piątek, 29 marca 2013

Ciasto marchewkowe pod pierzynką

Postanowiłam zbojkotować wielkanocną tradycję i nie piec mazurka. Zawsze go piekłam, a później i tak nikt go nie jadł. W ten sposób mazurek trafia na listę potraw, które uwielbiam mieć na stole świątecznym, ale już nie koniecznie uwielbiam jeść. Jest na miejscy drugim, zaraz za galaretą z nóżek ;)

Ciasto marchewkowe próbowałam już robić na kilka sposobów. Jestem absolutną fanką ciast z dodatkiem warzyw (marchewka to tylko jedna z opcji), więc z naszego piekarnika wychodziły już pierniki z dodatkiem marchewki, lekkie placki marchewkowe i marchewkowe ciastka z migdałami. Jednak żaden z tych przepisów nie przypadł mi do gustu tak bardzo, jak przepis na ciasto marchewkowe pod pierzynką. Sekret tkwi w wykonaniu- bajecznie prostym. Dostaję białej gorączki, gdy upieczenie ciasta wymaga ode mnie zdolności matematycznych na poziomie całek, aptekarskiej precyzji i umiejętności manualnych godnych najlepszego rzeźbiarza. Po co- pytam- utrudniać sobie życie, skoro ono samo w sobie już i tak bywa wystarczająco skomplikowane. Spoglądam w oczy mojego zwariowanego labradora i już widzę źródło większości komplikacji ;)

Ale do rzeczy. Bajeczna prostota wykonania tego ciasta polega na tym, że wszystkie składniki wystarczy wsypać, wlać i wrzucić do jednej miski i zamieszać. Czy może być prościej? No to zaczynamy :)

Składniki: 

  • 3/4 szklanki kandyzowanej skórki pomarańczy
  • 400 g ananasa z puszki + 1/2 szklanki zalewy z tejże puszki 
  • 3 duże marchewki (około 450 gram)- starte na małych oczkach tarki
  • 1 1/2 szklanki cukru trzcinowego
  • 1 1/4 szklanki oleju roślinnego (użyłam rafinowanego oleju arachidowego)
  • 4 roztrzepane jaja
  • 2 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki cynamonu (można dodać również szczyptę anyżku i łyżeczkę imbiru- smak będzie bardziej piernikowy)
  • pierzynka: 
    • 230 gram serka naturalnego (np. bieluch)
    • 8 łyżek masła w pokojowej temperaturze, czyli takiego już lekko rozciapcianego ;)
    • 2 szklanki cukru pudru
    • 1 łyżka tłustej śmietanki (minimum 30 %)
    • kilka kropel zapachu migdałowego i kilka kropel zapachu waniliowego
Ananas wraz z sokiem miksujemy w blenderze na wolnych obrotach i tylko przez chwilę, żeby go rozdrobnić, nie zmiksować na pastę. I to jest właściwie jedyna czynność, którą trzeba wykonać, poza wrzuceniem wszystkich składników do miski i wymieszaniem ich. Piekarnik nastawiamy na 190 stopni. Formę o wymiarach minimum 30/40 smarujemy masłem i obsypujemy mąką. Gdy piekarnik się nagrzeje, przekładamy ciasto do formy i pieczemy przez około 35-40 minut. Boki powinny odchodzić od formy, a powierzchnia powinna się lekko zarumienić. Koniecznie sprawdźmy patyczkiem, czy oby na pewno się upiekło i w razie potrzeby przedłużmy pieczenie o kolejne 5 minut. Piekarnik piekarnikowi nie równy ;)

W przypadku pierzynki najpierw łączymy ze sobą serek i masło. Miksujemy na średnich obrotach. Kolejne składniki dodajemy cały czas miksując. Ubijamy do otrzymania delikatnej, jednolitej masy.

Ciasto po upieczeniu wyjmujemy i pozwalamy mu wystygnąć. Na koniec rozsmarowujemy pierzynkę i wkładamy całość do lodówki na minimum pół godziny. Chociaż założę się, że tak długo nie wytrzymacie. Ja nie wytrzymałam ;) Smacznego!


czwartek, 28 marca 2013

Delikatne kotleciki rybne

- Co dziś na obiad?- pyta już od progu wyraźnie wygłodniały Darek.
- Coś dobrego- odpowiadam wymijająco licząc na to, że choć raz uda mi się go zwieść.
- Ech, czyli ryba... A nie możemy zamówić KFC?

I tak jest za każdym razem. Choćbym się dwoiła i troiła, choćbym pół miasta zjechała w poszukiwaniu najpiękniejszego kawałka świeżego łososia. On i tak woli KFC. Wielokrotnie zdechła, przemielona i sklejona ponownie w kawałki imitacja kurczaka (nie nazwę tego mięsem) stoi w kulinarnej hierarchii Darka wyżej niż zdrowa i względnie świeża rybka. Względnie świeża, bo cokolwiek z owoców morza trafia na warszawskie stoły, zostało wcześniej złowione gdzie indziej. Zwykle bardzo daleko gdzie indziej. A transport swoje trwa. Po polskich drogach zwłaszcza ;)

Aż łezka się w oku kręci, jak sobie powspominam smak świeżo złowionego pstrąga na wakacjach, albo dorszyka wprost od rybaków z kutra. Ale to było dawno temu, w innym życiu nazywanym dzieciństwem ;)

Tu, na warszawskiej Pradze, postanowiłam podejść do tematu na poważnie. Przekonanie mojego wybranka do ryb stało się moją misją. Moim dżihadem. Albo blitzkrieg'em, jak kto woli ;)

Cały ambaras polega na tym, aby rybę zaprezentować w takiej formie, by w końcu raz na zawsze zdeklasowała fast foodową padlinę :) Musiałam też zająć się stanem lękowym, w który wprowadzało Darka słowo ości. Kombinując, nie śpiąc po nocach i mantykując, wpadłam wreszcie na pomysł wart spróbowania. Kotleciki rybne. Z delikatnej, niemal bezsmakowej miruny. Żeby mi nie narzekał, że śmierdzi mułem ;)

Efekt? Misja zakończona powodzeniem. Zjadł, podziękował i nawet stwierdził, że "nie najgorsze" ;)


Składniki: (na około 12-15 kotlecików, można zamrozić)

  • 2 duże filety z miruny (użyłam mrożonej, bo coś nie mam zaufania do świeżych ryb morskich w centrum Polski)
  • 2 jaja
  • 3 czubate łyżki bułki tartej
  • tłuste mleko
  • łyżka mąki razowej
  • bułka tarta do obtaczania
  • przyprawy: sól, koperek, pieprz, estragon, rozmaryn
  1. Filety podzieliłam na mniejsze kawałki i wrzuciłam do malaksera upewniając się, czy oby na pewno nie ma ości. Niechby się trafił chociaż ułamek małej ostki, a poniosłabym fiasko ;) Miruna ma niewiele ości (pod tym względem przypomina węgorza), ale pojedyncze sztuki trafiają się zwłaszcza na dole brzucha. Kawałki ryby zmieliłam bardzo dokładnie.
  2. Do małej miseczki wsypałam 3 czubate łyżki bułki tartej i zalałam je mlekiem tak, aby mleko zrównało się z poziomem bułki.
  3. Przełożyłam rybę do miski i dodałam wszystkie pozostałe składniki, łącznie z nasiąkniętą bułką. Soli warto sypnąć odrobinę więcej niż wskazywałby rozsądek, inaczej smak będzie płaski. Ja sypnęłam 2 porządne szczypty soli morskiej. Uważać należy z estragonem- wystarczy łyżeczka od herbaty. Więcej i kotleciki będą, jak uperfumowane.Wszystko mieszamy ręką.
  4. Rozgrzewamy na patelni olej i obtaczając uformowane małe kotleciki w bułce tartej smażymy zupełnie tak, jak mielone. :)

Smacznego!

środa, 27 marca 2013

Krokusy i słońce, czyli jajka barwione naturalnie

Ile w Polsce domów, tyle tradycji świątecznych. Zgodzicie się ze mną?

Na przykład takie jajka. Ile znacie sposobów ich ozdabiania? Ja co najmniej 6, a nie jestem w dziedzinie regionalnych tradycji najmocniejsza ;) Mam nawet wrażenie, że już po samym sposobie ozdabiania jajek można, przynajmniej w przybliżeniu, określić pochodzenie rodziny. I gdyby narysować taką mapę Polski, gdzie każda tradycja wykonywania pisanek byłaby w innym kolorze... ach, jak kolorowo zrobiłoby się w naszym kraju. I jak cudnie te wszystkie kolory byłyby ze sobą pomieszane. O takiej właśnie kolorowej mapie myślę, gdy słyszę hasło bogactwo kulturowe. Bogaci jesteśmy niesłychanie. I tacy kolorowi :)

W moim domu tradycyjnie barwi się jajka wywarem z cebuli. Dziadzio, główny dowodzący w sztabie podtrzymywania tradycji rodzinnych gotuje wywar przez pół dnia, po czym gotuje w nim jajka i na koniec zostawia to wszystko jeszcze na noc, żeby barwa była intensywniejsza. Ale barwa jest zawsze taka sama. Brązowa.

Korzystając z faktu, że tym razem z powodu chorującej już i mocno zmęczonej życiem lady Majci, zostajemy na święta we dwoje- ja, ty i 2 psy- postanowiłam trochę pokombinować. Ogólny zarys naszej rodzimej tradycji został nietknięty. Jaja barwimy wywarem z naturalnych barwników. Ale czy cebula to jedyny barwnik dostępny w lodówce?

Kombinowałam, kombinowałam i wykombinowałam. Zależało mi na otrzymaniu kolorów, które w tym roku najbardziej kojarzą mi się z dopiero budzącą się wiosną: intensywnie fioletowe krokusy, krystalicznie błękitne niebo, ciepłe choć jeszcze nie gorące słońce.

Jak mi wyszło? Najłatwiejszy okazał się fiolet, choć wyszedł bardzo stonowany (jagody). Najbliższy ideałowi okazał się być ciepły słoneczny (kurkuma), a totalną klapą- błękitny (jeżyny). No cóż, w następnym roku postawię na róż. Co dałoby kolor różowy?


A oto, jakie to proste:

  1. Jajka umyć płynem do naczyń, żeby odtłuścić ich powierzchnię. Najlepiej zabarwiają się jajka białe, bez pieczątek ;)
  2. Wybrany produkt o silnych właściwościach barwiących wymieszać z wodą. Do proporcji nie przywiązywałam zbytniej wagi, ale im więcej barwnika, tym intensywniejszy kolor. Jagód dałam  5 łyżek na garnuszek wody, kurkumy tylko 3 łyżeczki. Te barwniki, które nie są sypkie, zmiksować. Zagotować w mieszance jajka i trzymać na małym ogniu przez około 15 minut. Po tym czasie zdjąć z ognia i odstawić do ostygnięcia. Na koniec dodać 3 łyżeczki octu i pod przykryciem włożyć do lodówki na noc.
  3. Następnego dnia wyjąć jajka, delikatnie opłukać. Jeśli pojawił się osad, to można delikatnie przetrzeć gąbeczką. Osuszyć (przydaje się puste, tekturowe opakowanie po jajkach) i natłuścić masłem.


Zapomniany język psów

Z książkami o wychowaniu psa jest trochę tak, jak z książkami o gotowaniu. Bardzo trudno znaleźć takie, które faktycznie da się czytać i co więcej- zastosować w praktyce. Większość książek kucharskich, które zdarzyło mi się kupić, wylądowała w koszu. Przepisy w nich prezentowane rzadko kiedy mają na celu opisanie procesu powstawania potrawy w tak przystępny sposób, by przeciętna kura domowa (np. ja) była w stanie ten proces odtworzyć. Zdecydowanie częściej książki kucharskie powstają jako część promocji kucharza i jego kucharskiej elokwencji. A fotografie prezentowane w takich książkach mają tyle wspólnego z rzeczywistością, co fotografie mocno zfotoszopowanej modelki  na rozkładówce Playboya ;)

Niestety, nie inaczej jest z poradnikami typu Jak wychować psa. Większość z nich prezentuje śliczne fotografie grzecznych i posłusznych piesków, wymyślnych przyrządów do tresury i oczywiście tysiące sposobów na wymuszenie posłuszeństwa, które jednak mają się nijak do rzeczywistości. Dlaczego? Bo psy mają temperament. Nie wiem, czy mają duszę, choć lubię myśleć, że tak. Ale temperament, a więc indywidualny sposób reagowania i zachowania mają na 100%. Zbadane, dowiedzione i udowodnione. Co to oznacza? To oznacza, że te tysiące metod szkolenia można wyrzucić do kosza. Metody mają to do siebie, że tam gdzie potrzebne jest indywidualne podejście, są do niczego.

Przewinęło mi się przez ręce wiele książek o psach. Od małych książeczek a la Twój pierwszy pies, po mądre księgi z zakresu behawiorystyki. We wszystkich pełno było haseł typu: przyjaciel, wierność, zabawa, ale również kara, nagroda, posłuszeństwo, wymuszenie. A ja pytam: jeśli chcesz się z kimś zaprzyjaźnić, to czy metodą kar i nagród wymuszasz na nim posłuszeństwo?

Kilka lat temu szperałam w uczelnianej księgarni w poszukiwaniu podręcznika (do metodologii, o zgrozo!) i natrafiłam na prawdziwy skarb. Z jakiegoś powodu książkę wyłożono w dziale zooterapia, choć z dogoterapią ma niewiele wspólnego. Moją uwagę przykuł jeden szczegół. Na większości książek  o psach okładka zarezerwowana jest dla fotografii przedstawiającej idealnie posłusznego, grzecznie siedzącego psa. Człowiek, jeśli już na takiej okładce się pojawia, to zwykle gestem nakazuje coś psu. Z surową miną, oczywiście i ciastkiem w ręku. Prawdziwy cyrk ;) A tu zaskoczenie: kobieta w luźnych, spacerowych ciuchach, uśmiechnięta od ucha do ucha, wokół szyi przewieszony pęk smyczy i... stado psów radośnie obok niej biegnących, podążających we wspólnym kierunku i wpatrzonych w nią... nie, nie ze strachem, czy tak zwanym posłuszeństwem w oczach. Z radością i tym cudownym pytaniem wymalowanym na pysku: Co dalej robimy?


Kupiłam bez mrugnięcia okiem i to od razu dwie części (teraz w sprzedaży są już chyba trzy). W domu przeczytałam od deski do deski i nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Wreszcie ktoś napisał książkę o zaprzyjaźnianiu się z psem, nie o tresowaniu go. O nawiązywaniu zdrowej relacji, nie o wymuszaniu posłuszeństwa. O ustalaniu normalnej, panującej w każdym stadzie hierarchii, gdzie przewodnik stada jest jeden i to on decyduje o sprawach dla stada ważnych, ale swoje przewodnictwo komunikuje w sposób dla innych zrozumiały. Nie przy pomocy ciastek, gwizdków i piszczałek. Przy pomocy codziennych, psich rytuałów. Tak ważnych i tak niedocenianych.

Jan Fennel, bo o jej książkach mowa, jest prawdziwym zaklinaczem koni od psów. Kto oglądał film z Robertem Redfordem (albo jeszcze lepiej- czytał książkę) ten wie, że do zaufania nie da się zmusić. Zaufanie trzeba budować. Bardzo cierpliwie budować.

Sama Jan opisuje zresztą swoją historię bardzo szczerze. Opisuje trudy i pomyłki i sposoby radzenia sobie z nimi. Niczego nie ubarwia, niczego nie przemilcza. Nie pokazuje nam pięknej i wystylizowanej fotografii wymyślnego tortu i nie mówi: zrób to sam! Wprost przeciwnie, przytacza historie z życia wzięte i wyjaśnia, jak sama doszła do odpowiednich wniosków. W rezultacie całość czyta się, jak opowieść. Wzruszającą opowieść o budowaniu zaufania.

Gorąco polecam.

poniedziałek, 25 marca 2013

Robaczki z tuńczyka, w sam raz dla doga i dla pekińczyka ;)

Tego się nie spodziewałam. Największym zainteresowaniem na moim blogu cieszą się przepisy na psie ciastka :) Kto by pomyślał...

Choć z drugiej strony sama nie potrafię sobie już wyobrazić, jak wyglądało nasze życie sprzed Ery Domowych Psich Ciach. Wszystko się zmieniło, gdy jakiś rok temu kupiłam w sklepie zoologicznym ciastka na wagę. Śliczne, kolorowe, w kształcie kostek. Nieopatrznie położyłam je na blacie kuchennym. Przed wieczornym spacerem zorientowałam się, że zniknęły.
- Kochanie, widziałeś gdzieś ciastka? Chyba położyłam je na blacie.
- Oj, chyba wszystkie zjadłem- przyznał się skruszonym głosem Darek. - Sory, że nie zostawiłem dla ciebie, ale jakoś tak mi zasmakowały.
Przez moment zastanawiałam się, czy nie przemilczeć kwestii prawdziwego przeznaczenia ciastek. Wygrała jednak chęć zobaczenia jego miny, gdy się dowie, co zjadł. 
- Skarbie, to były ciastka dla psów.
- Co ty gadasz? - na jego twarzy na chwilę pojawiło się zaskoczenie. Po chwili jednak odpowiedział zupełnie spokojnym głosem- Niemożliwe, przecież widzę, że mnie wkręcasz! Te ciastka były słodkie i waniliowe. Takich się dla psów nie robi.

Postanowiłam nie spierać się już dalej. Gdy się kogoś kocha, czasem lepiej nie mówić mu całej prawdy. Niewiedza bywa błogosławieństwem. Ale cała sytuacja dała mi do myślenia. No bo przecież takich ciastek się dla psów nie robi.

Doszło do tego, że gdy tylko zapas świeżych ciastek nam się kończy, od razu idę do kuchni, zagniatam ciasto i piekę. Ci z Was, którzy spróbowali przepisu na wątróbkowe kuleczki wiedzą, że to żadna praca. A jeśli po domu biegają jakieś dzieci, wyrabianie ciasta może zamienić się w niezłą zabawę.

Psie ciacha można zrobić praktycznie ze wszystkiego, co lubią nasi przyjaciele. Z wątróbki, mięsa, ryb, z samych warzyw. Do wyboru, do koloru. Pamiętajcie jednak, że są produkty, które mogą psu zaszkodzić. Niektóre z tych produktów, my- człowieki, używamy i lubimy na co dzień. Trzeba uważać szczególnie na cebulę, czosnek, winogrona i... czekoladę ;)

Tutaj link do szczegółowych informacji na ten temat:  http://www.dogopedia.pl/magazyn/51,co-truje-naszego-psa.html 

No dobrze, my tu gadu - gadu, a ciastka same się nie zrobią ;)


Składniki:
  • stek z tuńczyka (ok. 250 g)
  • 150 g masła
  • 2 żółtka
  • łyżka gęstej śmietany
  • 2 i 1/2 szklanki mąki pszennej
  • łyżka mąki razowej
  • łyżka posiekanego koperku
  1. Masło rozpuszczamy w garnuszku i odstawiamy do przestygnięcia. 
  2. Mięsko z tuńczyka kroimy na mniejsze części i razem z żółtkami ucieramy w malakserze na jednolitą masę. 
  3. Oba rodzaje mąki wykładamy na stolnicę (lub do dużej miski). Dodajemy masę z tuńczyka i śmietanę. wyrabiamy chwilę ręką. Ja dodaję maleńką szczyptę soli. Dzięki temu ciasto się nie rozpada. Na koniec dodajemy ostudzone masło i wyrabiamy. Po 5 minutach wyrabiania powinno odchodzić od rąk i stolnicy (miski). Dzielimy je na cztery części, owijamy folią i wkładamy do lodówki na pół godziny. Masło stężeje i ciasto da się łatwiej uformować.
  4. Po upływie tego czasu wyjmujemy jedną część ciasta i rolujemy w wałek o średnicy mniej więcej 2 cm. Spłaszczamy całość wałkiem do ciasta i kroimy w cienkie paseczki. Próbowałam kroić nożem i niestety nie było to łatwe. Zdecydowanie lepszy jest okrągły nożyk do pizzy. Robaczki układamy dosyć gęsto na wyłożonej papierem blasze i- dla lepszego efektu- lekko spłaszczamy widelcem.
  5. Pieczemy na 200 stopniach przez 15 minut. Upieczone ciastka zostawiamy do wystygnięcia w suchym i chłodnym miejscu.

Robaczki z tuńczyka to nasz najnowszy hit. Podczas ich pieczenia Buba (dzieciak) siedzi zwykle pod piekarnikiem i prowadzi małą manufakturę śliny. Majcia (seniorka) rozkłada się w przedpokoju tak wygodnie, bym wychodząc z kuchni nie mogła przejść obok niej bez opłacenia myta. W walucie psich robaczków, oczywiście. Z tymi ciachami trzeba jednak uważać, bo do dietetycznych raczej nie należą ;) Smacznego psiaki!

sobota, 23 marca 2013

Gulasz z dyni hokkaido

Kuchenne inspiracje czekają na nas absolutnie wszędzie. Można na przykład odwiedzić w piątkowe popołudnie sąsiadkę i gdzieś między czochraniem jej psa, a kawą wypitą w miłym towarzystwie wziąć udział w czarowaniu. Bo to musiały być właśnie czary, skoro w ciągu 15 minut (nie żartuję) powstała potrawa pyszna, orientalna i sycąca. Gulasz z dyni hokkaido się wyczarowuje. Wystarczy powiedzieć hokus pokus, pstryknąć palcami i już jest. No, prawie. Ale po kolei.

Dlaczego właśnie ta dynia, a nie żadna inna? Sekret tkwi w skórce. Nasza, pospolita dynia ma skórkę zbyt twardą. Zwykle pozbywamy się jej i korzystamy z dobrodziejstwa miąższu i pestek. W przypadku dyni hokkaido skórka jest główną atrakcją, bo podczas obróbki termicznej (co za paskudny termin na określenie pichcenia) nie mięknie i nie rozpada się. W rezultacie otrzymujemy gulasz pełen lekko chrupiących kawałków dyni :)

Nie dajcie się też zwieść nazwie. Hokkaido może i jest wyspą japońską, ale to pod Warszawą znajduje się jedno z większych europejskich zagłębi upraw tego warzywa :) Niestety, w zwykłych sklepach osiedlowych jest właściwie nie do zdobycia. Osobiście proponuję poszperać w sklepach z żywnością eko.

Sam proces powstawania gulaszu również przypomina bardziej recepturę na magiczny wywar. Moja sąsiadka zaczerpnęła ten przepis z książki Ewy Dobek "5 przemian w kuchni i w życiu". Jak się pewnie domyślacie, przepisy z tej książki mocno bazują na filozofii Dalekiego Wschodu. Kuchnia 5 przemian opiera się na założeniu, że wszystkie składniki kuchni można przyporządkować 5 żywiołom, a dobrze skomponowana i zdrowa potrawa ma w sobie wszystkie żywioły użyte w odpowiedniej kolejności. W rezultacie, niektóre składniki dodaje się po parę razy, by tej kolejności nie zaburzyć. Bardzo to zresztą piękne założenie, by własne ciało traktować, jak świątynię, o którą się dba i w której celebruje się życie. W zdrowym ciele, zdrowy duch i tak dalej, i tak dalej :)

Dopisałam się do listy chętnych na wypożyczenie książki, by móc się jeszcze bliżej przyjrzeć, o co w tym wszystkim chodzi, a tymczasem postanowiłam dodatkowo uprościć przepis i zmodyfikować go na własną modłę :) Nie mam nic przeciwko filozofii, ale moim zdaniem- im prościej, tym przyjemniej ;)


Składniki (na 3-4 osoby) :
  • dynia hokkaido
  • olej (w przepisie jest ryżowy, ale myślę, że sprawdzi się też słonecznikowy lub z pestek winogron)
  • sos sojowy
  • mały kubek jogurtu naturalnego
  • filiżanka zimnej wody
  • łyżka masła
  • przyprawy: pieprz, łyżka curry, garść świeżej kolendry, łyżka estragonu, łyżeczka kurkumy
Dynię dokładnie myjemy, kroimy na pół i wyjmujemy gniazda nasienne. Nasiona można ususzyć. Połówki dyni kroimy w paski szerokości 2 cm, a każdy pasek w kostkę. Dynię podsmażamy na 3 łyżkach oleju (mniej więcej 3-4 minuty). Dodajemy sporą szczyptę pieprzu (oryginalny przepis nie precyzuje, ile dokładnie-wszystko zależy od upodobania), łyżkę curry, łyżkę estragonu, łyżeczkę kurkumy, 4 łyżki sosu sojowego oraz szklankę wody. Delikatnie mieszamy i dusimy na małym ogniu, pod przykryciem około 12 minut.

Po upływie tego czasu dodajemy łyżkę masła, małe opakowanie jogurtu naturalnego i porządną garść posiekanej kolendry. Masło można nieco rozdrobnić, żeby lepiej się rozprowadziło. W oryginalnym przepisie dodaje się ziarna kolendry. Jednak moim zdaniem potrawa dusi się zbyt krótko, by ziarna kolendry w pełni oddały swój aromat i smak. Wszystko delikatnie mieszamy i dusimy jeszcze 2-3 minuty. Można wyłączyć już kuchenkę i pozwolić przez te parę minut potrawie "dojść" pod przykryciem.

Hokus pokus, pstryk palcami i gulasz gotowy :) Smakuje pysznie sam, lub jako dodatek do kaszy. Smacznego!
PS Wybaczcie mi zdjęcia. Wpadłam do sąsiadki na przysłowiową kawę i nie byłam uzbrojona w aparat, a jedynie telefon ;)

czwartek, 21 marca 2013

Ciastka owsiane z rumem :)

Ciastka owsiane były kiedyś stałym elementem wyposażenia mojego szkolnego plecaka. Po wyprowadzeniu się z domu zarzuciłam tę tradycję. Plecak został zastąpiony przez torebkę pełną rzeczy potrzebnych bardziej lub mniej, a w codziennej gonitwie zabrakło czasu na małe co nie co. Najwyższa pora to zmienić :) Wygrzebałam stary przepis na ciastka owsiane i tylko troszkę go zmieniłam. No, może trochę bardziej niż troszkę :) Nie byłabym sobą, gdybym trochę nie pokombinowała ;) Ale efekt tej kombinatoryki właśnie znika z talerzyka. Idealny dodatek do pracy :)


Składniki:

  • 150 gram margaryny (używam Kasi)
  • 5 łyżek miodu
  • 3 szklanki płatków owsianych (może też być muesli, ale najlepiej takie z jak najmniejszą ilością dodatków typu owoce, czekolada, itp.)
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • 3/4 szklanki cukru brązowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 szklanka rodzynek
  • szklanka rumu (od biedy szklanka gorącej wody z połową buteleczki rumowego zapachu do ciast)
Ciasteczka robi się ekspresowo i właściwie nie mogą się nie udać. Rodzynki zalewamy rumem i odstawiamy, by nasiąkły na minimum 15 minut. W tym czasie rozpuszczamy w garnuszku miód i margarynę. Gdy tłuszcz się roztopi, mieszamy aż składniki się połączą. Całość zdejmujemy z ognia i odstawiamy, by przestygła. 

Do dużej miski wsypujemy wszystkie sypkie składniki (płatki owsiane, mąkę, cukier i proszek). Przez chwilę mieszamy wszystko ze sobą. Na koniec dodajemy roztopiony miód z margaryną i mieszamy. Najlepiej miesza się ręką, dlatego ważne, by miód i margaryna nie były zbyt gorące ;) Ciasto się rozsypuje- to normalne. Mieszamy przez chwilę tak, by tłuszcz rozprowadził się równomiernie. 

Na koniec odsączamy rodzynki i dodajemy je do ciasta. Mieszamy delikatnie, uważając by nie zgniatać rodzynek. Nagrzewamy piekarnik do 150 stopni. 

Na blachy wykładamy papier do pieczenia i zabieramy się do formowania ciastek. Wymaga to sporo siły, bo małe placuszki trzeba naprawdę mocno ścisnąć w dłoniach, by się nie rozpadły. Po upieczeniu nie będą się już tak rozpadać ;) Pieczemy przez 15 do 20 minut, zależnie od wielkości ciastek. Takie, jak na zdjęciu piekłam przez 15 minut. 

Po wyjęciu z piekarnika są bardzo miękkie i łamliwe. Nie wkładajcie ich jednak ponownie do piekarnika na "jeszcze tylko kilka minut". Wyjdą wtedy za twarde. Wystarczy zostawić je na blasze na jakieś pół godziny. Wystygną i stwardnieją. Dla uroku (i smaku) można je jeszcze udekorować czekoladą. Wystarczy rozpuścić w garnuszku pół tabliczki czekolady mlecznej z dodatkiem łyżeczki margaryny i łyżki tłustego mleka :) Ale nie przesadźcie z czekoladą. Ciasteczka są same w sobie bardzo słodkie :) Smacznego!





środa, 20 marca 2013

Kuchenny recycling, czyli tosty z awokado i smażonymi pomidorami


Nie znoszę, gdy coś się marnuje. Zwłaszcza, gdy marnuje się chleb. Jest tak powszechny i jednocześnie tak źle traktowany. Wystarczy, że lekko przeschnie i już wymieniamy go na nowszy model. Zupełnie, jak w piosence ;) A starszy ląduje w najlepszym razie w karmniku dla ptaków.

Żeby było jasne- nie mam absolutnie nic przeciwko dokarmianiu zwierząt w mieście. No chyba, że jakiś mądrala wpadnie na pomysł, by to robić pod moim domem i na brzeg jeziorka wyrzuca kilogramy zepsutego mięsa. Dla kaczek, bo to główne ptactwo w mojej okolicy. Nie wiem, jakie dzikie bestie Pan Mądrala chce dokarmiać, ale na pewno nie chodzi o kaczki. Wiem natomiast, kto najbardziej się cieszy z takiej uczty. Moje wygłodniałe bestie, wyspecjalizowane w odnajdowaniu takich frykasów. Są niczym pociski search and destroy, tylko że w wersji ulepszonej- search and eat. W rezultacie mamy średnio raz w miesiącu prawdziwą Rewolucję Francuską i Powstanie Styczniowe w jednym, gdy o trzeciej nad ranem okazuje się, że frykasy jednak zaszkodziły ;)

Ale wracając do chleba :) Każdy przepis, który pozwala nadać sens istnienia wczorajszemu pieczywu zachowuję w pamięci i w sercu. Dziś podzielę się z wami jednym z nich. Może i wy na nowo docenicie i pokochacie chleb nasz powszechny :)


Składniki:

  • kilka kromek wczorajszego chleba (nowy model się nie nada, jest zbyt miękki)
  • 4 nieduże pomidory
  • awokado
  • oliwa z oliwek
  • ząbek czosnku
  • sól i pieprz
  • świeże zioła (bazylia, oregano, pietruszka)
  • 2 plastry wędzonego boczku lub innej wędliny (opcja dla mięsożerców)
Pomidory sparzamy wrzątkiem. Jeśli wcześniej włożycie je do zamrażalnika na 5 minut i zaraz po wyjęciu sparzycie, skórka niemal sama odejdzie. Po ostygnięciu obieramy je i pozbywamy się gniazd nasiennych wraz z sokiem. Kroimy w drobną kostkę i na chwilę odstawiamy.

Awokado obieramy ze skóry i kroimy na bardzo drobną kostkę, ale bez dbania o dokładność. ważne by awokado było rozdrobnione. Dodajemy łyżeczkę oliwy, szczyptę soli i utarty lub przeciśnięty przez praskę czosnek. Mieszamy wszystko razem i na chwile odstawiamy.

Kromki chleba zarumieniamy na 3 łyżkach oliwy, z obu stron. Na tę samą patelnię, co grzanki możemy wrzucić pokrojony w paseczki boczek. Wszystko ładnie się zarumieni, a grzanki przejdą zapachem i smakiem wędzonki :) Na drugiej patelni podsmażamy pomidory. Jeśli patelnia nie przywiera, darujemy sobie oliwę. W całej potrawie jest jej pod dostatkiem :) Po kilku minutach dodajemy świeże zioła, mieszamy i odstawiamy. Doprawiamy szczyptą soli dopiero przed podaniem, by pomidory nie puściły soku.

Zarumienione grzanki wykładamy na talerz i posypujemy boczkiem (jeśli pojawił się na patelni). Na wierzch układamy awokado i pomidory, w dowolnych kombinacjach. Mnie najbardziej smakuje osobno, Darek lubi wszystkie warstwy na raz :) Smacznego!


wtorek, 19 marca 2013

O niechęci do podrobów i Warszawy, czyli serduszka drobiowe w warzywach

Z podrobami to jest trochę tak, jak z Warszawą. Albo się je lubi, albo nie znosi. A jeśli to drugie, to zwykle sporo wody musi w Wiśle upłynąć, żeby nasze nastawienie do tego miasta się zmieniło. Ah, przepraszam. Miało być o gotowaniu ;)

Moje nastawienie do podrobów było właśnie takie. Niechętne. Do Warszawy zresztą również. I długo się musiałam nachodzić po praskich uliczkach i kulinarnych ścieżkach, żeby... no właśnie- żeby co? Pokochać? Polubić? Zaakceptować?

Postanowiłam zabrać się do sprawy na poważnie i zdiagnozować problem. Dlaczego nie przepadam (delikatnie mówiąc) za podrobami. W dzieciństwie dni, w których na naszym stole lądowała wątróbka, były właśnie tymi dniami, gdy razem z bratem udawaliśmy chwilową głuchotę i tendencyjnie puszczaliśmy kątem ucha nawoływania mamy na obiad. W rezultacie byliśmy za to ucho zaciągani do stołu. Dwie rzeczy mi z tamtego okresu pozostały: niechęć do wątróbki i duże uszy ;)

Dlaczego? A no dlatego. Dlatego, że podroby mają ten specyficzny zapach, który zawsze kojarzył mi się z zapachem błota (sama nie wiem, czemu). Dlatego, że sposób ich przyrządzania był w moim dzieciństwie zawsze taki sam- obtoczyć w mące i usmażyć z cebulką. W rezultacie danie to zawsze wydawało mi się mdłe i nudne. No i sama wątróbka- jakaś taka gumiasta, zapychająca, sucha.

No! Skoro problem już zdiagnozowany, trzeba znaleźć rozwiązanie- pomyślałam jakiś rok temu i zaczęłam kombinować. Biedny Darek, zwykle to on najbardziej cierpi na tej mojej kuchennej kombinatoryce.
Ale udało się. Zwalczyłam nudę. A w dodatku okazało się, że przepis na wyjątkowo smaczne podroby wcale nie jest taki trudny :) No to co? Dacie się i wy przekonać do podrobów?


Składniki:

  • pół kilo serduszek drobiowych
  • pół szklanki mąki razowej
  • szklanka bulionu drobiowego (zawsze mam w zamrażalniku przynajmniej jeden pojemnik z taką ilością zamrożonego bulionu-robię na zapas, zawsze się przydaje)
  • średnia różowa cebula
  • biała część niewielkiego pora
  • średnia marchewka
  • porządna szczypta natki pietruszki
  • przyprawy: sól, pieprz, majeranek
  • olej do smażenia (ja użyłam rafinowanego oleju z orzechów arachidowych, może być każdy inny olej do smażenia- ważne, by był bez smaku i zapachu)
Serca drobiowe kupuję tylko w zaufanym mięsnym sklepie. Ważne, by nie były zbyt otłuszczone. Odrobina tłuszczyku zawsze jest obecna, jeśli jednak serca będą zbyt otłuszczone, potrawa wyjdzie ciężka i muląca.

Serduszek nie płuczemy, jedynie obtaczamy je w mące i na chwilę odstawiamy. Zupełnie tak, jak feralną wątróbkę ;) W tym czasie kroimy drobno warzywa i siekamy natkę pietruszki. Mam na siekanie ziół sprawdzony patent- tnę je drobno nożyczkami ;) Gdy wszystko jest już gotowe, rozgrzewamy olej na głębokiej patelni i podsmażamy serca. Nie wyrzucajcie mąki, która została po ich obtaczaniu- przyda się. Uwaga- serduszka mogą pryskać. Uzbrójcie się w fartuch i siatkową osłonę na patelnię, ale nie przykrywajcie patelni pokrywką, bo serduszka mają się najpierw podsmażyć, a nie udusić ;)

Gdy serduszka się lekko zarumienią, dodajcie pokrojoną cebulę. Co jakiś czas mieszając, dodajcie przyprawy. Gdy cebulka się zeszkli, zmniejszcie gaz i dosypcie resztę mąki. Dokładnie wymieszajcie i po kilku minutach dodajcie pozostałe warzywa. Znowu trzeba pomieszać i poczekać kilka minut. Na koniec dodajcie bulion, delikatnie rozprowadźcie go po całej patelni i trzymajcie jeszcze (teraz już pod przykrywką) na najmniejszym ogniu przez dobre 20 minut. Całość powinna, jak mawiała moja babcia, pyrkać :) Jeśli po tym czasie okaże się, że sos wyszedł za gęsty, dolejcie odrobinę wody.

Serduszka podaję z kaszą i gotowanymi na parze warzywami, na przykład z brokułami. Smacznego!


poniedziałek, 18 marca 2013

Placuszki z jabłkiem

- Na co miałbyś ochotę na śniadanie?- spytałam wczoraj rano Darka. Pytanie było zresztą retoryczne. Podmiot literacki doskonale wiedział, jak zabrzmi odpowiedź. Ale to już  taki nasz niedzielny rytuał. Ja pytam, choć znam odpowiedź, on odpowiada, a na koniec ja udaję wielce zaskoczoną. Uwielbiam te nasze małe rytuały.
- Placuszki z jabłuszkiem!- odpowiedział podekscytowanym i jeszcze lekko zaspanym głosem, a ja przez ułamek sekundy mogłam zobaczyć go takim, jakim zapewne często widywała go kiedyś jego mama.

I tak oto muszę się od czasu do czasu ugryźć w język i nie zadawać retorycznych pytań, bo jak tak dalej pójdzie, to będziemy jedli placuszki z jabłuszkiem w każdą niedzielę i kostium kąpielowy kupiony w zeszłym roku mocno się zdezaktualizuje ;)


Składniki (na 2 osoby):

  • 1 i 1/4 szklanki mąki pszennej
  • jajo
  • szklanka tłustego mleka
  • łyżeczka cukru waniliowego
  • łyżeczka cynamonu
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 średnie, twarde jabłka
  • cukier puder do posypania
  • olej do smażenia (ja używam oleju z pestek winogron)


Przygotowanie jest banalnie proste i zabiera dosłownie kilka minut, jest to więc wbrew pozorom pomysł na szybkie śniadanie. Wszystkie składniki wystarczy wymieszać w misce, jabłka obrać i utrzeć na tarce z dużymi oczkami i delikatnie wymieszać z ciastem. Pod ręką zawsze mam jakiegoś amatora ogryzków ;) Ciasto nakładamy na rozgrzany olej łyżką stołową, delikatnie rozpłaszczając po nałożeniu. Smażymy z dwóch stron aż się równomiernie zarumienią. Ot, cała robota :)
Smacznego!

niedziela, 17 marca 2013

Wolny zawód

Znajomym urodziło się dziecko. Dziewczynka. Śliczna i zdrowa. Odwiedzamy ich już od miesiąca. Słabe te odwiedziny, bo jakoś ani prezent nie dostarczony, ani kieliszek szampana nie wypity, ani nawet jakieś achy i ochy nad kołyską nie westchnięte.

- Jezu, obiecaliśmy w zeszłym tygodniu, że wpadniemy- przypominam sobie gdzieś koło soboty. -Może jutro damy radę?
- Może- odpowiada zamyślony Darek. -A nie, czekaj! Jutro muszę do Legionowa jechać, do klienta.

Jak tak dalej pójdzie, mała zdąży skończyć 18 lat, a my dalej będziemy się do niej wybierać z różowym miśkiem, co ma napisane It's a girl na koszulce. Czasem jestem zła na siebie i na niego, za ten brak struktury. Mam wrażenie, jakby nasz kalendarz został pocięty na kawałki i ponownie poskładany. Tyle, że na opak. Poniedziałek wypada w weekend, weekendy właściwie w ogóle zaginęły w akcji, a jedyne wolne dni to święta, bo urlop to chyba jakiś zwrot w obcym języku oznaczający naiwność.

-Naprawdę nie wiem, jak ty możesz tak żyć- usłyszałam niedawno od wyraźnie mniej życzliwej osoby. -Bez planu, bez stałej pensji, bez określonej pracy.

Naprawdę nie wiem, jak mogę tak żyć. Ale żyję. I choć czasem sobie trochę pomarudzę, trochę pogrymaszę, to prawda jest taka, że wprost nie potrafię sobie wyobrazić, żebym mogła żyć inaczej.

- My się już chyba nie nadajemy do normalnej pracy- stwierdza z rezygnacją Darek. Właśnie minęła północ, a on siedzi dalej nad projektem, który miał być gotowy na wczoraj (teraz to już w sumie na przedwczoraj). Ja dłubię i skrobię bloga, który z kulinarnego staje się coraz bardziej jakiś taki udomowiony, osobisty. A marzenia wydania choćby jednej z napisanych książek tkwią sobie dalej szczelnie ukryte w skarpecie, jak inwestycja na przyszłość, która jednak z czasem może mocno stracić na wartości. A tymczasem jutro niedziela, czyli dla nas poniedziałek.

- Może spróbujemy do nich wpaść w następny weekend?- pytam Darka bardziej stwierdzeniem, niż pytaniem.
- No koniecznie!- odpowiada bez namysłu i z energią w głosie. Bo chęci są, tylko ten kalendarz jakoś nie chce nam się odpowiednio złożyć.


sobota, 16 marca 2013

Psie ciacha z wątróbką

To zupełnie magiczna sobota. Spokojna, tocząca się nieco leniwie w kierunku wieczoru. Po długim spacerze z psami pozwalamy sobie na chwilowe nic nie robienie. No prawie nic nie robienie, bo gdzieś między powrotem ze spaceru, a zaparzeniem kawy udało mi się upiec psie ciacha. No dobra, ciasto miałam już gotowe i zamrożone ;) Ale i z wyrabianiem go pracy jest nie wiele.

Gdy moja mama pierwszy raz usłyszała o psich ciachach, zrobiła zatroskaną minę i postanowiła modlić się do Ojca Pio w mojej intencji. Najwyraźniej uznała, że zupełnie zbzikowałam, spędzam zbyt dużo czasu w towarzystwie dwóch psów i w rezultacie dziwaczeję ;) Wystarczył jednak tylko jeden wspólny spacer, by całkowicie zmieniła zdanie. Od tamtej pory przepis na psie ciacha z wątróbką poleca wszystkim swoim znajomym, którzy mają psa. Kiedyś nawet namawiała mnie, bym otworzyła sklep z domowymi wypiekami dla czworonogów ;) Ale to już byłoby dziwaczne... Chociaż... ;)

Co sprawiło, że psie ciacha tak zaskoczyły moją mamę? Wyjaśnienie jest proste. Na całym świecie nie ma lepszego sposobu na posłuszeństwo u psa, niż niepozorne wątróbkowe kuleczki :) A kto ma za towarzysza labradora- rozbrykanego, ale na całe szczęście łakomego labradora, ten wie doskonale, o czym tu mowa. Kilka psich ciach w kieszeni i pies idzie przy nodze, a konkretnie przy kieszeni ;)

Przepis tak banalnie prosty, że podoła nawet dziecko ;)


0,5 kg wątróbki drobiowej
3 jaja
1/4 szklanki oliwy z oliwek
pół szklanki otrąb 
mąki razowej na oko (dalej wyjaśniam, o co chodzi z tym okiem)

Wątróbkę wystarczy ugotować, odcedzić i utrzeć w malakserze. Przełożyć do dużej miski, dodać jaja, oliwę, otręby i mąkę. Ile mąki? Tyle, żeby dało się wyrobić ciasto o konsystencji podobnej do ciasta na kopytka. Ciasto musi się dać wyrabiać i rolować w wałeczki. Nie może być zbyt rzadkie, ani zbyt kleiste. Ja zwykle zaczynam od szklanki mąki, po czym wyrabiam ciasto i stopniowo dodaję łyżkę mąki, aż otrzymam odpowiednią konsystencję. Jeśli dodacie za dużo, lub za mało mąki... No cóż, wasz pies raczej nie będzie wybrzydzał ;) Zbyt rzadkie ciasto zawsze można przełożyć do formy, upiec i pokroić po wystygnięciu ;)
Wyrobione ciasto dzielimy na 4 mniejsze porcje i rolujemy (zupełnie, jak kopytka). Tniemy nożykiem na kawałki dowolnej wielkości i rozkładamy na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Pieczemy około 15 minut w temperaturze 200 stopni. Ja po upływie 15 minut wyłączam piekarnik, ale zostawiam ciacha na jeszcze jakieś 10 minut, żeby podeschły. Można je wtedy dłużej przechowywać. Jeśli natomiast zostanie wam trochę ciasta, śmiało możecie je zamrozić i przygotować świeże ciach kiedy indziej.
Smacznego! Nie wam, tylko waszym psiakom, oczywiście ;)