czwartek, 30 maja 2013

Jak błogi letni sen, czyli prawdziwa włoska panna cotta

Może to dziwne, ale każda pora roku kojarzy mi się z innym deserem. Jesień to zdecydowanie szarlotka, koniecznie z antonówkami i aromatycznym cynamonem. Zima to cynamonowe bułeczki i pierniczki. Wiosna- serniki w każdej postaci. A lato? Lato to cały ogrom skojarzeń. Plaża, słońce, woda, wiatr, zapach asfaltu po deszczu, wycieczka do Włoch... panna cotta.

Gdy pierwszy raz spróbowałam tego deseru- prawdziwej, włoskiej panna cotty, a nie serka, który można u nas dostać w hipermarkecie- myślałam, że umarłam nagłą śmiercią i bezzwłocznie trafiłam do nieba. Delikatna słodycz, leciutka rozkosz i ten cudowny chłód sprawiły, że po całym dniu zwiedzania Forum Romanum z przewodnikiem w postaci profesora historii sztuki (co było niemal tak pouczające, jak męczące i nudne), poczułam się, jakbym dopiero co się obudziła. A śniło mi się długo i błogo. Panna cotta smakuje właśnie jak błogi sen w ciepłą letnią noc, z którego budzimy się z nieodpartą ochotą na więcej. Więcej lata, więcej wrażeń, więcej życia :) 


Składniki (na 2 porcje):
  • 3 łyżeczki żelatyny w proszku
  • 1 laska wanilii lub 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 250 ml śmietanki kremówki 30%
  • 250 ml pełnego mleka
  • 80 g cukru (jeśli zamierzacie polać deser bardzo słodkim syropem, to możecie zmniejszyć ilość cukru do 50 g)
  • 1 łyżka rumu
  • 1 łyżka białego wina
* Możecie pominąć 2 ostatnie składniki, jeśli akurat nie macie ich pod ręką, ale wtedy smak wyjdzie płaski. Uzupełnijcie przepis 2 łyżkami mleka.

  1. Żelatynę rozpuszczamy w 2 łyżkach zimnej wody i pozwalamy jej napęcznieć przez kilka minut. 
  2. W tym czasie przelewamy do garnuszka śmietankę i mleko, dodajemy cukier, miąższ i nasionka wanilii i zagrzewamy mieszając, aż rozpuści się cukier. Uważajmy, by nie zagotować. 
  3. Na koniec dodajemy rum i wino oraz żelatynę i mieszamy aż żelatyna się rozpuści. Odstawiamy z ognia. Gdy troszkę się przestudzi, przelewamy do miseczek. Gdy ostygnie zupełnie, zdejmujemy kożuch (mógł powstać, jeśli przegotowaliśmy mleko), przykrywamy folią i wstawiamy do lodówki. Po mniej więcej 2 godzinach panna cotta jest gotowa. Możemy ją podać ze świeżymi owocami i syropem owocowym, z sosem czekoladowym lub miodem i orzechami. Ja przygotowałam 2 wersje. Dla Darka z owocami i sosem czekoladowym, a dla siebie z syropem różanym.
Smacznego!




środa, 29 maja 2013

Nasz sposób na szparagi

Szparagi stały się ostatnio modne. Można je już znaleźć w większości warzywniaków, nie mówiąc już o karcie dań co lepszych knajpek. To cieszy ogromnie, zresztą zawsze cieszy, gdy modne stają się warzywa lub owoce, a tym bardziej te naturalnie występujące w naszym regionie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Szparagi same w sobie nie są bardzo pyszne. Na szparagi trzeba znaleźć sposób.

W moim rodzinnym domu szparagów się nie jadło. Nie żeby nie było do nich dostępu, bo dziadkowie mieli działeczkę i od wiosny do późnej jesieni przynosili z niej całe kosze zdrowych skarbów. Szparagów się nie jadło, i już. Tak samo, jak nie jadło się dyni, kabaczka, czy selera naciowego. Dlaczego? Prawdopodobnie nikt nigdy nie wpadł na pomysł, że można by z tych warzyw przygotować coś pysznego. W rezultacie, w rodzinnych przepisach, nie pojawia się ani słowo na temat szparagów. A szkoda. Wielka szkoda.

Postanowiłam to zmienić i już w zeszłym roku wprowadziłam do naszego jadłospisu te cudne, zielone pałeczki. Próbowałam wszystkich przepisów, jakie tylko wpadły mi w ręce. Były szparagi zapiekane, szparagi pod beszamelem, zupa krem ze szparagów i szparagi podsmażane na masełku z odrobiną czosnku. Wszystko to niby dobre, ale nie do końca nasze. Aż któregoś dnia robiłam czystkę w lodówce, próbując ugotować przyzwoity obiad z tego, co akurat było pod ręką. Szczyt lenistwa- nie chciało mi się zejść do sklepu na parterze bloku, w którym mieszkamy. Tak, czy siak. Na patelni wylądowała pokrojona szynka wędzona, w ruch poszła śmietanka kremówka i zanim się zorientowałam, w kuchni zaczęło pachnieć, jak we włoskiej restauracji. Spaghetti alla carbonara w wersji mocno spolszczonej. I gdy już miałam dodać żółtko do sosu (co zwykle czyni carbonarę daniem nieodwracalnie gotowym), zauważyłam na dnie lodówki 3 zapomniane łodygi szparagów. I tak oto powstał NASZ sposób na szparagi :)


Składniki (na 4 porcje)

  • 2 pęczki młodych, zielonych szparagów
  • opakowanie makaronu farfalle (tzw. kokardki) czyli około 300 g
  • szklanka wędzonej szynki pokrojonej w cieniutkie plasterki i rozdrobnionej
  • 250 ml śmietanki 18 %
  • 3 żółtka
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 ząbek czosnku i 1 cebula drobno posiekane
  • 100 ml białego wina
  • sól i pieprz do smaku
  • szczypta startego parmezanu (opcjonalnie)
  1. Szparagi płuczemy, obieramy je mniej więcej od połowy w dół (tam, gdzie skórka staje się łykowata) i kroimy w niezbyt grube plasterki pozostawiając główki w całości. Pokrojone części gotujemy w garnuszku przez około 7 minut w lekko osolonej wodzie. Powinny być miękkie, ale nie rozpadające się. Na sam koniec gotowania dorzucamy główki i zostawiamy jeszcze chwilę na zgaszonym palniku. Na koniec odsączamy i zostawiamy pod przykryciem, by nie wyschły.
  2. W większym garnku zagotowujemy lekko osoloną wodę na makaron. Dodajemy łyżeczkę oliwy. Dzięki temu sos będzie lepiej przylegał do makaronu.
  3. Gdy  makaron się gotuje, podsmażamy na patelni szynkę. Gdy się lekko zarumieni, dodajemy posiekaną cebulę z czosnkiem i trzymamy na ogniu tak długo, aż cebula się zeszkli. Na koniec dolewamy białego wina i trzymamy na ogniu jeszcze jakieś 5 minut. 
  4. Śmietankę roztrzepujemy z żółtkami i odstawiamy. Przyda się później.
  5. Gdy makaron jest już ugotowany, dodajemy plasterki szparagów (główki zostawiamy do dekoracji). Mieszamy drewnianą łyżką. Dodajemy szynkę z cebulą i znowu mieszamy. Na koniec polewamy wszystko naszym śmietanowym sosem i wszystko dokładnie mieszamy. Jeśli uda nam się to zrobić, gdy makaron jest jeszcze gorący, sos powinien zgęstnieć. W razie gdyby tak się nie stało, możemy potrawę delikatnie podgrzać cały czas mieszając. Gdy tylko sos zacznie gęstnieć, momentalnie zdejmujemy nasz makaron z ognia. Inaczej żółtko się zetnie i sos straci gładkość. Na samym końcu doprawiamy wszystko solą i pieprzem i dekorujemy na talerzu główkami szparagów.
Smacznego!

wtorek, 28 maja 2013

Spowodować słońce, czyli o życzliwości i pieczeniu drożdżowego placka z rabarbarem i truskawkami

Obudziłam się wczoraj z solidnym postanowieniem. Spowoduję słońce! Cały dzień uśmiechałam się do wszystkich, na przekór pogodzie wybrałam się z psem na długi spacer na bazarek. Buba to uwielbia. Już doskonale wie, do którego stoiska podejść, żeby dostać soczyste jabłuszko lub pyszną, lekko zeschniętą bułeczkę. Ale najbardziej na widok Buby cieszy się pani z kwiatkami, które pewnie przynosi z własnej działki. Dlaczego? Myślę, że Buba o czymś jej przypomina, może o dawnym towarzyszu i przyjacielu... Wita ją z otwartymi ramionami i na dzień dobry wlewa do pustego wiaderka po kwiatkach trochę wody. Mały gest życzliwości, a ile znaczy dla zziajanego psa. I dla mnie. Bo odkąd mieszkamy w Warszawie, zdążyłam się już nasłuchać. Że psy brudzą, że śmierdzą, że kto to widział zwierzęta w domu trzymać. Od wyjątkowo życzliwej osoby usłyszałam już nawet, że jestem sadystką, bo dwa psy w bloku na jedenastym piętrze trzymam. Domyślam się, że gdybyśmy mieszkali piętro niżej, sytuacja wyglądałaby inaczej. Tak jakbym trzymała dziewczyny w klatkach. A prawda jest przecież taka, że nasze psice mają lepiej niż niejeden psiak w willi z wielkim ogrodem. Może zresztą nie powinnam się przejmować, bo ta sama życzliwa osoba, mając willę z wielkim ogrodem obdarowała swojego psa obrożą elektryczną, żeby kwiatków nie wykopywał. 

- Za dużo myślisz- powiedział mi kiedyś Darek. - Martwisz się za wszystkich i wszystkim się przejmujesz, zamiast po prostu cieszyć się tym, co mamy.
- Przyganiał kocioł garnkowi- odburknęłam, ale w duszy przyznałam mu rację. Jak ja nie cierpię, gdy on ma rację ;) 

Tak więc wczoraj postanowiłam spowodować słońce. Nie martwiłam się i nie przejmowałam wszystkim (no, może tylko troszeczkę), uśmiechałam się do wszystkich życzliwych osób i... upiekłam placek drożdżowy z truskawkami i rabarbarem. I właśnie wtedy wyszło słońce, dosłownie na moment. Truskawki niestety nie były nasze, krajowe. Ale rabarbar był świeżutki, prosto z ogródka pani od kwiatków.


Składniki:

  • 500 g mąki pszennej
  • 20g świeżych drożdży
  • 3 żółtka
  • 60 g cukru pudru
  • 60 g rozpuszczonego masła lub margaryny do pieczenia (użyłam Kasi, jest miękka i nie trzeba jej rozpuszczać)
  • łyżka cukru waniliowego i łyżeczka zapachu waniliowego
  • 200 ml mleka
  • szczypta soli
  • na wierzch: 
    • 3 łodygi rabarbaru 
    • ok. 10 dużych truskawek
    • 2 łyżki cukru
    • kruszonka (opcjonalnie) - 80g mąki + 50g masła + 50g cukru



  1. Mleko należy podgrzać. W 1/3 szklanki ciepłego mleka rozpuszczamy drożdże, dodajemy łyżeczkę cukru i oprószamy delikatnie mąką. Odstawiamy na pół godziny do wyrośnięcia.
  2. W tym czasie możemy przygotować kruszonkę. Wszystkie składniki wystarczy utrzeć ze sobą drewnianą łyżką. Kruszonka powinna dawać się formować palcami w okruchy.
  3. Gdy drożdże wyrosną, dodajemy je do pozostałych składników na ciasto i dokładnie wyrabiamy. Użyłam miksera z końcówkami do wyrabiania ciasta. Jak już wspominałam, to był dzień nie martwienia się. Nie znalazłabym w sobie wystarczająco dużo złości, by porządnie wyrobić ciasto ręką. Mikser zawsze ma tej energii pod dostatkiem ;) Ciasto jest wyrobione, gdy ma jednolitą konsystencję i jest pulchne. Odstawiamy je do wyrośnięcia na minimum godzinę. Dobrze jest przykryć miskę bawełnianą ściereczką, żeby nie wyschło.
  4. W tym czasie możemy przygotować rabarbar, choć zajmuje to tylko 15 minut. Ja zdążyłam jeszcze nastawić pranie i zmyć podłogi ;) To wszystko od nadmiaru pozytywnego nastawienia ;) 
  5. Rabarbar płuczemy i obieramy z wierzchniej skórki. Kroimy go w niezbyt grube plasterki i dusimy w garnuszku z dodatkiem łyżki wody. Po 10 minutach dodajemy cukier i wyłączamy ogień, ale nie zdejmujemy garnuszka z palnika, żeby rabarbar "doszedł". Właściwie to mam płytę na prąd, ale z przyzwyczajenia mówię, że coś trzymam na ogniu ;)
  6. Gdy ciasto wyrośnie, przekładamy je do formy. Ciasto zwiększy swoją objętość co najmniej dwukrotnie, więc dopasujmy głębokość formy tak, by podczas pieczenia placek nie wyszedł na bok. Na wierzchu układamy połówki truskawek, a w wolne miejsca przekładamy ostudzony rabarbar. Całość posypujemy kruszonką i pieczemy w 180 stopniach przez około 50 minut. Wszystko zależy od wielkości formy i w rezultacie od grubości ciasta. Najlepiej jest sprawdzać patyczkiem, czy ciasto się upiekło co jakieś pięć minut od 45 minuty pieczenia.
Smacznego!


czwartek, 23 maja 2013

W poszukiwaniu konwalii

Aniołek, fiołek, róża, bez...
... konwalia, balia, wściekły pies!

Kto pamięta te wyliczanki? Ja pamiętam. Zaciskając piąstki odmawiałam w głowie naiwną mantrę: "Tylko nie ja, tylko nie ja." Nikt nie chciał kryć, każdy wolał się chować. Najlepsze kryjówki zawsze wymyślał mój kolega. Nie był zbyt urokliwym dzieckiem. Chude nóżki krzywo rozjeżdżały się na wysokości kolan, buzię zawsze pokrywało takie, czy inne uczulenie, biegać też nie umiał zbyt szybko. Ale gdy trzeba było wymyślić nową, fascynującą zabawę i miało się na to tylko kilka minut zanim mama zawoła na obiad, wszyscy biegli do niego. Kiedyś podczas zabawy w chowanego schował się tak, że nie mogli go znaleźć nawet rodzice. Trzeba było zadzwonić po jego mamę, bo była obawa, że zaginął. Dopiero ona odnalazła syna ukrytego na przyczepce jednego z zaparkowanych w pobliżu aut. Zmęczył się czekaniem, aż go ktoś odnajdzie i zasnął. Przespał tak całe popołudnie.

Ale najlepiej bawiło się w chowanego na wakacjach nad jeziorem. Tam mieliśmy więcej swobody. Dokoła lasy i łąki. Rodzice nie bali się nas puszczać samych. Biegaliśmy i chowaliśmy się do upadłego. I bardzo często zapominaliśmy, by wrócić na obiad. Tam było tyle kryjówek do odkrycia, tyle nowych psot do wypróbowania...

Wczoraj zaserwowałam sobie mały powrót do przeszłości- wybrałam się na wyprawę w poszukiwaniu konwalii. Znalazł się też bez, pies był ze mną (choć nie wściekły). Przez moment miałam wrażenie, że znów "mam 7 lat i kolorowy swój świat", jak w rymowance.










środa, 22 maja 2013

Drożdże w roli głównej, czyli ekspresowe i łatwe bułeczki pszenne

- Oj, bułki wyschły - zauważył Darek. - Może polecę szybko do sklepu kupić świeże?
- Nie trzeba. Daj, reaktywuję je w piekarniku. Są dobre, dopiero co wczoraj upiekłam.
- Wczoraj upiekłaś i już wyschły? A te ze sklepu potrafią i dwa dni leżeć...
- No właśnie- odpowiedziałam głosem wyroczni. - A szynka ze sklepu potrafi leżeć i miesiąc. Może gdybym dodała do bułeczek jakiś substancji konserwujących, to wytrzymałyby dłużej...
- Aha... - zamyślił się Darek, a po chwili racjonalnie spytał: A to się da normalnie w Tesco kupić?

Postanowiłam nie kontynuować dalej tej dyskusji, bo wspólnie moglibyśmy dojść do wniosku, że konserwanty i inne chemikalia są w jedzeniu dobre. Darek ma niezwykły dar przekonywania. Podgrzałam bułeczki w piekarniku, co dało im drugą młodość. Zjedliśmy ze smakiem, skórka wesoło chrupała w buzi.

- No i co? - zaryzykowałam pytaniem. - Lepsze niż te sklepowe, co?
- No lepsze, lepsze. a na pewno bardziej czerstwe.

Wybuchnęliśmy śmiechem. Na naturę nie ma rady. Świeże, domowe pieczywo wysycha szybciej, niż sklepowe. Ale jak pachnie! I może zwariowałam, ale obserwowanie, jak wyrobione własnymi rękoma ciasto rośnie i dojrzewa na moich oczach napawa mnie dumą niemalże rodzicielską.


Składniki (na ok. 12 bułeczek)
  • 550 g mąki pszennej
  • 40 g świeżych drożdży
  • 1/2 szklanki mleka
  • 2 jajka
  • 60 g masła
  • 6 łyżek letniej wody
  • 1 łyżeczka cukru i 1 łyżeczka soli
  • ew. do posypania bułeczek: zioła, starty ser, sezam, mak, etc.
  1. Mleko podgrzewamy w garnuszku. Powinno być ciepłe, ale nie gorące. Rozpuszczamy w nim pokruszone drożdże z cukrem i szczyptą mąki i odstawiamy do wyrośnięcia. Zajmuje to około 15 minut. 
  2. Gdy drożdże pęcznieją, roztapiamy masło i odstawiamy je na bok do przestygnięcia.
  3. Do dużej miski wsypujemy mąkę i sól i robimy mały grajdołek.
  4. Do grajdołka wbijamy jedno jajko (drugie przyda się do posmarowania bułeczek), wlewamy mleko z drożdżami, wodę i masło.
  5. Wyrabianie ciasta drożdżowego kojarzy się zwykle ze żmudnym i ciężkim zajęciem. Nic podobnego. Moja babcia zawsze mówiła, że ciasto drożdżowe trzeba dobrze zboksować. Nie bez powodu brała się za pieczenie drożdżowych wypieków, gdy tylko dziadek coś przeskrobał. Tłukła ciasto tak długo, aż było gładkie i puszyste (i aż przechodził jej gniew). Na pewno kosztuje to trochę pary w rękach, ale satysfakcja gwarantowana. No dobrze, jeśli akurat nic was nie zdenerwowało, albo jesteście nadmiernie łagodni z natury i nie chcecie uderzyć nawet ciasta, możecie użyć robota kuchennego lub miksera z końcówkami w kształcie haków.
  6. wyrobione ciasto powinno rosnąć minimum godzinę. Przykryjcie miskę ściereczką, by ciasto nie wyschło. A teraz zaparzcie sobie herbaty i napawajcie się dumą. Wasze ciasto tak szybko dorasta ;)
  7. Gdy ciasto wyrośnie (powinno przynajmniej podwoić objętość), przekładamy je na stolnicę lub blat i ponownie wyrabiamy- tym razem bez boksowania, delikatnie. Formujemy bułeczki i układamy je na papierze do pieczenia. Pozwalamy im lekko podrosnąć. W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 200 stopni. Przed włożeniem do piekarnika smarujemy bułeczki roztrzepanym jajkiem i ewentualnie posypujemy ulubionymi dodatkami. Pieczemy aż się delikatnie zarumienią.
Smacznego!


wtorek, 21 maja 2013

Różowe w żołte, czyli kto ma 3 latka

- 3 latka ma Zosia! - oznajmił radosnym głosem szkrabek naszych przyjaciół i prototyp naszej przyszłej córeczki. Przywitała nas w sukieneczce w ulubionym kolorze (różowym w żółte) i z urodzinową czapeczką na bakier. Szyk przestawny zdania miał niewątpliwie podkreślić status posiadania właśnie 3 latek. Każdy, kto kiedykolwiek miał 3 latka wie, że to nie przelewki. Świat trzylatka pełen jest wyzwań i trudności, na pierwszy rzut oka- nie do pokonania. Zwykła jazda na rowerku, gdy trzeba jednocześnie pedałować i patrzeć przed siebie zdaje się być czarną magią. "3latka ma Zosia" jest na razie na etapie siły napędowej w postaci wysportowanego taty.

Zapobiegliwi ciocia Zuzia i wujek Dalek pojawili się na urodzinach młodej damy z praktycznym, choć nie mniej upragnionym, prezentem. Wywiad środowiskowy przeprowadzony na tydzień przed imprezą wyglądał mniej więcej tak:
- Zosiu, a co chciałabyś dostać na urodziny?
- Kask! Taki, jak Konladek mój kolega ma!
- A w jakim kolorze ten kask?
- Różowy - stwierdziła Zosia, a po chwili zamyślenia dodała - I z żółtym!

