piątek, 15 marca 2013

Away we go


Są filmy, które zostają z nami na całe życie. Jakaś część nas odnajduje w tych filmach siebie. A może raczej marzenia i wątpliwości, których na co dzień nie dopuszczamy do głosu. Dokładnie tak było ze mną i filmem Sama Mendesa "Para na życie". Tłumaczenie tytułu jest zresztą wyjątkowo kiepskie (kto u licha tłumaczy te tytuły?), bo oryginalne Away we go mówi o filmie o wiele więcej.

On- trochę gamoniowaty, pracuje w ubezpieczeniach. Ma wyjątkowo pokręconych rodziców (ale kto nie ma?). Po uszy zakochany w swojej dziewczynie i jednocześnie najlepszej przyjaciółce.
Ona- twardo stąpająca po ziemi rysowniczka, zdystansowana wobec siebie. Pod zbroją silnej kobiety skrywa samotność po utracie rodziców i lęk, że kiedyś nie uda jej się stworzyć takiej rodziny, jaką sama miała.
W pewnym momencie dochodzą do wniosku, że w miejscu, w którym obecnie się znajdują (geograficznie i życiowo) nie trzyma ich absolutnie nic. Więc co? Pakują najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszają na poszukiwanie miejsca, które z czystym sumieniem i nadzieją w głosie nazwą domem.

Aha, mały szczegół- ona jest w ciąży, z każdym dniem wyprawy coraz bardziej zaawansowanej. Można więc powiedzieć, że trochę im spieszno ;) A ludzie, których spotykają po drodze nie zachęcają do zapuszczania korzeni.

"Away we go" (postanowiłam zbojkotować tłumacza tytułów) jest opowieścią o poszukiwaniu domu, o budowaniu życia na własnych zasadach, ale też o dojrzewaniu do miłości i o pokonywaniu obawy, którą w mniejszym lub większym stopniu odczuwa każdy z nas. Czy nam się uda? Znaleźć własną drogę i pozostać na niej, stać się dla swoich dzieci rodzicem, jakich sami chcielibyśmy mieć.

Czy nam się uda? Nie wiem. Ale ten film już ze mną pozostanie i może obudzi we mnie odwagę, by kiedyś rzucić wszystko w cholerę i spróbować poszukać miejsca zwanego domem. Choć wolałabym nie wybierać się w tę podróż w ciąży ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz