wtorek, 30 października 2018

O potyczkach z życiem i tatuażach na sercu

Znajoma jest tym rodzajem dziewczyny, które zwykłam nazywać supermenkami. Kobiety dające sobie radę z życiem w każdym, nawet najtrudniejszym momencie. Gotowe tulić swoje dzieci do snu, by z samego rana ruszyć do pracy- jednej, drugiej, czasem nawet trzeciej. Zdolne zadbać o siebie i swoich najbliższych bez względu na to, czy ktoś im w tym pomaga, czy nie. Moje kochane supermenki biorą się za bary z życiem i bez trudu powalają je na łopatki. Nawet jeżeli walka czasem jest nierówna. Nawet jeżeli ciężko i boli. Gdy ostatnio zauważyłam na przedramieniu znajomej nowy tatuaż, pomyślałam sobie, że w jej przypadku nie dziwi nic. Trzy słowa po łacinie. Słowa niejakiego Seneki. Prosty i oczywisty przekaz. Vivere militare est.


Życie jest walką. Kropka. Niby nic dodać, nic ująć. A jednak coś (niech będzie, że jej nowy tatuaż) skłoniło mnie do tego mojego wędrowania w rozmyślaniach. Bo czy trzeba być absolutną siłaczką, by móc sobie taki tekst wytatuować? Znajoma trenuje zawzięcie crossfit, biega w błocie na runmageddonach, wychowuje dwójkę dzieci i ma trzecie w drodze, a w wolnym czasie prowadzi własną firmę. Nie mam bladego pojęcia, jak ona to robi. Ale czego się nie dotknie, jest w tym świetna.

Zastanawiam się jednak, czy każdą walkę, którą toczymy w życiu, da się tak łatwo opisać słowami. I czy każdy tatuaż, który mamy, widać gołym okiem na skórze? Czy nie jest tak, że słowa zagrzewające do boju każdy z nas ma wytatuowane na sercu?

Życie jest wieczną walką. Wieczną, bo nigdy nie brakuje rzeczy, o które warto walczyć. I wieczną, bo nigdy nie kończy się chęć, by o nie walczyć. Gdy tracimy wolę walki... Nasze serce zamiera. Bije dalej, owszem. Ale jego praca traci sens. Zupełnie jakby skrzypce przestały służyć do tworzenia muzyki. 

Myślałam o tych wszystkich małych walkach, które toczymy na co dzień. O tych potyczkach z życiem, o których czytam w wiadomościach od Was. O potyczkach moich i Waszych, z psem w tle i nie tylko. Walczę ostatnio o tak wiele rzeczy, że momentami trudno mi już ocenić, które potyczki udaje się wygrać, a w których wciąż przegrywam. Do niedawna walczyłam o względny spokój w domu. Jeśli jesteście z nami od dłuższego czasu, to wiecie, że między naszymi psami nie zawsze panowała zgoda. Jacek, którego przygarnęliśmy 2 lata temu zaburzył pewną niepisaną harmonię między Bubą i Koprem. Harmonię, w której to Koper decydował co, jak i kiedy się wydarza. Był katalizatorem wszystkich akcji, a starzejąca się już Buba wrzuciła na luz i dawała się ponieść jego energii, lub (co coraz częściej się zdarza) zajmowała się sobą. Jacek był dodatkowym elementem, dla którego w psiej układance nie było z początku miejsca. To miejsce trzeba było zrobić. Pracowaliśmy i walczyliśmy na wielu polach. Była kastracja obu panów (na razie chemiczna). Były spotkania z behawiorystami. Były długie, kilkugodzinne spacery, podczas których panowie mieli się zarówno zmęczyć, ale też zrozumieć tę jedną, podstawową zasadę. Że przewodzę ja. I co by się nie działo, i co by się w życiu nie zmieniało- przewodzę ja i za mną należy podążać. Ja ustalam zasady. Ja i Darek, rzecz jasna, ale od zawsze było wiadomo, że rolę złego policjanta w domu pełni Pani. Koper widział, że traktujemy Jacka zupełnie na równi i powoli, bardzo powoli zaczął się z nową sytuacją oswajać. Dziś mogą leżeć wspólnie na jednym posłaniu. Mogą położyć się ze mną na kanapie, gdy czytam. Mogę głaskać jednego, na oczach tego drugiego. Jeszcze rok temu było to nie do pomyślenia. I choć wciąż jeszcze zdarza im się mieć gorszy dzień i obchodzić się od rana szerokim łukiem, to widząc jak razem gziochają się na naszym łóżku (a gdzieżby indziej, przecież tam najlepiej), jestem o nich spokojna. Mogą zostać razem w domu na kilka długich godzin i nic się nie dzieje. Zostali już parę razy w psim hoteliku i nic się nie stało. Tym samym odzyskaliśmy nieco spokoju i swobody. Wygraliśmy tę małą walkę. Ale za rogiem już czekają następne.


Walka o spełnienie tego jednego marzenia, które- o, ironio!- najtrudniej spełnić. Wciąż nie słychać tupotu małych stópek w naszym-nie naszym, wynajmowanym domu. Walczymy. Bo warto.

Walka o siebie nawzajem, bo bycie razem to wieczna praca o utrzymanie się na powierzchni. O tyle trudna, że czasem trzeba utrzymywać na powierzchni nie tylko siebie ale też drugą osobę. Walczymy. Bo warto.

Walka o siebie. Bo, o czym przekonałam się dość mocno w ostatnim czasie, dokoła nas zwykle jest najwięcej tych ludzi, którzy mają nam do zaoferowania gotowy przepis na to, jak mamy żyć. Ze świeczką szukać należy tych, którzy powiedzą: "Rób to, co uważasz za słuszne." Walczę. Od niedawna. Bo warto.

Nieustannie walczymy. Wygrywamy, przegrywamy... Nie zawsze zresztą różnica między wygraną i przegraną jest taka oczywista. Czasem by wygrać, musimy najpierw przegrać. Niezależnie jednak od sytuacji, nie wolno nam tracić woli walki. Nasze serce musi wiedzieć, po co bije. Musi mieć wyraźny cel. Choćby nawet bardzo odległy punkcik na horyzoncie. I tak. Każdy z nas ma tatuaż. Wyraźnie wyryte słowa na sercu. Słowa zagrzewające do boju. 

wtorek, 16 października 2018

O najpiękniejszym "nie mogę" na świecie

Ci wariaci od psów - mówią już o nas w wiejskim sklepie, czyli w naszym lokalnym centrum kultury. A ja się śmieję w duszy, bo na wsi (a zresztą pewnie i w całej Polsce, tyle że w mieście ludzie w ogóle się nie znają i nie zwracają na siebie uwagi) już tak jest, że każdy jakąś tam łatkę ma. I przyznam się szczerze, że ze wszystkich łatek na świecie chyba już wolę właśnie tę.

Nasz obecny podopieczny- Funio

A zaczęło się tak banalnie. Dwa psiaki porzucone na naszym terenie nad rzeką. Jacek i Agatka, bo bezpodstawnie posądzaliśmy je o więzy rodzinne. Moja mama mówiła: " Zostaw je. Niech sobie pójdą do kogoś innego." Ale jedyne co potrafiłam odpowiedzieć, to "nie mogę". Potem nawet mama podrzucała małym psiakom jakieś pyszne dupki od kiełbasek, a ja jeździłam po wsi i rozklejałam plakaty. Czyje? Kto przygarnie? Kto da dom? Jeśli można, to i dom i serce.

Początki przechowalni. Teraz są już dwa porządne kojce

Dziś budujemy niemal od podstaw gminną przechowalnię i staramy się dać znalezionym na naszym terenie psiakom szansę na znalezienie domu zanim trafią do schroniska. Bo, spójrzmy prawdzie w oczy, poza kilkoma cudownymi przykładami schronisk w Polsce- większość to bilet w jedną stronę. Brakuje funduszy, brakuje wolontariuszy, brakuje dobrej organizacji a zamiast tego szerzy się kumoterstwo. Pies jest w tym wszystkim mało istotny. Staramy się to zmienić choćby na tę naszą, małą, lokalną skalę. Dzięki władzom naszej gminy jest to możliwe. Właśnie postawiliśmy dwa kojce. Teren na którym są położone jest ogrodzony i graniczy z lasem. Władze gminy partycypują w kosztach. Dostajemy karmę i fundusze na podstawową obsługę weterynaryjną. Resztę, póki co, dajemy radę udźwignąć sami. Jeśli trafia się psiak potrzebujący specjalnej diety, gotuję mu w domu. Suplementów diety- tak bardzo potrzebnych psiakom zabiedzonym, które w swoim życiu nigdy nie jadły mięsa a jedynie suchy chleb- szukamy po promocjach i kupujemy hurtowo, żeby wyszło taniej. Dla naszego ostatniego podopiecznego nadszarpnęłam oszczędności i kupiłam rękawicę do czesania. Bo bał się szczotki, a czesania potrzebował jak ryba wody. Jeździmy do przechowalni dwa razy dziennie i karmimy, spacerujemy, czeszemy, głaszczemy, rozmawiamy, poznajemy i uczymy. Czasami tak oczywistych spraw, jak to, że ręka nie bije.

Dlaczego? Bo nie możemy inaczej.

Kilka lat temu jechaliśmy pod wschodnią granicę. Na trasie nadarzyńskiej minęliśmy młodego psa. Praktycznie psie dziecko. Biegał wzdłuż drogi i dosłownie zaglądał do wnętrz samochodów. Minęliśmy go. Bo jechaliśmy załatwić ważną sprawę. Bo nie jechaliśmy sami. Bo w domu mieliśmy pole walki między Jackiem i Koprem- naszymi psiakami, których przyjaźń rodziła się w bólach. Bo to, bo siamto. Do dzisiaj pamiętam tego psiaki. Był duży, młody i tak bardzo zagubiony. Będę go pamiętać do końca życia. Wracaliśmy po kilku godzinach tą samą drogą i już go nie było. Chcę wierzyć, że ktoś jednak się zatrzymał. Że ktoś pomógł. Bo nie mógł inaczej. My wtedy, delikatnie mówiąc, daliśmy ciała. Dla nas poczucie winy, gdy się nie pomoże jest zbyt ciężkie do udźwignięcia. Wolimy pomagać. Choć przyznaję, lekko nie jest.

Po każdym psiaku, którego wyprawiamy do nowego domu, na jego miejsce znajdujemy dwa kolejne. Poza miastem psy są rzadko kiedy czipowane. Zdarza się, że budzimy się rano pełni energii do działania, by po całym dniu złapać takiego doła, że już nic tylko załamać ręce. Bo choćbyśmy nie wiem co robili, wszystkim psom nie pomożemy. Ale przychodzi kolejny dzień i pomagamy dalej. Bo nie możemy inaczej.

Nasz pierwszy podopieczny. Stefan znalazł dom u prawdziwych owczarkolubów. Kumpluje się dziś z kotem i mieszka w Warszawie.

W chwilach kryzysu kazałam obiecać Darkowi, że już żadnych psich bid nie będziemy brali pod swoją opiekę. Bo to nas stanowczo za mocno angażuje. Przecież jeszcze trzeba pracować, zarabiać, jeść. Żyć w miarę normalnie. Mamy przecież milion własnych problemów na głowie- jak każdy. I co? Mijając kolejną wystraszoną psicę, zatrzymujemy auto. Pakujemy do bagażnika, żeby dopiero w drodze zastanowić się, co dalej. Tak było ze szczeniakiem, którego znaleźliśmy w rowie. Biegał wzdłuż ruchliwej drogi, a za kości miednicy można było złapać palcami- taki był chudy.  Darek wpadł w chwilową panikę, bo w przechowalni miwjsca nie było a na naszym podwórku rządzi Koper i żadnych nieproszonych gości sobie nie życzy. Ale ja nawet się nie zastanawiałam. I pomogliśmy. Bo nie mogliśmy inaczej.

Dziś myślimy o założeniu stowarzyszenia lub fundacji. Bo to, co na razie robimy to tylko kropla w morzu potrzeb. A to jest ogromne morze. I zapytajcie mnie, zapytajcie Darka. Dlaczego to robimy? Bo po prostu nie mogę. Nie mogę inaczej. I to jest najpiękniejsze "nie mogę" na świecie.

Dopiero zaczynamy naszą przygodę z pomaganiem. Piszcie do nas z poradami, jak najlepiej ogarniać taką pomoc. Piszcie z wątpliwościami i z waszymi wnioskami na temat sytuacji bezdomnych zwierząt w Polsce. Jesteśmy bardzo ciekawi Waszych opinii.

środa, 10 października 2018

O zwiedzaniu innych plaż, wzdychaniu na pomoście i podróżowaniu na własnych zasadach

Mieliśmy z tatą naszą plażę. Brzmi dumnie. Nasza plaża była jedynie udeptanym przez krówki łagodnym zejściem do wody. I wcale nie naszym, bo nienależącym do nikogo. A jeśli już do kogoś, to do tych krówek i do gospodarza, co to je do wodopoju pędził z łąki. Jezioro też nie było przecież nasze. Ale jeździliśmy na nie co roku w wakacje, a mówiąc, że "jedziemy nad Lubie" mieliśmy trochę takie wrażenie, jakbyśmy jechali do siebie. Malutki domek z dykty stawał nam się na dwa miesiące całym światem. Naszym światem. Plaża zaś była takim naszym miejscem. Tam się uczyłam łowić ryby. Nie mogę tego pamiętać, bo pływam od zawsze, ale to pewnie właśnie tam popłynęła pierwsza Zuzia żabka. Czy może raczej jeszcze kijanka. Co roku przyjeżdżaliśmy nad Lubie. Co roku tato wypożyczał na miejscu łódkę. I co roku pływaliśmy niemal codziennie na sam koniec jeziora (a wierzcie mi- to wyjątkowo długie jezioro i tato się musiał nieźle nawiosłować) tylko po to, by odpocząć chwilę i posiedzieć na naszej plaży. Lata mijały. Zuzia żabka zaczęła rosnąć i szukać w swoim życiu nowych i niewydeptanych jeszcze ścieżek. Czy też nowych plaż- niewydeptanych przez krowy. Zaczęłam namawiać tatę, na wyprawy w inne miejsca. Ba! Żeby udowodnić tacie, że tam za cyplem na pewno jest jakieś urocze miejsce, sama chwytałam za wiosła i wiosłowałam, aż mi się pęcherze porobiły. Kochany, cierpliwy tato siedział cicho i odwiedzał ze mną wszystkie te cudowne miejsca ukryte w linii brzegowej jeziora. Odwiedzaliśmy zaciszną zatoczkę schowaną w trzcinach, gdzie można było dosłownie usłyszeć jak karp porusza dno pod wodą. Docieraliśmy do miejsca gniazdowania czapli siwych, gdzie krajobraz przypominał ten z księżyca, bo choć ptaki w locie wyglądają pięknie, to sieją wokół siebie spustoszenie na miarę małej bomby atomowej. Zaglądaliśmy do miejsca, gdzie do jeziora wpadał niewielki strumyczek a w tafli jeziora przeglądały się buki tak stare, że pamiętały czasy, gdy w powietrzu nie było jeszcze ani grama zanieczyszczeń przemysłowych. Ale choćbyśmy powiosłowali nie wiem jak daleko i zobaczyli po drodze istne cuda, zawsze- wcześniej czy później- wracaliśmy na naszą plażę. Tam, gdzie znaliśmy każde drzewo. Gdzie łabędzie miały nadane przez nas imiona. I gdzie zwieszając nogi z malutkiego pomostu można było sobie westchnąć tak, jak się wzdycha po powrocie do domu.


Dlaczego o tym piszę? I to tak znienacka, po ponad rocznej przerwie (ha! po zapowiedziach, że z blogiem koniec)...

Bo właśnie wróciłam na moją plażę. Na mój pomościk. I głęboko westchnęłam.

Po ponad roku kombinowania, szukania nowych dróg (plaż, jak kto woli) i wymyślaniu, co by tu jeszcze w tym życiu sobie wyczarować, wracam. Do tego, co zawsze było moje. Do miejsc, w których jestem u siebie. I właśnie to uczucie- uczucie bycia "na miejscu"- jest mi w tej chwili tak bardzo potrzebne.

Wracam do pisania bloga. Bo bez względu na to, jak bardzo zaprzątam sobie głowę innymi rzeczami, pisanie jest (zawsze było) moim domem. A pisanie, choć jest zajęciem samotnym, daje w przypadku bloga możliwość ekspresowej interakcji z kimś po drugiej stronie. Wierzcie, lub nie, ale ja przez cały rok myślałam o Was. O Waszych potyczkach z życiem, z których mi się zwierzacie. O Waszych cudownych sposobach na życie, które mi opisujecie. I o Waszym wsparciu, którego w różnych sytuacjach otrzymujemy (ja i Darek) tak wiele. Próby zakończenia Ja, ty i 2 psy i rozpoczęcia nowego bloga o odmiennej tematyce spełzły na niczym, bo inny blog był już nie mój. I nie Wasz. Choćby pomysł jego założenia opierał się na najciekawszych założeniach- wracam na moją malutką plażę.

Wracam do pisania w ogóle. Po kilku latach przekonywania siebie, że pomysły i projekty innych mogą być śmiało moimi pomysłami. Po walce o zachowanie siebie w świecie oczekiwań przyjaciół (tych prawdziwych i tych na niby). Wracam do mojego małego biureczka z IKEI wciśniętego w kącik w salonie. Mój kącik. Tam, gdzie świat dosłownie nie ma granic, bo wydarza się w mojej własnej głowie. W przygotowaniu powieść obyczajowa. Nie powiem, że kończę, bo z doświadczenia wiem, że kończenie zabiera najwięcej czasu. Ale już blisko. Trzymajcie mnie proszę za słowo. A gdy będzie już gotowa- trzymajcie kciuki. Bo przede mną ciężka droga i walka o zdobycie zainteresowania wydawcy.

Na koniec wracam do pewnych pierwotnych założeń. Bo pamiętam, że przeprowadziliśmy się z Darkiem na wieś, by żyć spokojniej. Ale zamiast trzymać się tego planu, pozwoliliśmy, by różne wydarzenia raz po raz wywracały nam świat do góry dnem. Jakiś czas temu i w jakiejś tam sytuacji przyjaciółka zauważyła ze śmiechem- Zuzia, ja nie wiedziałam, że ty potrafisz tak na kogoś krzyknąć! Sytuacja była bardziej śmieszna niż poważna. Na całe szczęście. Bo mogę teraz o niej wspomnieć bez wstydu i zażenowania. Ale ta intymna prawda jest taka, że w ostatnim roku nauczyłam się krzyczeć i przeklinać jak nikt inny. Czasami łapię się na tym, że sama już siebie nie poznaję. Złość i poirytowanie stały się zupełnie normalnym elementem mojego dnia. A niestety negatywne emocje mają to do siebie, że rozrastają się jak drożdże. I w krótkim czasie przenoszą się na wszystko wokół. I już nie ma znaczenia, kto zdenerwował, kto zrobił przykrość. Jesteśmy źli na wszystko wokół.

Opłynęliśmy z Darkiem jezioro. Zwiedziliśmy inne plaże. I doszliśmy wspólnie do wniosku, że wracamy do naszego miejsca. Dosłownie i w przenośni. Dość życia pomysłami innych ludzi. Dość czekania, aż ktoś pozwoli nam dojść do głosu. Mamy po trzydzieści parę lat. Zaczyna nam się robić bliżej do czterdziestu. Wiemy już, w czym jesteśmy dobrzy. Wiemy, co sprawia radość i daje poczucie dobrze wykonanej roboty. Wiemy też, z czym nam nie po drodze. I nauczyliśmy się jednej prostej zasady. Że nawet najskromniejsza i niedaleka podróż jest lepsza niż ta do odległych krajów, jeśli podróżujemy na własnych zasadach.

Kochani czytelnicy. Jeśli macie jeszcze do mnie cierpliwość- zostańcie z nami. W następnych postach postaram się pokrótce nadrobić zaległości. Troszkę się zadziało, bo choć merdających ogonów w naszym domu wciąż można się doliczyć trzech, to mamy pod opieką cztery psy. Jak to możliwe? Niedługo wyjaśnię. A teraz lecę nakarmić psiaki, zaparzyć kawę i siadam do pisania. Tylko sobie jeszcze przysiądę na chwilę i głęboko westchnę... :)

wtorek, 19 września 2017

Po prostu


Dalej walczymy. O spełnienie marzeń. I dalej staramy się nie poddawać. Choć są takie momenty, gdy wyjątkowo trudno o wiarę.

Gdy zgłaszasz się do szpitala na badania i widzisz te słowa na skierowaniu. Niepłodność pierwotna. Najbrzydsze słowa jakie znam. Czytasz te słowa i coś się w tobie kruszy i obsypuje po kawałeczku. Nogi uginają się pod ciężarem medycznych sformułowań. Sam świstek papieru jest od nich tak ciężki, że podajesz go lekarce drżącymi rękoma. Czujesz się jak ten przeterminowany jogurt w lodówce. Niezdatny do użytku.

Kolejne badania prowadzą do nikąd. Lekarze filozoficznie stwierdzają, że dalej wiadomo tyle, że nic nie wiadomo. Jednocześnie każde kolejne badanie jest coraz mniej przyjemne. Pojawiają się nawet takie całkiem bolesne. Przed sprawdzaniem drożności jajowodów lekarz pyta, czy jestem na to gotowa? Przez myśl mi przelatuje, żeby odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że ostatni mężczyzna, który zadał mi to pytanie został moim mężem. Gryzę się jednak w język, bo ani to miejsce, ani czas na żarty. Rozkraczona pozycja i obecność studentów też nie sprzyja wesołości. Kiwam więc tylko głową i cichutko powtarzam swoją mantrę. Chcę zostać mamą. Po prostu chcę zostać mamą.