Na całe szczęście znalezienie dziecięcego kasku na rower w kolorze różowym w żółte okazało się całkiem proste. To najwidoczniej najmodniejsze połączenie kolorystyczne w modzie dziecięcej. Zadowolona Zosia spędziła całe urodziny w kasku na głowie, ku uciesze wujka Dalka, który wreszcie mógł się nie martwić, że dziecko coś sobie zrobi.

Tak się jednak złożyło, że nie tylko Zosia ma 3 latka. Jeszcze jedna zakręcona panna obchodziła wczoraj urodziny. 3 latka ma Buba. Jak wiele ma wspólnego pies i małe dziecko, wie każdy, kto kiedykolwiek miał i psa i dzieci. To samo skupianie uwagi nie zawsze na tym, na czym trzeba i to na krótko. Ta sama tendencja do ładowania się w kłopoty. To samo pragnienie czułości i bliskości, ale też potrzeba zwiedzania świata na własną rękę. Lub łapę. I niepohamowany pociąg do pyszności.

Zosia uczciła swoje urodziny pięknym toltem ze świnką Peppą (dla niezorientowanych dodam, że to taka bajka). Natomiast Buba świętowała urodziny pysznymi, łososiowymi bułeczkami ze szpinakiem. A że do bułeczek zużyłam tylko odrobinę drożdży, z reszty wyrosły bułeczki dla nas. W sam raz na śniadanie :) Przepis niedługo. Stay tuned ;)


Składniki (na około 30 psich bułeczek):
  • 225 g mąki pszennej
  • 20 g świeżych drożdży
  • 100 g łososia wędzonego (użyłam łososiowych brzuszków)
  • 2 jajka
  • 5 łyżek mleka
  • 20 g masła oraz 3 łyżki masła
  • 5 kostek mrożonych liści szpinaku 
  • do zaczynu: szczypta cukru (na czubeczek noża), łyżka wody i szczypta mąki
  1. Drożdże rozkruszamy do miseczki, posypujemy cukrem i zalewamy wodą. Dodajemy szczyptę mąki, mieszamy i odstawiamy na pół godziny w ciepłe miejsce. Ważne, by woda była w temperaturze pokojowej lub nawet cieplejsza (ale nie gorąca).
  2. Łososia miksujemy na gładką masę razem z jednym jajkiem i mlekiem.
  3. Do dużej miski wsypujemy mąkę. Dodajemy wyrośnięte drożdże i masę łososiową. Ciasto wyrabiamy, aż będzie gładkie i puszyste. Odstawiamy na godzinę do wyrośnięcia.
  4. Gdy ciasto wyrasta, w garnuszku rozpuszczamy masło i dusimy na nim posiekany szpinak. Odstawiamy do przestygnięcia.
  5. Gdy ciasto już wyrośnie, nastawiamy piekarnik na 200 stopni (bez termoobiegu).
  6. Wyrośnięte ciasto wyrabiamy jeszcze raz i dzielimy na dwie części. Każdą wałkujemy między dwoma arkuszami papieru do pieczenia. Po rozwałkowaniu zdejmujemy wierzchni papier (przyda się do pieczenia ciastek) i smarujemy ciasto cienką warstwą duszonego szpinaku. Następnie kroimy ciasto w paski o szerokości maksymalnie 2 centymetrów. Jeśli mamy małe psisko i chcemy, by bułeczki były mniejsze, przekrajamy paseczki na pół. Na koniec zwijamy paseczki w roladki zawijając koniec pod spód. Jeśli robiliście kiedyś skandynawskie cynamonowe bułeczki, to nie będziecie mieli z tym najmniejszego problemu. Przepis znajdziecie na blogu w starszych postach :)
  7. Układamy nasze zawijaski na blasze pokrytej papierem do pieczenia i smarujemy roztrzepanym jajkiem. Pieczemy aż się ładnie zarumienią (około 12 minut).
Smacznego psiaki!

czwartek, 16 maja 2013

Wiosna na talerzu, czyli młoda kapustka na boczku

Każda pora roku ma swoje, zarezerwowane tylko dla siebie smaki. Nikt mnie nie przekona do pieczenia pięknych i wymyślnych tortów z truskawkami w samym środku zimy. Tym bardziej, że kupione wtedy w hipermarkecie truskawki mają z prawdziwymi truskawkami nie wiele wspólnego. Może tylko kolor ;) Zima smakuje cynamonem, skórką pomarańczową i pysznymi, przygotowywanymi całe lato przetworami. Ale zima minęła. Ustąpiła miejsca tej porze roku, która dla kuchni jest jak tygodniowy pobyt w SPA dla mnie. Nigdy nie byłam w SPA, ale domyślam się, że właśnie tak bym się czuła. Świeżo, zdrowo i młodo. Tak. Wiosna to radosne święto młodości i zdrowia. A w kuchni każdy może tej młodości zasmakować, niezależnie od ilości świeczek zdmuchiwanych na torcie.

Mój pomysł na świętowanie wiosny? Młoda kapustka duszona na odrobinie boczku. z dodatkiem różowego pieprzu i suszonej żurawiny. Różowej, bo tegoroczna wiosna upływa mi pod znakiem różu wszelkiej maści :)

Składniki:
  • mała główka młodej kapustki
  • plaster wędzonego boczku (grubości ok. 1 cm)
  • mała cebula
  • łyżka smalcu (użyłam domowego smalcu z jabłkiem, możecie użyć zwykłego i dodać pół startego jabłka)
  • łyżka soli
  • łyżka cukru
  • garść posiekanego koperku
  • 2 garści suszonej żurawiny
  • pół szklanki soku jabłkowego
  • łyżka octu jabłkowego
  • ziarna różowego pieprzu utarte w moździerzu (do smaku)
  1. Kapustę siekamy, posypujemy solą i odstawiamy.
  2. Boczek kroimy w kostkę i podsmażamy (bez dodatku tłuszczu). Gdy się zarumieni dorzucamy pokrojoną w kostkę cebulę i całość podsmażamy aż cebulka się zeszkli.
  3. Kapustkę przelewamy letnią przegotowaną wodą, by spłukać nadmiar soli. Odsączamy.
  4. W niewielkim garnku lub w głębokiej patelni rozpuszczamy smalec. Podsmażamy kapustkę. Po chwili dodajemy sok jabłkowy, cukier, ocet i żurawinę. Mieszamy wszystko dokładnie. Dodajemy boczek z cebulką oraz pieprz i dusimy wszystko na małym ogniu przez 10 minut. Na koniec zdejmujemy z ognia i posypujemy koperkiem. Pysznie smakuje, jako dodatek do mięs, ale sprawdza się tez, jako samodzielna przekąska. Smacznego!


Orzechowe roladki z jabłkiem

- Ciacha się skończyły! - woła z przedpokoju niepocieszony Darek. Koniec ciastek oznacza dla niego koniec pozornego posłuszeństwa Buby. Pozornego, bo Buba przybiega przecież do jego kieszeni, a nie do niego. Ja to wiem i ona też to wie. Darek pozostaje w błogiej nieświadomości.

Wracają ze spaceru zziajani. Darek wyraźnie wyczerpany, Buba z szaleńczym uśmiechem na pysku i tym chochlikiem w oczach, który zawsze oznacza kłopoty.

- Co się stało? - pytam, spodziewając się najgorszego. Że uciekła, że pogoniła przerażonego yorka, że wytarzała się w ...
- Musimy jechać do weterynarza, dzwoń i zamawiaj na jutro wizytę! - woła zatroskany Darek.
- Jezu, ale co się stało?
- Co się stało? Co się stało? Ogłuchła! To się stało! Pół godziny ją wołałem, a ona nic. Buszowała w krzakach i nie chciała wyjść. Ona nie słyszy. Mówię ci, nie słyszała mnie nawet, gdy już byłem bardzo blisko.

Spojrzałam na głupkowato uśmiechniętą Bubę i postanowiłam przeprowadzić ekspresowy test na głuchotę.

- A kto chce CIACHO?! - zawołałam. Bubie mało oczy nie wyszły z orbit.
- No tak- westchnął Darek. - I to by było na tyle jeśli chodzi o bezinteresowną miłość.

Psia miłość jest bezinteresowna, ale chcąc kogoś do czegoś przekonać, musimy dysponować odpowiednimi argumentami. Poszłam więc do kuchni, zaparzyłam sobie kawkę i zagniotłam ciasto na argumenty. Orzechowe roladki z jabłkiem. Mięciutkie, słodkie i pysznie nadziane.


Składniki:

  • 1/2 szklanki świeżego soku z marchwi
  • 1/2 szklanki soku jabłkowego
  • 2 jaja
  • 4 porządne łyżki masła orzechowego z małą zawartością soli
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • 1/2 szklanki mąki razowej
  • 1/2 szklanki otrąb
  • 1 starte jabłko
  1. Soki i jajka mieszamy ze sobą.
  2. Mąki i otręby wysypujemy na stolnicę. Dodajemy sok z jajkami oraz masło i dokładnie wyrabiamy. Ciasto powinno ładnie odklejać się od podłoża i od rąk.
  3. Gdy ciasto jest już wyrobione, zawijamy je w folię i wkładamy na 5 - 10 minut do zamrażalnika. w tym czasie obieramy i ucieramy jabłko. Możemy je zmieszać z odrobiną cynamonu, który wzmocni aromat.
  4. Ciasto kładziemy na warstwie papieru do pieczenia, przykrywamy drugą warstwą i w ten sposób wałkujemy. Dzięki temu ciasto nie będzie nam przywierać ani do stolnicy, ani do wałka. Ja podzieliłam ciasto na dwie części. Tę drugą zamroziłam "na później". 
  5. Gdy ciasto jest już rozwałkowane, delikatnie zdejmujemy wierzchnią warstwę papieru. Odkładamy ją na blachę- przyda się do pieczenia ciastek. Nastawiamy piekarnik na 200 stopni i w czasie gdy będzie się nagrzewał rozsmarowujemy na rozwałkowanym cieście jabłko. Na koniec zwijamy ostrożnie w roladkę i nożykiem do pizzy kroimy w niewielkie plastry. Odrobinę się zniekształcą, ale to normalne. ważne, by się nie rozpadały. Układamy je na przygotowanej blasze i pieczemy przez 20 minut. Po tym czasie wyjmujemy ciastka z piekarnika i pozwalamy im ostygnąć. Smacznego psiaki!
* Z połowy ciasta wychodzi litrowy słoik ciastek. Są miękkie i z łatwością dają się łamać na mniejsze części.



piątek, 10 maja 2013

W krainie czarów


Każde odwiedziny u mamy są jak podróż do krainy czarów. Wszystko tu jest niby zwyczajne i codzienne, a jednak wydarza się tak pięknie. Spacer po mieście przeradza się w tajemniczą wyprawę między kafejkami i kwiaciarniami, pochmurny poranek zamienia się w cudownie słoneczny dzień, a zwykłe opakowanie raków i kubeczek śmietany przeistaczają się w bardzo śródziemnomorskie danie. A wszystko to w samym sercu Sztokholmu, na Karlaplan.

I im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem przekonana, że magia ta nie ma nic a nic wspólnego z pięknym miastem, czy rozkwitającą na drzewach wiosną. Nie. Tutaj czarują ręce mojej mamy. Najcieplejsze i najbardziej ruchliwe ręce na świecie. 

  


wtorek, 7 maja 2013

Grzanki z sadzonymi

Niewątpliwą korzyścią posiadania rodziny mieszkającej na wsi są dary, jakie od czasu do czasu przywozimy ze sobą do miasta. W tym miesiącu zostaliśmy wyjątkowo hojnie obdarowani. Świeżutkie, wędzone pstrągi od taty, a teraz to- 40 jaj od zdrowych kurek, biegających po trawce i skubiących ziarenka- prezent od mamy. 
Mała rzecz, a cieszy. A jaki smak! Tylko co tu zrobić z taką ilością jaj? Na początek grzanki z sadzonymi :)

Składniki:
  • 4 kromki 'wczorajszego' chleba
  • 4 jaja
  • sól i pieprz
  • oliwa z oliwek
  • ewentualnie garść wędliny pokrojonej w paski i pół pokrojonej cebuli do podsmażenia (wersja na bogato)
Kromki chleba wydrążamy. Można użyć kieliszka, można też po prostu wydłubać środek. Na patelni rozgrzewamy 4 łyżki oliwy i podsmażamy kromki z jednej strony aż się delikatnie zarumienią. Przekładamy je na drugą stronę, zmniejszamy moc i wbijamy do środka każdej kromki jajo. Podsmażamy do momentu, aż białko się zetnie, koniecznie na małym ogniu, by nie przypalić grzanek. Jeśli mamy do czynienia z wielkim Małym Głodem, możemy na tej samej patelni podsmażyć wędlinę z cebulką i położyć na wierzch. Smacznego!