możecie mi wierzyć, nie tak łatwo jest wyciągnąć z wody uradowanego kąpielą, 30-kilowego labradora. I tak oto przydała nam się zmiana koszulek.

A jedzenia faktycznie było za dużo. Wróciliśmy z całą torbą nietkniętego prowiantu.

- Możliwe, że miałeś rację- przyznałam bardzo niechętnie.
- No ja już tak mam, że zawsze mam rację, tylko nikt mnie nie słucha- odpowiedział mój kochany dumny paw.

PS Zachodu słońca też nie było. Okazuje się, że jednak zazwyczaj zachodzi na zachodzie. Morał z tego taki:

Kto nie planuje, ten się raduje. Ot co!