czwartek, 28 marca 2013

Delikatne kotleciki rybne

- Co dziś na obiad?- pyta już od progu wyraźnie wygłodniały Darek.
- Coś dobrego- odpowiadam wymijająco licząc na to, że choć raz uda mi się go zwieść.
- Ech, czyli ryba... A nie możemy zamówić KFC?

I tak jest za każdym razem. Choćbym się dwoiła i troiła, choćbym pół miasta zjechała w poszukiwaniu najpiękniejszego kawałka świeżego łososia. On i tak woli KFC. Wielokrotnie zdechła, przemielona i sklejona ponownie w kawałki imitacja kurczaka (nie nazwę tego mięsem) stoi w kulinarnej hierarchii Darka wyżej niż zdrowa i względnie świeża rybka. Względnie świeża, bo cokolwiek z owoców morza trafia na warszawskie stoły, zostało wcześniej złowione gdzie indziej. Zwykle bardzo daleko gdzie indziej. A transport swoje trwa. Po polskich drogach zwłaszcza ;)

Aż łezka się w oku kręci, jak sobie powspominam smak świeżo złowionego pstrąga na wakacjach, albo dorszyka wprost od rybaków z kutra. Ale to było dawno temu, w innym życiu nazywanym dzieciństwem ;)

Tu, na warszawskiej Pradze, postanowiłam podejść do tematu na poważnie. Przekonanie mojego wybranka do ryb stało się moją misją. Moim dżihadem. Albo blitzkrieg'em, jak kto woli ;)

Cały ambaras polega na tym, aby rybę zaprezentować w takiej formie, by w końcu raz na zawsze zdeklasowała fast foodową padlinę :) Musiałam też zająć się stanem lękowym, w który wprowadzało Darka słowo ości. Kombinując, nie śpiąc po nocach i mantykując, wpadłam wreszcie na pomysł wart spróbowania. Kotleciki rybne. Z delikatnej, niemal bezsmakowej miruny. Żeby mi nie narzekał, że śmierdzi mułem ;)

Efekt? Misja zakończona powodzeniem. Zjadł, podziękował i nawet stwierdził, że "nie najgorsze" ;)


Składniki: (na około 12-15 kotlecików, można zamrozić)

  • 2 duże filety z miruny (użyłam mrożonej, bo coś nie mam zaufania do świeżych ryb morskich w centrum Polski)
  • 2 jaja
  • 3 czubate łyżki bułki tartej
  • tłuste mleko
  • łyżka mąki razowej
  • bułka tarta do obtaczania
  • przyprawy: sól, koperek, pieprz, estragon, rozmaryn
  1. Filety podzieliłam na mniejsze kawałki i wrzuciłam do malaksera upewniając się, czy oby na pewno nie ma ości. Niechby się trafił chociaż ułamek małej ostki, a poniosłabym fiasko ;) Miruna ma niewiele ości (pod tym względem przypomina węgorza), ale pojedyncze sztuki trafiają się zwłaszcza na dole brzucha. Kawałki ryby zmieliłam bardzo dokładnie.
  2. Do małej miseczki wsypałam 3 czubate łyżki bułki tartej i zalałam je mlekiem tak, aby mleko zrównało się z poziomem bułki.
  3. Przełożyłam rybę do miski i dodałam wszystkie pozostałe składniki, łącznie z nasiąkniętą bułką. Soli warto sypnąć odrobinę więcej niż wskazywałby rozsądek, inaczej smak będzie płaski. Ja sypnęłam 2 porządne szczypty soli morskiej. Uważać należy z estragonem- wystarczy łyżeczka od herbaty. Więcej i kotleciki będą, jak uperfumowane.Wszystko mieszamy ręką.
  4. Rozgrzewamy na patelni olej i obtaczając uformowane małe kotleciki w bułce tartej smażymy zupełnie tak, jak mielone. :)

Smacznego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz