poniedziałek, 2 listopada 2020

Otwieranie drzwi na oścież

Koniec.

Od takich słów nie powinno się zaczynać rozmowy. Czasami jednak koniec jest jedyną możliwością nowego początku. Trwanie u schyłku czegoś, co już nie istnieje zwyczajnie nie ma sensu.

Kochani. Kończy się moja przygoda z Ja, ty i 2 psy. Zmiany w życiu osobistym spowodowały, że- jak to mawiają w mediach- format się wyczerpał. Stanęłam przed prostym wyborem. Trwać dalej w ciemnym i dusznym pomieszczeniu lub otworzyć drzwi na oścież i ruszyć przed siebie. Przyszedł ten moment w życiu, gdy należało rozejrzeć się dokoła i określić jasno i klarownie, co jest mi po drodze i pozwala mi się rozwijać, a co trzyma mnie w uścisku i dusi.

Nadal jestem. Znajdziecie mnie na blogu Kupiliśmy dworek, gdzie dalej będę snuć swoje opowieści. Oczywiście, że z psem w tle. Jakżeby inaczej! Ale to właśnie tam- w tym miejscu, wśród tych ludzi i z tymi pomysłami w głowie zamierzam skoncentrować całą swoją energię twórczą. Z dniem 2 listopada tego roku blog Ja, ty i 2 psy oraz wspierająca go strona na facebooku przestają istnieć. Do czasu usunięcia będą jeszcze widoczne, jednakże żadne nowe treści nie będą na nich publikowane.

Dziękuję Wam wszystkim. Za bycie gdzieś tam w internetach. Za wspieranie mnie. Za śledzenie naszych psioludzkich poczynań. Tworzenie tego bloga było cudowną przygodą, która zaowocowała wydaniem książki oraz wieloma wzbogacającymi przyjaźniami.

Hotelik dla psiaków, który w ostatnim czasie prowadziłam i promowałam na blogu i fb nadal działa i przyjmuje Wasze pieseły na wczasy. Znajdziecie go tutaj: Pupil Hotel

A małe pomaganie... Cóż. Już nie takie małe. Od ponad roku jestem dumna i szczęśliwa z możliwości współtworzenia i budowania Stowarzyszenia na Rzecz Zwierząt USZY DO GÓRY. Działamy i pomagamy psiakom i kociakom w całym powiecie płońskim.

Życie to taki pijany kierowca autobusu. Nie zwraca uwagi na to, czy ktoś wsiada, czy wysiada. Nie przejmuje się przepisami drogowymi. Nie zwalnia. A przystanki robi w najmniej odpowiednim momencie. Cóż innego nam pozostaje, jak tylko zapiąć pasy i cieszyć się jazdą. Mimo wszystko.

Dziękuję i przytulam Was wszystkich mocno do serca,

Zuzia Ingielewicz



niedziela, 8 marca 2020

Do moich sióstr, kobiet

Dawniej nosiłyśmy gorsety.
Nie wiem, czy któraś z Was miała kiedyś coś takiego na sobie.
I nie. Nie mówię o seksownym fatałaszku z koronki i jedwabiu, w którym chciałby nas zobaczyć wieczorem partner. Mam na myśli prawdziwy, zbrojony metalowymi fiszbinami i ciasno wiązany sznurówką gorset który założyć można tylko z pomocą drugiej, i to silnej, kobiety.

Dawno temu, w odległych czasach studenckich odwiedziłam w Anglii muzeum poświęcone Jane Austen. W jednej sekcji wystawy prezentowano stroje z epoki. Mało tego. Przykładowy strój można było nawet przymierzyć.
Wskoczyłam w pełną plisów i falban spódnicę chcąc choć przez moment poczuć się jak bohaterka ulubionych powieści.
Pomijam fakt, że ilość kolejnych warstw sztywnego materiału pozwalała właściwie tylko stać w miejscu. Ewentualnie dreptać małymi kroczkami. Ale na pewno nie zapewniała swobody ruchu. Jednak to, co zaskoczyło mnie najbardziej, to właśnie gorset.
Zasznurowany bardzo mocno (a poprosiłam panią obsługującą tę część wystawy, by zasznurowała go dokładnie tak, jak zrobionoby to w dawnych czasach) właściwie nie pozwalał zaczerpnąć tchu. Przepona była ściśnięta jak wyżymana ścierka. Powietrza mogłam nabrać tylko odrobinę. Miałam wrażenie, że w takim stanie mogę tylko szeptać. Głos wiązł mi w gardle. Mało tego. Stałam wyprostowana jak kłoda nie mogąc się schylić. Jako kobieta nie miałam się odzywać. Śmiać w głos ze sprośnych żartów, rozsiąść się wygodnie w fotelu. Opowiadać z pasją o swoim życiu. Oddychać pełną piersią. Spróbowałam usiąść na nieprzypadkowo postawionym obok krześle. I ku rozbawieniu przyglądających się temu ludzi, upadłam. Zamiast wylądować tyłkiem na krześle, poleciałam w bok jak kawał drewna.
Nawet śmiać się nie mogłam. W pewnym momencie poczułam panikę. Byłam w potrzasku.
Gorset i piękna suknia oczywiście wyczarowały ze mnie kopciuszka. Z lustra spoglądała na mnie majestatyczna dama. Biust uniósł się i pięknie zarysował, sylwetka się wysmukliła.
Ale co z tego? - pomyślałam, skoro mogę tylko stać, milczeć lub szeptać i co najwyżej przysiąść na kraniuszku krzesła będąc w pełni wyprostowaną.

Dlaczego o tym piszę? Bo mam wrażenie, że choć czasy ciasnych gorsetów minęły...

Kobiety na całym świecie nadal zamyka się w potrzasku. Społeczeństwo nadal chce nas widzieć w skrępowaniu.

Zabrzmi to jak manifest feministki. Nic bardziej błędnego. Feministkom mam za złe głupotę, histeryczne popadanie w skrajności i kompletny brak zrozumienia czym jest szacunek do kobiet, o który tak bardzo głośno (a nie zawsze z sensem) walczą.


Stąd ten tytuł posta.

Do moich sióstr, kobiet. Do przyjaciółek. Do matek. Do koleżanek z pracy. Do Was cudowne istoty dźwigające na swoich barkach troskę o przyszłość nas wszystkich.

Z okazji Dnia Kobiet podarujcie sobie najpiękniejszy prezent. Wyjątkowy dar, który możemy podarować sobie same. Nie czekając aż ktoś nas zauważy i doceni. Zauważcie i doceńcie siebie same.

Zdejmijcie gorset utkany z oczekiwań innych ludzi. Rozwiążcie go supełek po supełku. Powoli. Lub zerwijcie go jednym nagłym gestem i rzućcie w pinezkę przez okno! Jak kto woli.

Ja swój gorset rozwiązywałam latami. Nie dało się inaczej. Za dużo było supłów. Zawiązywanych ścisło przez lata wychowania na dobrą córkę, na dobrą uczennicę, dobrą dziewczynkę, dobrą żonę.

Po sieci krążył niedawno filmik zatytułowany "Be a lady, they said". I choć odnosił się głownie do sfery cielesnej kobiecości, wywarł na mnie i moich znajomych ogromne wrażenie. Bo na każdym kroku mówi nam się, jacy mamy być. Jacy. Bo to dotyczy również mężczyzn.

U mnie w domu nie mówiono "bądź damą". Bądź grzeczną dziewczynką- mówili.

Grzeczną, czyli jaką?

Siedź prosto, łokcie ze stołu, uśmiechnij się do zdjęcia, podziękuj, pocałuj wujka w policzek na przywitanie nawet jak nie masz na to ochoty, bo wujek cuchnie papierosami i alkoholem na odległość.
Nie śmiej się tak głośno, nie siadaj jak chłopak, uważaj bo pobrudzisz sukienkę, nie przeszkadzaj starszym.
Nie rozmawiaj z obcymi, nie chodź sama po zmroku, uważaj co mówisz, milczenie jest złotem, pokorne ciele dwie matki ssie.

Wszystko się zmieniło, gdy zaczęłam samodzielne życie. Wewnętrzny głos podpowiadał mi czego chcę i jaką drogą pragnę podążać. Ale bycie grzeczną dziewczynką nie pozwalało mi tego głosu słuchać. Zaczęłam się buntować. I słuchać tylko siebie. Dziś żałuję tylko, że tak dużo czasu mi zajęło zrozumienie, że mogę mieć zdanie innych gdzieś. Kompletnie gdzieś. Pamiętam, gdy pierwszy raz powiedziałam do kogoś te dwa słowa, których na filmach amerykańskich stanowczo nadużywają. Poczułam zawstydzenie, bo przecież tak nie wolno... I ulgę. Bo dokładnie to miałam na myśli, a inne słowa mojego sprzeciwu nie były brane na poważnie.

Czy gorset zniknął? A guzik! Nadal jest. Od czasu do czasu, gdy się zagapię, ktoś znowu wkłada mnie w jakieś ciasne ramy, które mi nie pasują. A ja na to pozwalam. Bo chęć bycia grzeczną dziewczynką, bycia lubianą i zaakceptowaną jest tak głęboko zakorzeniona. Nie sposób jej wyrwać z korzeniami.

Dlatego ten tekst piszę w równym stopniu do Was, co do siebie.

Mamy prawo mówić NIE, gdy coś nam nie pasuje.
Mamy prawo egzekwować to NIE. Domagać się uszanowania naszego sprzeciwu.

Mamy prawo oczekiwać, że będziemy traktowane z szacunkiem a nasze słowa będą brane na poważnie.

MAMY PRAWO OCZEKIWAĆ SZACUNKU. Nie dlatego, że jesteśmy kobietami i coś nam się należy bardziej niż mężczyznom. Dlatego, że jesteśmy ludźmi i należy nam się to, co wszystkim ludziom.

Bądźmy szczere wobec siebie. Nie zgadzajmy się na to, co niewygodne. Na to, co uwiera i nie pozwala oddychać. Nie bójmy się zmian i bycia sobą. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi. Jeśli boisz się być w pełni sobą w obawie przed reakcją otoczenia... Zmień otoczenie.

Nie musisz dostosowywać się do świata.
Niech świat spróbuje dostosować się do Ciebie!

Nie musisz starać się nadążyć za światem. Niech to świat dostosuje swoje tempo do Ciebie!

Nie musisz zgadzać się ze wszystkimi.
Niech wszyscy uszanują Twoje zdanie!

Tego Wam życzę. Kochane siostry, kobiety.


czwartek, 23 stycznia 2020

My. Psy z lasu


MY. PSY Z LASU

To my. Psy z lasu.

Może widziałeś nas dziś jadąc do pracy. Może mijasz nas tak często, że już przestałeś zwracać na nas uwagę. Wrośliśmy w krajobraz Polski podmiejskiej zupełnie tak, jak mech wrasta w korę drzew. Twoje dzieci bezpiecznie przypięte w swoich fotelikach przyklejają wzrok do szyby, gdy wieziesz je do przedszkola. I widzą świat za oknem auta. Pole. Las. Porzucony pies. Las. Pole. Może nawet w swojej dziecięcej wierze w dobro tego świata pokażą paluszkiem na coś, co według nich nie pasuje do kompozycji obrazu. Może nawet zawołają. Mama! Piesek! Spoglądasz we wsteczne lusterko, uśmiechasz się do swojej pociechy i wtórujesz: Tak! Piesek! A jak robi piesek? Hau! Hau!

Tylko że ten piesek nie robi już hau hau. Ten piesek nie robi już nic. Już nie szczeka. Nie piszczy i nie biega. Resztek sił starcza mu już tylko na to by... Być. Jeszcze przez moment. Jeszcze przez chwilę. Być skulonym. Niewidocznym. Aż w końcu błogosławiony sen zabierze stąd tę odrobinę porzuconego życia. I skończy się strach. I skończy się ból. I będzie już dobrze.

My, psy z lasu, nigdy nie chciałyśmy tu trafić. Nigdy nie chciałyśmy wrosnąć w krajobraz. I być niewidoczne.

Niektóre z nas wyszły samodzielnie na spacer. Człowiek nie szukał. Wróci – mówił. – Zawsze wraca. Ale tym razem oddaliły się za daleko. Ciekawe zapachu za rogiem odeszły dalej niż zwykle. I gdy już chciały wrócić do bezpieczeństwa i ciepła zwanego domem... Droga była inna niż zwykle, otoczenie nieznajome. Szły przed siebie tak długo, aż poczuły że ze zmęczenia sztywnieją im łapy. Nie miały pojęcia, gdzie szukać pomocy i jak zdobywać pożywienie. Nigdzie wokół nie było misek z suchą karmą a spotykani ludzie przeganiali i rzucali kamieniami. Schronienie zapewniły gęste krzaki, gdzie można się było choć na chwilę skulić i zasnąć. Mijały dni, mijały noce. Piękne kiedyś futerko zamokło i splątało się. Strach przed wielkim światem nie pozwalał opuszczać swojej kryjówki. I coraz trudniej było sobie przypomnieć czym był dom.

Niektóre zostały porzucone, bo miały czelność zajść w ciążę. Takiego kłopotu nie robi się człowiekowi. Człowiek wtedy wywozi do lasu. I szczenięta się rodzą w opuszczonej lisiej norze. I pomimo opieki i troski matki, mało które przeżywa choroby i ataki dzikich zwierząt.

Inne, tak jak ja, zostały do lasu przywiezione. Ale nie na spacer. Nie na pieszą wędrówkę. Człowiek wjechał do lasu i zwolnił tylko na tyle, by uchylić drzwi i wyrzucić mnie do rowu. Ludzie często tak robią z rzeczami, których nie chcą. Nazywają je śmieciami i pozbywają się ich bez sentymentu.
Nie mogłem zrozumieć, co się stało. Nie wiedziałem, czego się ode mnie oczekuje. Czy mam usiąść i zaczekać aż Pan wróci? Ostatnie co widziałem to światła oddalającego się samochodu. Nie wytrzymałem i ruszyłem za nim. Biegłem ile sił w łapach, ale był za szybki. Biegłem tak długo, jak długo widziałem światła. Potem nastała ciemność i noc obudziła wszystkie dźwięki lasu. Słyszałem sowy w konarach drzew i przelatujące nad głową nietoperze. Słyszałem jak jeże buszują w liściach i sarny ocierają się o młode brzózki. Wszystkie te zwierzęta były u siebie w domu, a ja byłem sam. Mój człowiek odjechał. 

Fot. /plonskwsieci.pl/

Przez kilka dni siedziałem dokładnie w tym miejscu, gdzie po raz ostatni widziałem światła samochodu. Gdy tylko usłyszałem nadjeżdżające auto, zrywałem się na równe nogi i gnałem przed siebie. Może to on! – myślałem. Biegłem i biegłem, ale nie mogłem nikogo dogonić. Koła obracały się tak szybko, a tryskający spod nich piach ranił mi oczy. Poczułem jak w moich łapach brakuje sił. Chciałem biec dalej. Dogonić samochód, dogonić człowieka. Znowu wskoczyć mu na kolana... Ale brakowało mi sił.

Głodny i zmęczony znalazłem rów pełen worków. Rozgryzałem je jeden po drugim i zaglądałem do środka. Szukałem jedzenia. I jeszcze czegoś. Czegoś o wiele bardziej mi potrzebnego. Szukałem zapachu człowieka. Chciałem móc choć na moment poczuć jego zapach. Zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że on jest przy mnie. Chciałem... Chciałem przestać być tak bardzo sam.
Od tej pory kręciłem się już przy workach. Nadal podnosiłem głowę, gdy tylko przejeżdżało obok jakieś auto. Ale nie biegłem już za nim. Brakowało mi sił. Mijały dni, noce. I znowu dni. Leżałem już tylko skulony. Niczego już nie chciałem. Na nic nie czekałem. Czasami jeszcze tylko ujrzałem za szybą mijającego mnie samochodu wpatrzoną we mnie buzię dziecka. Wyciągało w moim kierunku paluszek. Jak przez mgłę przypominałem sobie dawne życie. Zabawę z dziećmi. Ich śmiech. Ale auto mijało mnie nie zwalniając. A ja już nawet nie reagowałem.

Fot. /plonskwsieci.pl/

To my. Psy z lasu. Nie powinno nas tu być. Ale jesteśmy. Każdego roku pojawiają się nowi. Dla większości z was jesteśmy niewidoczni. Wrastamy w krajobraz. I choć zmęczenie, głód i zimno nie dają szansy, by zbyt długo użalać się nad swoim losem, to mamy wrażenie, że los z nas zakpił.

Bo kiedyś las był naszym domem podobnie jak jest domem sów, jeży i saren. Umieliśmy się w nim odnaleźć i umieliśmy się o siebie zatroszczyć. Człowiek odebrał nam naszą wolność, naszą dzikość. Ale w zamian podarował coś, czego nie sposób wycenić. Więź zupełnie wyjątkową. Przyjaźń między dwoma gatunkami, które choć nie rozumieją swojej mowy, potrafią się porozumiewać. Więź silniejszą i bardziej bezwarunkową niż cokolwiek innego na tym świecie.

A teraz ten sam człowiek odbiera nam ten dar pozostawiając nas z niczym. Nie umiemy już być dzikie. Nie znamy poczucia wolności. Przywiązanie do człowieka jest wytatuowane w naszych sercach. Nauczyłeś nas być w Ciebie zapatrzonym. A teraz wywozisz nas do lasu i porzucasz. Odbierając tę jedną rzecz, która równie ważna jest dla nas, co pożywienie, czy woda. Swoją przyjaźń.
My. Psy z lasu. Pragnące jedynie kochać i być blisko człowieka. Porzucone. Zostawione. Nieupilnowane. Z gasnącą nadzieją w oczach, która czasem jeszcze tylko rozbłyśnie ostatkiem sił na widok nadjeżdżającego auta.

                       --- Koperek, znaleziony na dzikim wysypisku śmieci pod Płońskiem 21 stycznia 2020r.

wtorek, 26 listopada 2019

Zjawisko Wolnej Chwili

Patrzę na częstotliwość z jaką ostatnio zamieszczam nowe wpisy na blogu i łapię się za głowę. Był taki czas, gdy prowadzenie bloga było właściwie TYM najważniejszym zajęciem w moim życiu. Oczywiście była praca, było zarabianie pieniędzy i kombinowanie na co je wydać... Ale, jakoś kompletnie wbrew modzie i współczesnym zwyczajom, nigdy nie uczyniliśmy z zarabiania pieniędzy najważniejszego celu życia. To właśnie opisywanie Wam zabawnych historii naszej psio-ludzkiej bandy, dzielenie się z Wami ciekawymi pomysłami rodem z kuchni (kuchni, w której zawsze siedział jakiś żebrzący o przysmaki mokry nos) oraz- powiem to wprost- świadome i pełne premedytacji zarażanie Was naszym nieco zwariowanym i baaardzo psiolubnym spojrzeniem na życie było zawsze powodem, dla którego wstawałam z łóżka z uśmiechem na twarzy. Z ochotą na kolejny dzień. I z łbem wypchanym pomysłami. Co by tu odczynić. W kuchni. W sercu. W życiu.

Czy coś się od tamtego czasu zmieniło?

Cóż. Zrobiło się nas więcej. Nasze stado się powiększyło. Nie koniecznie w taki sposób, jaki miałam na myśli ;) Ale takie jest życie, prawda? Bierze nasze pragnienia i spełnia je. Tylko nie koniecznie w takiej formie, jaką sobie wyobrażaliśmy. Mało tego. Mam nawet wrażenie, że ktoś na górze z dziecięcą wprost radością przeinacza nasze modlitwy i odczytuje życzenia na opak. Zupełnie jakbyśmy próbowali nauczyć małe dziecko jak wymawiać trudne słowo. Naleśniki. Na-leś-ni-ki. No, teraz powtórz sam. Nalejsiki. Właśnie tak wołałam na swoje ulubione danie, gdy byłam mała. Zawsze przeinaczałam.


Tak. Nasza rodzina się powiększyła. Gdy piszę te słowa, wokół moich nóg śpią ułożone jak wianuszek już nie dwa, a cztery psy. A ja dalej zamieniam się w sopelek lodu topniejący na słońcu na widok malutkich stópek i malutkich rączek dzieci naszych przyjaciół. I dalej marzę, że może kiedyś takie stópki będą tuptać obok mnie, a rączki trzymać mnie za ręce. Może powinniśmy w duszy powtarzać: "Marzę o kolejnym psie... marzę o kolejnym psie..." I wtedy na pewno przewrotny los ześle nam dzieciątko ;)

Nasze zaangażowanie w pomaganie- już nie takie małe, jak na początku- również się rozrosło. Rozmnożyło nawet, bo mam wrażenie, że gdy robisz coś tak zwariowanego, że aż cudownego, w dodatku pomagasz innym, a tym samym- przynajmniej w jakimś stopniu- pomagasz samemu sobie... To że spotkasz innych zwariowanych ludzi pozostaje tylko kwestią czasu. I tak są dni, że niemal od świtu do nocy udzielamy się w lokalnym stowarzyszeniu pomagającym zwierzętom. Mieliśmy swój wkład w jego powstawanie. Na naszych oczach grupa ludzi wiodących na co dzień swoje własne życia spotkała się i postanowiła robić razem coś bardzo ważnego. Pomagać tym, którzy o pomoc prosić nie umieją. W każdym razie- nie przy pomocy słów. Bo gdy już raz spojrzysz w oczy suczce, która urodziła swoje szczenięta zimą w szczerym polu, która nie miała nawet szansy znaleźć lepszego schronienia, bo człowiek przegnał ją dosłownie tuż przed porodem... Gdy zobaczysz w tych oczach strach, nawet nie o siebie lecz o młode... Gdy zobaczysz to nieme błaganie o litość... Już nigdy więcej nie powiesz, że zwierzęta nie potrafią mówić. Wystarczy tylko nauczyć się patrzeć, by je zrozumieć.


Gdzieś w międzyczasie wydarza się jeszcze to zwykłe życie. Praca, choć w moim przypadku jest tylko przedłużeniem mojej miłości do psów i trudno nazwać obowiązkiem to, co od niedawna robię, wciąż jest pracą, do której trzeba wstać i na którą trzeba mieć siły. A tych czasami brakuje. Choć mam wrażenie, że to co najbardziej mi te siły odbiera, to ludzie. Tak bardzo wszystko komplikujemy. Tak bardzo utrudniamy sobie nawzajem. Widzimy problemy i powody do kłótni tam, gdzie wystarczyłoby się do siebie uśmiechnąć i życzyć sobie dobrego dnia. Przecież jeśli nie jest nam po drodze, zawsze możemy się pozdrowić i więcej nie spotykać. Nikt nas nie zmusza do tkwienia w toksycznych relacjach. Banalnie to proste, ale wierzcie mi, dojście do tego zajęło mi kupę czasu.


Myślę teraz o tych wszystkich cudownych rzeczach które robię każdego dnia. I o tych zupełnie NIE cudownych. A, co! One też są potrzebne. Gdyby nasze życie było tylko i wyłącznie przyjemne, zanudzilibyśmy się na śmierć. Albo byśmy zwariowali. Nie wiem, co jest gorsze. Pamiętam, że jednym z powodów, dla których przeprowadziliśmy się na wieś, była potrzeba zwolnienia tempa. Potrzeba znalezienia wolnej przestrzeni w życiu. Miejsca na... Na życie. Pamiętam, że w mieście byliśmy w wiecznym pośpiechu. Wciąż się spieszyliśmy a i tak nie mieliśmy czasu nawet na tak proste rzeczy, jak zjedzenie wspólnie śniadania.

Teraz, po kilku już latach spędzonych na wsi, mam wrażenie że jesteśmy jeszcze bardziej zajęci niż kiedyś. Może powinno mnie to martwić, ale jest inaczej. Cierpimy na chroniczny brak czasu. Ale nie dlatego, że coś nam ten czas zabiera. Nie dlatego, że czas przecieka przez palce. Wymyka się z rąk. Nie. Czasu jest wiecznie mało, bo robimy tak wiele. Tak wiele rzeczy ważnych. Istotnych dla nas i dla innych. Zapełniamy swój dzień faktycznym działaniem. Jesteśmy bardziej aktywni niż kiedykolwiek. Mogę się zerwać o świcie, schować nieuczesane włosy pod czapką, narzucić stare spodnie narciarskie i mocno złachaną, ale ciepłą kurtkę i z termosem pod ręką ruszyć do przechowalni, by przed pracą zająć się psami, które nas potrzebują. W drodze powrotnej robię zakupy na targu, zostawiam kosz w korytarzu i z marszu biorę nasze piesy na spacer. Z uśmiechem na twarzy wracam, by przygotować nam obiadokolację. Darek już rozpalił w piecu i w domu robi się przyjemnie ciepło. Psy zmęczone śpią na dywanie. Wieczorem jest jeszcze czas żeby pobawić się z naszą tymczasowiczką Bellą, posłuchać muzyki, coś uprać, coś odkurzyć, raz na jakiś czas spotkać przyjaciół... Jest czas, by żyć. Pomimo bycia bardzo zajętymi, czujemy że żyjemy bardziej niż kiedykolwiek.

I tylko to zjawisko tak zwanej "wolnej chwili" przytrafia nam się zdecydowanie za rzadko. Wiecie. Wtedy, gdy mówimy "zrobię to w wolnej chwili". W naszym przypadku taka wolna chwila pojawia się niezbyt często.

Obiecuję Wam jednak, że na blogu będzie nas teraz ciut więcej. Będę pisać. W wolnej chwili ;)

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Są ważniejsze rzeczy, niż czysta podłoga

Mam nieodkurzone podłogi. Podszerstek naszych psów łączy się w większe aglomeracje i jest gnany przeciągami po podłodze, jak te krzaczki po bezdrożach na dzikim Zachodzie. Nasze auto zaczęło przypominać obwoźną lecznicę dla zwierząt z elementami folkloru w postaci papierków po hot dogach (pozostajemy w tematyce psiej) rozsianymi po podłodze. Moja mama, gdy mam ją gdzieś podwieźć (wiadomo, na wsi córa z prawem jazdy to cenny nabytek), najpierw pyta, którym autem pojedziemy. No, tak. Bo drugie auto, to wyjściowe, nie pachnie psią karmą. Tą świeżą i tą powtórnie przetworzoną, bo się któremuś pasażerowi w drodze do weterynarza ulało. Piwnicę naszego domu, pieszczotliwie zwanego dziuplą (jesteśmy na etapie seriali o narkobosach) zamieniliśmy w magazyn karmy, kocy i lekarstw. Bardzo ucieszyły się z tego posunięcia zwłaszcza nasze domowe myszki, z którymi bawimy się w kotka i myszkę. Nie potrafilibyśmy użyć żadnej zdecydowanej metody. Oboje z Darkiem należymy do tych osób, które na widok biednego motyla, co się znalazł po złej stronie okna lecą po słoik i kartkę. Tak więc nasze piwniczne myszki łapiemy w tak zwane żywołapki. Pułapki zaś otwieramy na podwórku, blisko ściany drewutni. Po kilku dniach myszki wracają i znowu się łapią i tak w kółko Macieju. Teraz łapią się rzadziej, bo na co komu włazić do pułapki dla marnego kawałka słoninki, jak w zasięgu wzroku kilkanaście worów z aromatyczną karmą dla psów.

Zuzia i szczaniaki

I wszystko to pewnie zajmowałoby mnie i martwiło. Widząc podłogę pełną śladów psich łapek (nie ma to jak zima pełna błota), zaraz ruszyłabym po mopa. Samochód trafiłby do myjni, pralni i pod test białej rękawiczki mojej mamy, a piwnica... Rozłożyłabym więcej żywołapek.

Ale sęk w tym, że ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu.

Funio nie nadaje się do Psiechowalni. Jego potrzeba bycia blisko ludzi jest ogromna. Jego budę umieściliśmy pod oknem kuchni, żeby cały czas czuł i słyszał naszą obecność

Gdy zaczynaliśmy w połowie zeszłego roku pomagać psiakom w naszej gminie, myślałam, że będzie to zajęcie... poboczne. Takie coś, co się robi w wolnej chwili, w dodatku dopiero wtedy, gdy już nadmiar wolnych chwil wykorzystało się na leżenie plackiem. Na dodatek robiliśmy to razem z Darkiem. We dwoje raźniej, co dwie głowy i takie tam. Przez 3 pierwsze miesiące mieliśmy pod opieką jedynie jednego owczarka niemieckiego. Stefan nie był kłopotliwy. Z wdzięcznością przyjmował każdą spędzoną z nim chwilę, ale też jasno dawał do zrozumienia, że pozostawiony w gminnej przechowalni chętnie utnie sobie drzemkę.

Darek na spacerze z Rudim. Rudi znalazł dom po dwóch tygodniach, choć wiele osób nie dawało mu na to szansy. Rudi był w średnim wieku i miał pogryziony pyszczek

Gdy dziś myślę o początkach naszej przechowalni, mam wrażenie że ktoś celowo nie pokazał nam od razu całego spektrum problemu, żeby nas nie spłoszyć. Zaczęliśmy od jednego Stefana, a dziś awansowaliśmy już do rangi magików, którzy z raptem 2 kojcy wyczarowują bezpieczne miejsce dla 8 psów. A w porywach nawet dla 16, gdy trafiły nam się dwa mioty szczeniąt. Nieoficjalnie pomagamy jeszcze kilku psom, nawet jeżeli stworzenie im ogłoszenia w internecie to jedyne, co faktycznie możemy zrobić.

Nasz pierwszy podopieczny. Stefan. Nauczyliśmy się od niego więcej niż on od nas

Na górze Darek pracuje nad projektami, a u jego stóp śpi malutki Sid. Nasze psiaki odpoczywają po spacerze na posłaniu w salonie. W budzie pod oknem kuchni śpi zadowolony po ciepłej kolacji Funio. W przechowalni 4 kilometry od nas pięcioro psów zasypia nie mogąc się już doczekać jutrzejszego dnia, gdy o 9 rano przyjadę do nich z jedzeniem i tym czymś, czego większość z nich nigdy w życiu nie zaznała. Z troską. Będą spacery, również indywidualne. Będzie nauka psich podstaw. Będzie zabawa i przytulanie. Po drodze do Psiechowalni- jak nazwaliśmy to miejsce, wpadnę jeszcze do dwóch psiaków umieszczonych grzecznościowo u sąsiadów. Będę mówić i opowiadać, że są bezpieczne wierząc, że może z czasem mi uwierzą.
Gdy wrócę, będzie już koło południa i na spacer zabiorę najpierw Funia, który pomimo naszych prób i kilku podejść nie dogadał się z naszymi psami, a później nasze psiaki, bo bez względu na to, ilu psom pomagamy, nasze nie mogą czuć się odstawione na boczny tor.
I gdy już wrócę do domu, starczy mi siły, żeby coś tam upichcić, coś tam uprać i posiedzieć chwilę z malutkim Sidem. Prawdopodobnie nie będzie mi się już chciało odkurzyć i posprzątać w aucie. Są ważniejsze rzeczy, niż czysta podłoga. A jak już mam ganiać z wywieszonym językiem i odkurzaczem w dłoni, to wolę wieczorem wziąć malutkiego Sida na kolana i poczytać mu książkę.

Zosia- jeden z naszych "dzikusków" i nauka zaufania

Pomaganie zmienia człowieka. To najszczersza prawda. Pomaganie ustawia rzeczy ważne i ważniejsze w odpowiednim szeregu. I nie. Czyste podłogi nie są na tej liście na najwyższej pozycji. Choć, o zgrozo!, był czas, gdy uważałam, że lśnienie parkietu i walory smakowe obiadu, to rzeczy, które definiują mnie jako kobietę. Czy się sprawdzam w roli gospodyni? Czy odpowiednio dbam o domowników? Tylko czy codziennie nowa zupa w garku i podłoga, z której można jeść sushi, to wszystko? Czy to jest najważniejsze? Odpowiedzialność za tych, którzy na nas polegają i na nas liczą... Tak. To całkiem niezły priorytet. Zwłaszcza, jeśli mowa tu o istotach, które same nie są w stanie się sobą zająć. Za każdym razem, gdy ktoś mówi, że pies sobie poradzi, przed oczami staje mi ten sam obraz. Porzucona suczka, która oszczeniła się w najlepszej kryjówce, jaką mogła znaleźć. W bobrzej norze. Jedno z jej szczeniąt utopiło się w rzece, gdy tylko maluchy zaczęły podążać za matką. Brzeg w tym miejscu był wyjątkowo stromy. Bez opieki człowieka pies sobie nie poradzi. Troskę jesteśmy psom wręcz winni. Czy tego chcemy, czy nie. Domyślam się, że to nie wilk prosił się o bycie udomowionym. Przywiązaliśmy psy do siebie. Złamaliśmy ich dziki charakter. Uzależniliśmy je od siebie. Pozostawianie ich teraz samym sobie i mówienie, że pies sobie poradzi jest okrucieństwem najwyższej rangi.

Rysio i Stasio. Spędziły całe święta w rowie przy drodze na Nasielsk. Mijane przez setki samochodów. Nikt się nie zatrzymał. Stasio jest gotów do adopcji. Rysio musi jeszcze popracować nad zaufaniem

Nasza przygoda z Psiechowalnią trwa dalej. W ubiegłym roku, choć działaliśmy mniej więcej od czerwca, udało nam się umieścić w nowych, dobrych domach ponad 20 psów. W tym roku, choć mamy dopiero połowę stycznia, mamy za sobą już dwie adopcje.
Codziennie przeżywamy ogromne sukcesy. Pierwszy spacer Maksia, gdy odważył się nam zaufać i pójść z nami pomimo krępującej go smyczy. Pierwszy buziak Zosi, która trafiła do nas, jako totalny dzikusek. Każdego dnia przeżywamy też ogromne dramaty. Bo każdy kolejny psiak, którego znajdujemy lub który jest nam zgłaszany to dramat. To smutna historia zaniedbania, porzucenia lub przemocy. Pomagamy jednemu psu, a w jego miejsce znajdujemy trzy kolejne.

Czy to się kiedyś skończy? Nie wiem. Ale musimy działać. Taki jest nasz priorytet.

wtorek, 30 października 2018

O potyczkach z życiem i tatuażach na sercu

Znajoma jest tym rodzajem dziewczyny, które zwykłam nazywać supermenkami. Kobiety dające sobie radę z życiem w każdym, nawet najtrudniejszym momencie. Gotowe tulić swoje dzieci do snu, by z samego rana ruszyć do pracy- jednej, drugiej, czasem nawet trzeciej. Zdolne zadbać o siebie i swoich najbliższych bez względu na to, czy ktoś im w tym pomaga, czy nie. Moje kochane supermenki biorą się za bary z życiem i bez trudu powalają je na łopatki. Nawet jeżeli walka czasem jest nierówna. Nawet jeżeli ciężko i boli. Gdy ostatnio zauważyłam na przedramieniu znajomej nowy tatuaż, pomyślałam sobie, że w jej przypadku nie dziwi nic. Trzy słowa po łacinie. Słowa niejakiego Seneki. Prosty i oczywisty przekaz. Vivere militare est.


Życie jest walką. Kropka. Niby nic dodać, nic ująć. A jednak coś (niech będzie, że jej nowy tatuaż) skłoniło mnie do tego mojego wędrowania w rozmyślaniach. Bo czy trzeba być absolutną siłaczką, by móc sobie taki tekst wytatuować? Znajoma trenuje zawzięcie crossfit, biega w błocie na runmageddonach, wychowuje dwójkę dzieci i ma trzecie w drodze, a w wolnym czasie prowadzi własną firmę. Nie mam bladego pojęcia, jak ona to robi. Ale czego się nie dotknie, jest w tym świetna.

Zastanawiam się jednak, czy każdą walkę, którą toczymy w życiu, da się tak łatwo opisać słowami. I czy każdy tatuaż, który mamy, widać gołym okiem na skórze? Czy nie jest tak, że słowa zagrzewające do boju każdy z nas ma wytatuowane na sercu?

Życie jest wieczną walką. Wieczną, bo nigdy nie brakuje rzeczy, o które warto walczyć. I wieczną, bo nigdy nie kończy się chęć, by o nie walczyć. Gdy tracimy wolę walki... Nasze serce zamiera. Bije dalej, owszem. Ale jego praca traci sens. Zupełnie jakby skrzypce przestały służyć do tworzenia muzyki. 

Myślałam o tych wszystkich małych walkach, które toczymy na co dzień. O tych potyczkach z życiem, o których czytam w wiadomościach od Was. O potyczkach moich i Waszych, z psem w tle i nie tylko. Walczę ostatnio o tak wiele rzeczy, że momentami trudno mi już ocenić, które potyczki udaje się wygrać, a w których wciąż przegrywam. Do niedawna walczyłam o względny spokój w domu. Jeśli jesteście z nami od dłuższego czasu, to wiecie, że między naszymi psami nie zawsze panowała zgoda. Jacek, którego przygarnęliśmy 2 lata temu zaburzył pewną niepisaną harmonię między Bubą i Koprem. Harmonię, w której to Koper decydował co, jak i kiedy się wydarza. Był katalizatorem wszystkich akcji, a starzejąca się już Buba wrzuciła na luz i dawała się ponieść jego energii, lub (co coraz częściej się zdarza) zajmowała się sobą. Jacek był dodatkowym elementem, dla którego w psiej układance nie było z początku miejsca. To miejsce trzeba było zrobić. Pracowaliśmy i walczyliśmy na wielu polach. Była kastracja obu panów (na razie chemiczna). Były spotkania z behawiorystami. Były długie, kilkugodzinne spacery, podczas których panowie mieli się zarówno zmęczyć, ale też zrozumieć tę jedną, podstawową zasadę. Że przewodzę ja. I co by się nie działo, i co by się w życiu nie zmieniało- przewodzę ja i za mną należy podążać. Ja ustalam zasady. Ja i Darek, rzecz jasna, ale od zawsze było wiadomo, że rolę złego policjanta w domu pełni Pani. Koper widział, że traktujemy Jacka zupełnie na równi i powoli, bardzo powoli zaczął się z nową sytuacją oswajać. Dziś mogą leżeć wspólnie na jednym posłaniu. Mogą położyć się ze mną na kanapie, gdy czytam. Mogę głaskać jednego, na oczach tego drugiego. Jeszcze rok temu było to nie do pomyślenia. I choć wciąż jeszcze zdarza im się mieć gorszy dzień i obchodzić się od rana szerokim łukiem, to widząc jak razem gziochają się na naszym łóżku (a gdzieżby indziej, przecież tam najlepiej), jestem o nich spokojna. Mogą zostać razem w domu na kilka długich godzin i nic się nie dzieje. Zostali już parę razy w psim hoteliku i nic się nie stało. Tym samym odzyskaliśmy nieco spokoju i swobody. Wygraliśmy tę małą walkę. Ale za rogiem już czekają następne.


Walka o spełnienie tego jednego marzenia, które- o, ironio!- najtrudniej spełnić. Wciąż nie słychać tupotu małych stópek w naszym-nie naszym, wynajmowanym domu. Walczymy. Bo warto.

Walka o siebie nawzajem, bo bycie razem to wieczna praca o utrzymanie się na powierzchni. O tyle trudna, że czasem trzeba utrzymywać na powierzchni nie tylko siebie ale też drugą osobę. Walczymy. Bo warto.

Walka o siebie. Bo, o czym przekonałam się dość mocno w ostatnim czasie, dokoła nas zwykle jest najwięcej tych ludzi, którzy mają nam do zaoferowania gotowy przepis na to, jak mamy żyć. Ze świeczką szukać należy tych, którzy powiedzą: "Rób to, co uważasz za słuszne." Walczę. Od niedawna. Bo warto.

Nieustannie walczymy. Wygrywamy, przegrywamy... Nie zawsze zresztą różnica między wygraną i przegraną jest taka oczywista. Czasem by wygrać, musimy najpierw przegrać. Niezależnie jednak od sytuacji, nie wolno nam tracić woli walki. Nasze serce musi wiedzieć, po co bije. Musi mieć wyraźny cel. Choćby nawet bardzo odległy punkcik na horyzoncie. I tak. Każdy z nas ma tatuaż. Wyraźnie wyryte słowa na sercu. Słowa zagrzewające do boju. 

wtorek, 16 października 2018

O najpiękniejszym "nie mogę" na świecie

Ci wariaci od psów - mówią już o nas w wiejskim sklepie, czyli w naszym lokalnym centrum kultury. A ja się śmieję w duszy, bo na wsi (a zresztą pewnie i w całej Polsce, tyle że w mieście ludzie w ogóle się nie znają i nie zwracają na siebie uwagi) już tak jest, że każdy jakąś tam łatkę ma. I przyznam się szczerze, że ze wszystkich łatek na świecie chyba już wolę właśnie tę.

Nasz obecny podopieczny- Funio

A zaczęło się tak banalnie. Dwa psiaki porzucone na naszym terenie nad rzeką. Jacek i Agatka, bo bezpodstawnie posądzaliśmy je o więzy rodzinne. Moja mama mówiła: " Zostaw je. Niech sobie pójdą do kogoś innego." Ale jedyne co potrafiłam odpowiedzieć, to "nie mogę". Potem nawet mama podrzucała małym psiakom jakieś pyszne dupki od kiełbasek, a ja jeździłam po wsi i rozklejałam plakaty. Czyje? Kto przygarnie? Kto da dom? Jeśli można, to i dom i serce.

Początki przechowalni. Teraz są już dwa porządne kojce

Dziś budujemy niemal od podstaw gminną przechowalnię i staramy się dać znalezionym na naszym terenie psiakom szansę na znalezienie domu zanim trafią do schroniska. Bo, spójrzmy prawdzie w oczy, poza kilkoma cudownymi przykładami schronisk w Polsce- większość to bilet w jedną stronę. Brakuje funduszy, brakuje wolontariuszy, brakuje dobrej organizacji a zamiast tego szerzy się kumoterstwo. Pies jest w tym wszystkim mało istotny. Staramy się to zmienić choćby na tę naszą, małą, lokalną skalę. Dzięki władzom naszej gminy jest to możliwe. Właśnie postawiliśmy dwa kojce. Teren na którym są położone jest ogrodzony i graniczy z lasem. Władze gminy partycypują w kosztach. Dostajemy karmę i fundusze na podstawową obsługę weterynaryjną. Resztę, póki co, dajemy radę udźwignąć sami. Jeśli trafia się psiak potrzebujący specjalnej diety, gotuję mu w domu. Suplementów diety- tak bardzo potrzebnych psiakom zabiedzonym, które w swoim życiu nigdy nie jadły mięsa a jedynie suchy chleb- szukamy po promocjach i kupujemy hurtowo, żeby wyszło taniej. Dla naszego ostatniego podopiecznego nadszarpnęłam oszczędności i kupiłam rękawicę do czesania. Bo bał się szczotki, a czesania potrzebował jak ryba wody. Jeździmy do przechowalni dwa razy dziennie i karmimy, spacerujemy, czeszemy, głaszczemy, rozmawiamy, poznajemy i uczymy. Czasami tak oczywistych spraw, jak to, że ręka nie bije.

Dlaczego? Bo nie możemy inaczej.

Kilka lat temu jechaliśmy pod wschodnią granicę. Na trasie nadarzyńskiej minęliśmy młodego psa. Praktycznie psie dziecko. Biegał wzdłuż drogi i dosłownie zaglądał do wnętrz samochodów. Minęliśmy go. Bo jechaliśmy załatwić ważną sprawę. Bo nie jechaliśmy sami. Bo w domu mieliśmy pole walki między Jackiem i Koprem- naszymi psiakami, których przyjaźń rodziła się w bólach. Bo to, bo siamto. Do dzisiaj pamiętam tego psiaki. Był duży, młody i tak bardzo zagubiony. Będę go pamiętać do końca życia. Wracaliśmy po kilku godzinach tą samą drogą i już go nie było. Chcę wierzyć, że ktoś jednak się zatrzymał. Że ktoś pomógł. Bo nie mógł inaczej. My wtedy, delikatnie mówiąc, daliśmy ciała. Dla nas poczucie winy, gdy się nie pomoże jest zbyt ciężkie do udźwignięcia. Wolimy pomagać. Choć przyznaję, lekko nie jest.

Po każdym psiaku, którego wyprawiamy do nowego domu, na jego miejsce znajdujemy dwa kolejne. Poza miastem psy są rzadko kiedy czipowane. Zdarza się, że budzimy się rano pełni energii do działania, by po całym dniu złapać takiego doła, że już nic tylko załamać ręce. Bo choćbyśmy nie wiem co robili, wszystkim psom nie pomożemy. Ale przychodzi kolejny dzień i pomagamy dalej. Bo nie możemy inaczej.

Nasz pierwszy podopieczny. Stefan znalazł dom u prawdziwych owczarkolubów. Kumpluje się dziś z kotem i mieszka w Warszawie.

W chwilach kryzysu kazałam obiecać Darkowi, że już żadnych psich bid nie będziemy brali pod swoją opiekę. Bo to nas stanowczo za mocno angażuje. Przecież jeszcze trzeba pracować, zarabiać, jeść. Żyć w miarę normalnie. Mamy przecież milion własnych problemów na głowie- jak każdy. I co? Mijając kolejną wystraszoną psicę, zatrzymujemy auto. Pakujemy do bagażnika, żeby dopiero w drodze zastanowić się, co dalej. Tak było ze szczeniakiem, którego znaleźliśmy w rowie. Biegał wzdłuż ruchliwej drogi, a za kości miednicy można było złapać palcami- taki był chudy.  Darek wpadł w chwilową panikę, bo w przechowalni miwjsca nie było a na naszym podwórku rządzi Koper i żadnych nieproszonych gości sobie nie życzy. Ale ja nawet się nie zastanawiałam. I pomogliśmy. Bo nie mogliśmy inaczej.

Dziś myślimy o założeniu stowarzyszenia lub fundacji. Bo to, co na razie robimy to tylko kropla w morzu potrzeb. A to jest ogromne morze. I zapytajcie mnie, zapytajcie Darka. Dlaczego to robimy? Bo po prostu nie mogę. Nie mogę inaczej. I to jest najpiękniejsze "nie mogę" na świecie.

Dopiero zaczynamy naszą przygodę z pomaganiem. Piszcie do nas z poradami, jak najlepiej ogarniać taką pomoc. Piszcie z wątpliwościami i z waszymi wnioskami na temat sytuacji bezdomnych zwierząt w Polsce. Jesteśmy bardzo ciekawi Waszych opinii.