niedziela, 17 marca 2013

Wolny zawód

Znajomym urodziło się dziecko. Dziewczynka. Śliczna i zdrowa. Odwiedzamy ich już od miesiąca. Słabe te odwiedziny, bo jakoś ani prezent nie dostarczony, ani kieliszek szampana nie wypity, ani nawet jakieś achy i ochy nad kołyską nie westchnięte.

- Jezu, obiecaliśmy w zeszłym tygodniu, że wpadniemy- przypominam sobie gdzieś koło soboty. -Może jutro damy radę?
- Może- odpowiada zamyślony Darek. -A nie, czekaj! Jutro muszę do Legionowa jechać, do klienta.

Jak tak dalej pójdzie, mała zdąży skończyć 18 lat, a my dalej będziemy się do niej wybierać z różowym miśkiem, co ma napisane It's a girl na koszulce. Czasem jestem zła na siebie i na niego, za ten brak struktury. Mam wrażenie, jakby nasz kalendarz został pocięty na kawałki i ponownie poskładany. Tyle, że na opak. Poniedziałek wypada w weekend, weekendy właściwie w ogóle zaginęły w akcji, a jedyne wolne dni to święta, bo urlop to chyba jakiś zwrot w obcym języku oznaczający naiwność.

-Naprawdę nie wiem, jak ty możesz tak żyć- usłyszałam niedawno od wyraźnie mniej życzliwej osoby. -Bez planu, bez stałej pensji, bez określonej pracy.

Naprawdę nie wiem, jak mogę tak żyć. Ale żyję. I choć czasem sobie trochę pomarudzę, trochę pogrymaszę, to prawda jest taka, że wprost nie potrafię sobie wyobrazić, żebym mogła żyć inaczej.

- My się już chyba nie nadajemy do normalnej pracy- stwierdza z rezygnacją Darek. Właśnie minęła północ, a on siedzi dalej nad projektem, który miał być gotowy na wczoraj (teraz to już w sumie na przedwczoraj). Ja dłubię i skrobię bloga, który z kulinarnego staje się coraz bardziej jakiś taki udomowiony, osobisty. A marzenia wydania choćby jednej z napisanych książek tkwią sobie dalej szczelnie ukryte w skarpecie, jak inwestycja na przyszłość, która jednak z czasem może mocno stracić na wartości. A tymczasem jutro niedziela, czyli dla nas poniedziałek.

- Może spróbujemy do nich wpaść w następny weekend?- pytam Darka bardziej stwierdzeniem, niż pytaniem.
- No koniecznie!- odpowiada bez namysłu i z energią w głosie. Bo chęci są, tylko ten kalendarz jakoś nie chce nam się odpowiednio złożyć.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz