wtorek, 30 kwietnia 2013

O parasolkach, Sycylii i wędzonych rybach

- Na pewno spakowałaś parasolkę?- spytał po raz dziesiąty Darek, gdy już dojeżdżaliśmy do Darłowa.
- Tak, skarbie, pytałeś o to jeszcze zanim wyjechaliśmy z garażu i od tamtej pory nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Widząc po jego naburmuszonej minie, że już szykuje się do zadania kolejnych pytań z serii: "Czy oby na pewno jesteśmy dobrze przygotowani do wyjazdu nad to wstrętne, zimne morze?", wyrecytowałam:
- Tak, spakowałam też kalosze, kurtki puchowe i polary. Mamy też kilka skór renifera, instrukcję budowy igloo oraz stroje narciarskie.
Spojrzał na mnie z ukosa, ale nie uśmiechnął się. Uśmiechnęły się tylko oczy.

Darek nie lubi naszego morza. Bo zimno, bo daleko, bo w sezonie dziwacznie drogo. I bo pada. Zwłaszcza, bo pada. Szukam jakiegoś argumentu, ale nie potrafię znaleźć. Faktycznie, każdy nasz wypad nad morze kończy się tak samo- przeziębieniem.

- Tym razem będzie inaczej- obiecywałam jeszcze przed wyjazdem. -Tym razem nie będziemy się nastawiać na ładną pogodę i po prostu spędzimy trochę czasu z rodziną.
- Że też musiałaś się urodzić tak daleko- westchnął. - Nie mogłaś już lepiej na jakiejś Sycylii?
- Gdybym przyszła na świat na Sycylii, byłabym teraz wielką Mamma Mią z siedmiorgiem dzieci.
- O Jezu! Dobra, to już lepiej bądź z pomorza.

A jak było? Zimno. I padało. Ale nie nastawialiśmy się, że będzie inaczej i może nawet udało nam się odkryć coś pięknego. Prawdziwą magię. W otulaniu się jednym kocem przy kominku. W długich opowieściach dziadka o tym, jak to kiedyś było. W zapachu świeżych ryb wędzonych przez tatę. I w widoku psów śpiących głębokim snem w promieniach popołudniowego słońca i śniących o bieganiu po plaży.

Wróciliśmy zmęczeni, zmarznięci. Ale gdy patrzę na zdjęcia, robi mi się cieplej na sercu i nabieram sił do dalszej życiowej walki :)

* Jeśli marzy Wam się przyjechać nad morze i pobyć w ciszy i spokoju, z dala od turystycznego zgiełku, wśród szumu drzew i porannego śpiewu słowika, odwiedźcie nas :)

Moja rodzina prowadzi w Rusku k. Darłowa dom bardzo gościnny. Proponujemy Wam pobyt w przestronnym apartamencie kompleksowo urządzonym z widokiem na sad i osobnym wejściem lub jeden z mniejszych pokoi. Psy, dzieci, rodzice i przyjaciele zawsze są mile widziani :)

Zapraszamy :) Tata na pewno coś uwędzi, rozpali się ognisko i posiedzimy razem, aż na niebie obudzą się gwiazdy. Kto wie, może my akurat też tam będziemy... :)

Więcej informacji na stronie: www.morzedrzew.pl

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Sztuka kompromisu, czyli jajka po naszemu

Każdy ma swój ulubiony sposób na jajka, mam i ja. Po benedyktyńsku. Dokładnie takie, jakie robił mi tata, gdy jako mała Ziuzia przechodziłam okres kulinarnego dojrzewania pod tytułem "Nie chcę!" Wszystko, co podsuwała mi pod nos babcia opiniowałam w ten sam sposób. "Nie zjem tego, to niedobre." Ale tata zawsze wiedział, czym mnie przekonać. Jajko ugotowane w koszulce wkładał do szklanki, lekko solił i posypywał szczypiorkiem. A na koniec wszystko delikatnie rozdrabniał, żeby się Ziuzi lepiej jadło. I jadło się, oj jadło się.
Spróbowałam raz przygotować takie jajeczka dla naszej dwójki. Wyszły prawie takie, jak te od taty.
- Słońce, co ty mi tu za berbeluchę dajesz? Nie dogotowało się- oburzył się Darek. Jak to zwykle w życiu bywa- gdzie dwóch się nie dogada w kwestii jajek, tam psy korzystają. Tego dnia Lady Maja (Bubola jeszcze nie było na świecie) kochała swojego pana jeszcze bardziej niż zwykle.
Tak więc miłość to sztuka kompromisu. Babcia Anna- najmądrzejsza kobieta, jaką znałam- powiedziała mi kiedyś: "Nie wybieraj sobie na życie mężczyzny, w którego dobrych cechach się zakochasz, ale tego, którego złe cechy będziesz potrafiła zaakceptować". No to zaakceptowałam. I postanowiłam odkryć sposób na jajka gdzieś w połowie drogi między Ty i Ja. Owo Ty najbardziej lubi jajka z majonezem. Z dużą ilością majonezu. Natomiast Ja, poza nieszczęsną berbeluchą ze szczypiorkiem, uwielbia lekką i pożywną pastę jajeczną. Co jest pomiędzy? Sałatka jajeczna z dodatkiem szczypiorku, z majonezem i jogurtem naturalnym, z odrobiną podsmażonej na masełku szynki. Jak widać kompromisy bywają bardzo smaczne.


Składniki:

  • 5 jajek
  • 3 plasterki chudej szynki
  • pół łyżeczki masła
  • garść szczypiorku
  • łyżka majonezu
  • łyżka gęstego jogurtu naturalnego
  • sól i pieprz do smaku
  1. Jajka gotujemy na twardo.
  2. Szynkę kroimy w kosteczkę i podsmażamy na masełku, aż się delikatnie zarumieni.
  3. Jajka studzimy, obieramy i kroimy w kostkę. Razem z szynką wrzucamy do miseczki.
  4. Dodajemy majonez, jogurt i przyprawy. Na koniec siekamy szczypiorek i dodajemy do reszty. Wszystko delikatnie mieszamy. Świetnie smakuje ze świeżym pieczywem lub na tostach. Smacznego!


sobota, 20 kwietnia 2013

Jak u mamy? Nie, umami- czyli smażony makaron z kaczką

Nie jestem profesjonalnym kucharzem, już prędzej samorodnym kuchcikiem. Nadal mam jednak ogromne ambicje, by mój blog przynajmniej zbliżył się i czule otarł o kuchenny profesjonalizm. Tym bardziej martwi mnie fakt, że następnym zdaniem prawdopodobnie strzelam sobie samobója. Czasami lubimy sobie zjeść chińczyka. Nie zdziwię się, jeśli po tym oświadczeniu liczba odwiedzających bloga drastycznie spadnie. Choć mam nadzieję, że tak nie będzie. No bo spójrzmy prawdzie w oczy- wszyscy popełniamy czasem błędy ;)
Nasz dotychczasowy błąd polegał na tym, że gdy tylko czasem naszła nas ochota na chińszczyznę (jak zwykło się nazywać dania kuchni wietnamsko-polskiej, a tak na prawdę fast food niewiadomego pochodzenia), biegliśmy to najbliższego baru Min Tan, Miu Mian, czy Tam Siam i zamawialiśmy, co tylko dusza zapragnie. Dla duszy nasz wybór nie miał zresztą żadnego znaczenia, bo w Tam Siam wszystkie dania smakują tak samo- do duszy. Coś jednak jest na rzeczy. Coś sprawia, że te wszystkie słodko kwaśne wieprzowiny, wołowiny i inne ssaki smakują nam tak dobrze. To coś, to Umami, a po naszemu glutaminian sodu.
To Japończycy pierwsi zauważyli, że obok smaków: kwaśnego, słodkiego, słonego i gorzkiego człowiek odczuwa również smak umami, ale dopiero 10 lat temu potwierdzono naukowo istnienie receptorów tego smaku na naszych językach. Sprytnym Japończykom żadne badania nie były jednak potrzebne, by już sto lat temu używać określenia umami w odniesieniu do glutaminianu sodu, otrzymywanego z morskich alg. Szybko przyjęło się w Japonii dosypywać odrobinę tej cennej przyprawy do większości potraw. Według japońskiej tradycji umami jest nie tylko jednym z pięciu smaków, ale też najważniejszym. To umami decyduje o tym, czy nam coś smakuje, czy nie.
A co to za smak? Wystarczy otworzyć szafkę kuchenną pierwszej lepszej Pani Domu, by znaleźć go w postaci kostek rosołowych, czy przyprawy do mięs. Tu jednak pojawia się mały problem. W tradycjach azjatyckich wykorzystuje się sam glutaminian sodu, który i tak występuje w pożywieniu bogatym w białko ( w mięsie, dojrzewających serach, orzechach). Jest wyjątkowo skoncentrowany, więc używa się go w niewielkich ilościach. Myślę, że żaden ekspert od zdrowego żywienia nie obrazi się, jeśli powiem, że taki "czysty" glutaminian sodu to bądź, co bądź mniejsze zło, niż nasze kostki rosołowe- naszprycowane barwnikami, sztucznymi aromatami i konserwantami.
Ale wracając do naszego nieszczęsnego chińczyka. Skoro domyślamy się już dlaczego wszystkie potrawy w barze Tam Siam smakują podobnie i dlaczego NAM smakują... Czas pójść o krok dalej i zadać sobie pytanie: Czy bar Tam Siam to jedyne miejsce, w którym możemy skosztować pysznego i tak cenionego przez Japończyków smaku umami? Pewnie, że nie! Spróbowaliśmy, pokombinowaliśmy i trafiliśmy w dziesiątkę. Smażony makaron z kaczką. Robi się błyskawicznie, a smakuje... mmm... bardzo umami :)


Składniki:

  • opakowanie makaronu mie (znajdziecie w delikatesach, ale od biedy może być też makaron ryżowy- ważne żeby było orientalnie)
  • 2 udka kaczki (jeśli nie macie ochoty oddzielać mięsa od kości, możecie wykorzystać piersi)
  • 1 buteleczka sosu ostrygowego 125ml (nie bójcie się go- ostrygowy jest tylko w nazwie)
  • 1 duża marchew
  • 1 mała, młoda cukinia (młodej, czyli bez pestek)
  • szklanka mrożonego zielonego groszku
  • 1 mała cebula
  • czubek łyżeczki pieprzu cayenne (chyba, że lubicie na otro- wtedy 1/4 łyżeczki)
  • szczypta pieprzu cytrynowego
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 3 łyżki oleju arachidowego rafinowanego
  1. Najpierw marynujemy udka. Mięso oddzielamy od kości i kroimy w cienkie plastry (chyba że poszliście na łatwiznę i kupiliście piersi kaczki- wtedy wystarczy pokroić w cienkie plastry). Przekładamy do miseczki i zalewamy 5 łyżkami sosu ostrygowego. Buteleczki z sosem nie chowajcie do lodówki, jeszcze się przyda. Całość przykrywamy i odstawiamy.
  2. Bierzemy się za warzywa. Najpierw kroimy cebulę w drobną kostkę i odkładamy na bok. Marchew obieramy a cukinię płuczemy, wycieramy i odkrajamy końce. Cukinię kroimy wzdłuż na pół. Jeśli się okaże, że nasza młoda cukinia wcale nie jest taka młoda i ma pełno nasion, trzeba ją będzie wydrylować. Na koniec postępujemy z cukinią i marchwią podobnie- tniemy je w cieniutkie płaty. Najlepiej robi się to obieraczką do warzyw. Jeśli nie macie tego cennego przyrządu, możecie tez spróbować zetrzeć warzywa na tarce z jak największymi otworami.
  3. Na głębokiej patelni (najlepszy byłby wok, ale mnie wystarczyła duża i głęboka patelnia) rozgrzewamy 3 łyżki oleju arachidowego. Podsmażamy mięso przez dobre 10 minut. Uważajcie, bo może troszkę pryskać. Po tym czasie, przekładamy mięso na osobny talerz. Najlepiej łyżką cedzakową tak, by tłuszcz pozostał na patelni. W kuchni azjatyckiej najczęściej używa się jednej patelni i smaży wszystko na jednym tłuszczu. W ten sposób wszystkie smaki się przenikają.
  4. Podsmażcie na patelni cebulę. Gdy się zeszkli, dodajcie przyprawy (pieprz i pieprz cayenne). Wymieszajcie i dorzućcie do całości pozostałe warzywa. Wszystko powinno się podsmażać jeszcze 5 minut. Warzywa powinny być miękkie, ale nadal chrupiące. Na koniec odstawcie patelnię na bok.
  5. W średniej wielkości garnku zagotujcie wodę z dodatkiem 3 łyżek sosu sojowego. Gdy woda będzie bulgotać, wrzućcie makaron mie i zgaście palnik, ale nie zdejmujcie garnka. Makaron powinien dochodzić we wrzątku, ale nie powinien się gotować. Zależnie od makaronu, trwa to zwykle około 3 minut. Po ugotowaniu odcedźcie makaron w cedzaku i przepłuczcie zimną wodą.
  6. Wracamy do patelni. Przełóżcie ją z powrotem na palnik i dodajcie do warzyw mięso, oraz resztę sosu ostrygowego. Podsmażajcie wszystko przez kolejne 2 minuty, co chwilę mieszając. Na koniec dorzucamy do całości makaron i mieszamy tak długo, aż składniki w miarę się "przetasują". 
* Wygląda, jakby to było dużo pracy, ale w rzeczywistości robi się bardzo szybko. A na koniec macie do zmycia tylko jedną patelnię :) Dla bardziej wyszukanego efektu możecie posypać całość czarnym sezamem. Smacznego!



czwartek, 18 kwietnia 2013

Placki ziemniaczane

Jeden z moich ulubionych smaków z dzieciństwa. Ja zajadałam je z kwaśną śmietaną i cukrem, a mój brat zasypywał je doszczętnie żółtym serem i przyklepywał wszystko majonezem. Placki gościły jednak na naszym stole raczej rzadko, bo nasz rodzinny kucharz- dziadzio musiał przy robieniu placków stać i smażyć. Każdy, kto kiedykolwiek miał z klapaczami (jak nazywa się je na Kujawach) do czynienia wie, że najlepiej smakują zaraz po zdjęciu z patelni, gdy są jeszcze gorące i pysznie chrupiące. Tak więc biedny dziadzio musiał stać przy kuchni i smażyć wszystkim świeże placki. Dziadzio nie pałaszujący obiadu ze wszystkimi i nie zajmujący honorowego miejsca u szczytu stołu? Nie, to nie mogło się wydarzać zbyt często ;)

Pamiętam, że dziadek smażył placki obowiązkowo na smalcu. W swojej kuchni postanowiłam pójść w nieco mniej kalorycznym kierunku :) W końcu lato za pasem, a kostium kupiony zeszłej jesieni na wyprzedaży zdążył się już jakoś samoistnie skurczyć ;)


Składniki:

  • 1 kg ziemniaków
  • 1 jajko
  • 2-3 łyżki mąki
  • sól, pieprz
  • łyżeczka cukru
  • olej z pestek winogron do smażenia
Ziemniaki wystarczy utrzeć na paćkę (Bogu niech będą dzięki za robot kuchenny). Jeżeli użyjecie młodych lub wyjątkowo soczystych ziemniaków, warto je odsączyć po utarciu. Dodajemy jajo i przyprawy. Wszystko mieszamy. Na koniec dodajemy mąkę i ponownie mieszamy. Smażymy niewielkie i cienkie placki na sporej ilości oleju. I tyle :) Smacznego!

* Jeśli placki mają służyć za cały obiad, to zwykle podaję je z jakimś mięskiem w aromatycznym sosie, na przykład z kawałkami piersi kurczaka w sosie pieczarkowo - śmietanowym.



wtorek, 16 kwietnia 2013

Marchewkowe ciastka z bryndzą

Otworzyliśmy mini sanatorium pod psem. Maja (seniorka) jest już od dłuższego czasu na takim czy innym leczeniu. Starość ma swoje prawa. Jednym z podstawowych jest to, że już nie trzeba udawać twardziela. Można sobie po prostu trochę pochorować i trochę pomarudzić. Choć, jak patrzę na Majcię, która już ledwo chodzi, ale wciąż na hasło 'spacerek' zrywa się radośnie i merdając ogonem kuśtyka do drzwi, to myślę sobie, że mało kto starzeje się z taką godnością i pogodą ducha. Majcia, jesteś nie do zdarcia- mówi zawsze nasz psi lekarz, gdy widzi, jak nasza babunia od wejścia do kliniki nagle "zdrowieje" i udaje, że łapa wcale nie doskwiera. A tymczasem Buba (dzieciak) dochodzi do siebie po sterylizacji i już zdradza pierwsze objawy zwiększonego apetytu. Kto ma, ten wie, że zwiększony apetyt u labradora, to już poważna sprawa ;) Dla obu naszych chorowitków- rekonwalescentki i weteranki wymyśliłam coś lekkiego i pysznego. W sam raz na ciepłe, wiosenne spacery. Marchewkowe ciastka z bryndzą. Może nie aż tak aromatyczne, jak ciacha z tuńczykiem, ale na pewno bardziej dietetyczne :)

Składniki:

  • 4 średniej wielkości marchewki
  • 2 jaja i jedno żółtko (pewnie się domyślacie, co zrobiłam z pozostałym białkiem- Buba była zachwycona)
  • 100 g bryndzy
  • 3 łyżki śmietany 12%
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 10 łyżek mąki razowej
  • szczypta soli
  • garść posiekanej natki pietruszki
  1. Marchewki ucieramy na małych oczkach tarki. Posypujemy szczyptą soli. Chodzi tylko o to, by marchew puściła odrobinę soku. Wystarczy 1/4 łyżeczki od herbaty. Mieszamy i na chwilę odstawiamy.
  2. W tym czasie kroimy bryndzę na małe kawałki i siekamy pietruszkę. Piekarnik nastawiamy na 180 stopni.
  3. Do marchewki dodajemy jajka, oliwę i śmietanę. Dokładnie mieszamy.
  4. Dodajemy ser i ponownie mieszamy. Ja mieszam ręką, bo tak najłatwiej jest dokładnie rozprowadzić ser.
  5. Na koniec dodajemy mąkę i pietruszkę i znowu mieszamy. Mąka razowa wymaga nieco czasu by się 'uaktywnić', więc mieszanie powinno trwać minimum 5 minut. Ciasto powinno mieć konsystencję nieco gęstszą niż ciasto na placki ziemniaczane. Jeśli uznacie, że jest zbyt płynne, dodajcie 1-2 łyżek mąki.
  6. Na papier do pieczenia wykładamy łyżką małe placuszki o średnicy około 5 cm i rozpłaszczamy je. Pieczemy przez 25 minut. Gdy ten czas dobiegnie końca, wyłączam piekarnik, ale ciastka jeszcze zostawiam w cieple na kolejne 10 minut, żeby 'doszły'. Na koniec wyjmuję je, zostawiam do ostygnięcia i gotowe. Przechowujcie je w otwartym pojemniku i nie dłużej niż 4 dni. W lodówce mogą przetrwać ciut dłużej, ale możecie je też zamrozić. Chociaż szczerze? U nas nigdy nie starczą na dłużej niż 2 dni ;) Smacznego psiaki!
* Ciastka są miękkie i wilgotne, z powodzeniem dają się łamać na mniejsze kawałki. Jeśli jednak macie mniejsze psiaki, możecie ciastka formować łyżeczką do herbaty. Pamiętajcie jednak, by zmniejszyć wtedy czas pieczenia o minimum 5 minut ;)





niedziela, 14 kwietnia 2013

Osiedle serdecznie otwarte


Odwiedzając w zeszłym roku mamę w Sztokholmie zostałam przez znajomych zaproszona na przyjęcie urodzinowe. Gdy dotarłam pod wskazany adres, okazało się, że drzwi są zamknięte na cztery spusty, a za nimi cisza. Coś pomyliłam- pomyślałam. Mój szwedzki nawet nie raczkuje, raczej pełza, pewnie źle zrozumiałam godzinę, albo adres... I gdy miałam już odejść z kwitkiem, zza okien klatki schodowej wychodzącej na dziedziniec kamienicy dobiegły mnie śmiechy i chichy oznaczające świetną zabawę i już wypite co najmniej dwa kieliszki wina. Wyjrzałam przez okno i bardzo się zdziwiłam, bo moim oczom ukazał się niecodzienny widok. Na kostce brukowej dziedzińca ustawiono stoły, prawdopodobnie wyniesione z kuchni i jadalni co najmniej kilku okolicznych mieszkań. Wokół biegały dzieci, całkowicie bezpieczne w otoczeniu ramion kamienicy- z dala od ulicy, a z poszczególnych klatek wychodzili kolejni sąsiedzi niosąc talerze i miski z pysznościami. Przez okno jednego z mieszkań na parterze ktoś przeciągnął kabel od radia, w kącie najdalej odsuniętym od wszystkich okien ustawiono grill. Prawdziwe garden party... na dziedzińcu. W samym centrum miasta. Rany, jak ja się tam świetnie bawiłam! Na luzie, bez nadęcia właściwego dla białych obrusów w restauracji, bez rozleniwienia, jakie zwykle dopada po obiedzie w czterech ścianach.
Obiecałam sobie wtedy, że kiedyś uskutecznię tę tradycję na swoim osiedlu, w Warszawie. Na zamkniętym osiedlu, strzeżonym przez ochronę, pełnym tabliczek zabraniających tego i owego, pełnym krat w oknach na parterze i kodów do wszystkich wejść. A mówią, że to Skandynawowie są chłodni i zdystansowani.
Pomyślcie tylko- o ile przyjemniejsze stałyby się te nasze zamknięte osiedla, gdybyśmy dziedziniec przestali uważać za zwykły łącznik pomiędzy ulicą a naszym mieszkaniem. Gdybyśmy się otworzyli i wyszli z tej zatęchłej izolacji własnego mieszkania. 
Ktoś powiedział mi, że w Szwecji to normalne. Mają tak mało słońca i ciepła w roku, że jak już się trafi ładny dzień, starają się z niego w pełni skorzystać- na powietrzu. No tak. A my mamy tego słońca i ciepła trochę więcej i nie korzystamy z niego wcale.

 
/źr. www.courtyardsoffrance.com/

Łosoś na cytrynach od Pani Mamusi

Ten sposób na łososia podpowiedziała mi mama. Pani Mamusia, jak nazywa ją żartobliwie Darek, należy do  tych ludzi, którzy nie potrafią być bezczynni. Słowo honoru, moja mama nawet odpoczywając coś robi. Tu przetrze, tam poprawi kwiaty w wazonie, to znowu odkurzy zupełnie mimochodem. Moja babcia miała tę samą przypadłość. Jej ręce nigdy się nie zatrzymywały. Czy i na mnie trochę tej ruchliwości rąk przeszło? Leżę teraz wygodnie w łóżku i bez pośpiechu piszę i dumam. I znów piszę, to znów dumam. Więc chyba nie. Widać niektóre geny słabną z pokolenia na pokolenie ;)
Ale wracając do Pani Mamusi... Jej największym problemem jest nieustanny brak czasu. "O Jezu- wzdycha czasami. - Miałam jeszcze nastawić pranie, a już tak późno." A w kuchni? W kuchni to dopiero ruchliwe ręce mają używanie. Tu zamieszają, tu przyprawią, a w międzyczasie jeszcze zmyją i podadzą. I niech nikt nie ośmieli się pomagać. "Gdzie mi tu będziesz pomagać? Co ja? Inwalidą jestem?" Wieczny niedosyt czasu sprawił jednak, że mama wyspecjalizowała się w przygotowywaniu potraw efektownych, ale banalnie prostych. A najlepiej takich, które wystarczy włożyć do piekarnika i robią się same. No bo wtedy można jeszcze pranie nastawić ;)
Zbieram sobie w serduchu złote myśli i mądrości mojej mamy (choć jeszcze nie tak dawno temu nie chciało mi się słuchać, a dziś żałuję). Córciu- powiedziała mi, gdy kiedyś podpytałam się jej, co przygotować na przyjęcie urodzinowe Darka. - Zrób tak, żeby się nie narobić, ale żeby się wszystkim wydawało, że spędziłaś w kuchni cały dzień.
Hmm... efektownie i banalnie prosto? Tak, łosoś na cytrynach zdecydowanie zalicza się do tej kategorii :)


Składniki (na 2 osoby):

  • 2 dzwonki świeżego łososia
  • 1-2 cytryny
  • łyżka oliwy z oliwek
  • sól morska i pieprz kolorowy (najlepiej świeżo zmielone)
  • gałązka pomidorków koktajlowych (opcjonalnie)
  1. Już po ilości składników widać, że przepis nie może być skomplikowany. Osobiście uwielbiam ten sposób na łososia nie tylko za prostotę, ale przede wszystkim za smak. Łosoś jest rybą o tak wyjątkowym smaku i aromacie, że zbyt duża ilość przypraw może mu jedynie zaszkodzić. Po co ulepszać coś, co z założenia jest pyszne? Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. W czasie gdy temperatura stopniowo rośnie, smarujemy brytfankę oliwą. Dzięki temu ani ryba, ani cytryny nie przywrą.
  2. Na dnie brytfanki (świetnie sprawdza się forma do tart) układamy plastry cytryny. Nie musi być równo i dokładnie. Cytryny puszczą sok, który zmiesza się z oliwą i "nawilży" mięso łososia.
  3. Na cytryny wykładamy dzwonki łososia. Możecie eksperymentować też z filetem, ale pamiętajcie, że im grubszy płat mięsa, tym dłuższy powinien być czas pieczenia. 
  4. Wszystko posypujemy solą i pieprzem. Nie omijajcie przy soleniu cytryn. Sól pomoże wyciągnąć ich aromat. Całość możecie udekorować gałązką rozmarynu i pomidorkami.
  5. Pieczemy przez 20 minut. Tak przygotowanego łososia podaję z młodymi ziemniaczkami i zielona sałatą z dodatkiem dressingu na bazie octu balsamicznego :) Smacznego!


piątek, 12 kwietnia 2013

Te czerwone kwiatki w oknach


Wiosna, gdy już zjawi się łaskawie, przyniesie ze sobą pytanie. Co począć z tymi paroma dodatkowymi metrami kwadratowymi, jakie mamy za drzwiami balkonowymi? Albo, tak jak w przypadku mojego pierwszego mieszkania na Saskiej Kępie- z tą połową metra kwadratowego ;)
Wyuczony konformizm każe mi gnać w sobotę do tesco i kupić pelargonie. Oczywiście czerwone. Gdy spytałam kiedyś koleżankę z Norwegii, co najlepiej zapamiętała ze swojej wizyty w Polsce, usłyszałam, że te czerwone kwiatki w oknach. Zawsze to lepiej być zapamiętanym, jako kraj akurat z kwiatków, ale czy rzeczywiście pelargonie są jedynym, co może rosnąć na balkonie?
A gdyby tak zaprosić jakieś drzewko, świeże zioła, aromatyczną lawendę...
Oficjalnie ślubuję być w tym roku nonkonformistką. Przynajmniej na własnym balkonie. Wyszperałam już w sieci sporo inspiracji i pomysłów, na kartce spisuję terminy kwitnienia, zabrałam się do rzeczy bardzo skrupulatnie. Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Na przykład taki balkon :)

/źr. www.pinterest.com/
/źr. www.pinterest.com/
/źr. www.pinterest.com/

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Zielono mi, czyli placuszki z cukinią i parmezanem

Te placuszki wymyślił mój tato i chwała mu za to :) Nie znam lepszego sposobu na pyszną i lekką przekąskę, którą można w dodatku zrobić z zamkniętymi oczami. Sama biorę się za placuszki z cukinii w te dni, gdy nie mam czasu i/lub chęci na coś bardziej skomplikowanego, ale mimo to zależy mi na efekcie "Ta da!". No i ten cudownie pistacjowy kolor... w sam raz na długo wyczekiwany początek wiosny. A mój brat mówi na to placuszki Shreka. No i wszystko jasne :)


Składniki (na 3-4 osoby):

  • 2 cukinie
  • 2 jaja (jedno jajo na jedną cukinię, w razie gdybyście chcieli kiedyś nasmażyć placków, jak dla wojska)
  • mąka pszenna
  • 2 łyżeczki soli
  • 3 łyżki startego sera parmiggiano reggiano
  • 2 ząbki czosnku (utartego lub przeciśniętego przez praskę)
  • świeżo zmielony, różowy pieprz (lub kolorowy)
  • garść posiekanego koperku
  • olej do smażenia (na taką ilość placków wybieram ekonomiczną wersję- olej rzepakowy lub słonecznikowy)
  1. Cukinie płuczemy i ucieramy na tarce z dużymi oczkami. Wybierajcie młode i twarde cukinie, żeby nie dokładać sobie pracy z usuwaniem gniazd nasiennych.
  2. Do startych cukinii dodajemy jaja i sól. Delikatnie mieszamy. 
  3. Czas na mąkę. W składnikach nie napisałam dokładnie, ile mąki potrzeba, bo sama sypię jej na oko. Ilość mąki w dużej mierze zależy od ilości soku, jaki puszczą cukinie. Zwykle zaczynam od 2 szklanek mąki (jedna szklanka na jedną cukinię) i stopniowo dodaję mąki, co jakiś czas mieszając. Konsystencja powinna być podobna, jak w przypadku placuszków z jabłkiem. Mąki jest wystarczająco, gdy całość ma gęstość kisielu ;) Jeśli uznacie, że sypnęliście ciut za dużo mąki, możecie dolać odrobinę wody. 
  4. Na koniec dodajemy pozostałe składniki. Jeśli nie jesteście wielkimi fanami parmezanu (lub po prostu akurat nie macie go w lodówce), możecie go śmiało pominąć. Placuszki wyjdą dużo delikatniejsze w smaku, ale warto wtedy dodać jeszcze szczyptę soli. Wszystko delikatnie mieszamy. Najlepiej drewnianą łyżką, żeby nie zmiażdżyć wiórków cukinii.
  5. Smażymy na oleju, aż się zarumienią z obu stron. Ta da! ;)
* Placuszki z cukinia i parmezanem zawsze podaję z sosem czosnkowym lub tzatziki.


piątek, 5 kwietnia 2013

Puszysty sernik waniliowy

Pamiętam misternie przygotowywany sernik z dzieciństwa. Twaróg, po który jeździło się na wieś i musiał być właśnie ten i żaden inny, bo inaczej sernik nie wyrastał. Cukier ścierany w makutrze na drobny pył, bo o cukier puder w sklepach nie było łatwo. Zapach skórki pomarańczy i rodzynek...

Ach te wspomnienia...

Te Święta Wielkanocne postanowiliśmy spędzić w naszym domu, w Warszawie. Właściwie nie było w tym wszystkim dużo naszego postanawiania. Postanowiło się samo. Maja (seniorka) ma 13 lat, jest prawie niewidoma i cierpi na zwyrodnienie stawów. Nie dla niej wojaże po Polsce i 7 godzin w bagażniku naszego hatchback'a. 

- Może odwiedzimy Darłowo, jak tylko zrobi się cieplej?- spytałam, wyglądając w wielkanocny poniedziałek przez okno. - Na majówkę, na przykład. Będzie można zrobić Mai dłuższą przerwę w podróży i zatrzymać się w jakimś lasku... Może do majówki śnieg stopnieje.
- Może- zamyślił się Darek. Przytulił mnie mocno, bo z nas dwojga to ja jestem na większym wygnaniu z ziemi ojczystej zachodniopomorskiej (on wychował się właściwie na przedmieściach). - A teraz wypadałoby zrobić dyngusa. To co? Idziemy porzucać się śnieżkami?

No i poszliśmy. rzucaliśmy śnieżkami i lepiliśmy bałwana. Buba była w niebo wzięta. Zagryzła wszystkie śnieżki.

Dziwne te święta, jakieś takie bożonarodzeniowe. Na znak, że jestem elastyczna, postanowiłam upiec iście zimowy sernik. Puszysty, jak płatki śniegu i bardzo waniliowy :)


Składniki:
  • 4 jaja
  • 2 szklanki cukru pudru
  • łyżka cukru waniliowego
  • 1 opakowanie (200g) serka homogenizowanego waniliowego i 3 opakowania serka naturalnego (używam serka Bieluch)
  • budyń waniliowy
  • opakowanie biszkoptów lub herbatników (min. 120 g)
  • odrobina masła do posmarowania tortownicy
  • szczypta soli
  1. Najpierw przygotowujemy tortownicę. Smarujemy ją cieniutko masłem i obsypujemy garścią dokładnie pokruszonych biszkoptów lub herbatników (ucieram je w moździerzu). Jeżeli użyjecie biszkoptów, spód ciasta będzie mięciutki. Jeśli natomiast wybierzecie herbatniki, spód będzie kruchy. Pozostałe biszkopty/herbatniki kruszymy, ale już nie tak drobno (największe kawałki nie powinny przekraczać 1 cm średnicy) i wykładamy je na dno tortownicy. Dno ciasta mamy gotowe. Mówiłam już, że to bardzo szybki przepis? ;)
  2. Żółtka oddzielamy od białek i umieszczamy w oddzielnych miskach. Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywno.
  3. Żółtka ucieramy z cukrem pudrem i cukrem waniliowym.
  4. Do masy z żółtek i cukru dodajemy serki i dokładnie miksujemy.
  5. Dodajemy budyń waniliowy i ponownie dokładnie miksujemy.
  6. Na koniec dodajemy ubita wcześniej pianę i całość bardzo delikatnie mieszamy drewniana łyżką. Trzeba uważać, by piana nie osiadła (ale wcale nie jest to takie trudne).
  7. Całość przelewamy do tortownicy i pieczemy na 160 stopni przez godzinę. Po upływie tego czasu warto sprawdzić, czy ciasto nie jest jeszcze surowe. Powinno być lekko wilgotne, ale nie kleiste. Jeśli się klei, możemy wydłużyć czas pieczenia o kolejne 5 do 10 minut. Smacznego!
* Na zdjęciach puszysty sernik waniliowy z brzoskwiniami (wystarczy pokroić brzoskwinie z puszki w kostkę, wyłożyć na biszkopty i zalać ciastem).