Po prostu jest słowem kluczem. Sęk w tym, że różne rzeczy przestały się wydarzać po prostu. Ludzie przestali po prostu mieć dzieci. Przestali po prostu zakładać rodziny. Spędzają sporą część życia na planowaniu przyszłości, a przyszłość i tak wydarza się swoim tokiem.

I my planowaliśmy. Że najpierw się sobą nacieszymy, później przeprowadzimy na wieś, weźmiemy ślub i będziemy mieli dzieci. Gdzieś w międzyczasie miał być jeszcze zbudowany dom i rozwinięta kariera zawodowa. I wszystko szło mniej więcej zgodnie z planem. Mniej więcej, bo życie zawsze umie wtrącić swoje 5 groszy. Gdy zaczęliśmy się starać o dziecko (pragmatycznie zabraliśmy się do rzeczy przed ślubem) żartowaliśmy, że pewnie pójdzie szybko, że będą od razu trojaczki... Dzieci naszych znajomych rodziły się i dorastały, a my żartowaliśmy jakby coraz mniej. Z roku na rok traciliśmy nadzieję.
Nie udało nam się po prostu zajść w ciążę. W chwili kompletnej słabości powiedziałam Darkowi, że jeśli los bywa przekorny, to pewnie nie będzie nam dane mieć dzieci. Bo nie potrafię sobie wyobrazić większej złośliwości niż odebranie komuś tego, o czym ten marzy najbardziej. A przecież właśnie tak bywa w życiu, że gdy już przez moment wszystko się układa, to coś się poprostu musi... Jakieś rzeczy wydarzają się po prostu. Te smutne.

Niepłodność pierwotna. Rozglądam się po dziewczynach na łóżkach obok. Słucham ich historii. Niektóre mają już dzieci, wnuki. Niektóre same jeszcze są dziećmi. Wszystkie mają swoje rzeczy, które po prostu się im przydarzyły lub takie, które po prostu wydarzyć się nie chcą. Nie mam co narzekać- myślę. Słuchając niektórych historii mam nawet wyrzuty sumienia, że tu jestem i zajmuję łóżko. Inne dziewczyny mają ogromne problemy, bóle i zmartwienia. Ja przyszłam tylko na badania. Wciąż mam jeszcze nadzieję. Wciąż mam o co walczyć.

Wierzę, że się uda. Wierzę, że wkońcu któreś badanie wskaże przyczynę naszych kłopotów i pozwoli sobie z nią poradzić. Kiedyś spojrzę na moje maleństwo i wyszepczę mu do uszka: "Tak długo na Ciebie czekałam".

sobota, 16 września 2017

Małe, wielkie zmiany

- I jak? Coś się zmieniło?

Koleżanka wpatrywała się we mnie wyczekująco. I choć podobne pytanie słyszałam już parokrotnie, wciąż miałam małe wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że moja odpowiedź będzie rozczarowująco nudna.

Od naszego ślubu minął dokładnie miesiąc. W tym zdaniu kryje się też małe wytłumaczenie ciszy na blogu. Małe, bo na głowie mieliśmy ciut więcej, niż tylko wianek panny młodej. Ale to już temat na inną opowieść. Taką przy kieliszku wina. A nawet dwóch.

15 sierpnia 2017 roku powiedzieliśmy sobie tak. I co? I nic. Zupełnie nic to nie zmieniło. Jesteśmy ze sobą już tak długo, że zdarza nam się roześmiać ze słów, których to drugie jeszcze nawet nie wypowie. Wystarczy spojrzenie i już wiemy, co temu drugiemu po głowie chodzi. Przeszliśmy kilka burz i huraganów. Zmokliśmy nie raz. Dziś wiemy, że w życiu zdarzają się ulewne deszcze ale ramiona tej drugiej osoby są w takich chwilach bezpiecznym portem. Żeglujemy przez każdy dzień na zmianę stawiając żagle i łapiąc wiatr, to znów zwijając je i chroniąc się przed niebezpieczeństwem. I od tych paru ładnych lat robimy to razem. Dziś nie potrafiłabym już żyć sama. Nie, nie sama. Sama dałabym sobie świetnie radę. Ale nie chcę już być bez niego. Lubię zasypiać wsłuchana w jego oddech i budzić się w jego ramionach. Lubię rozmawiać przy śniadaniu o naszych wielkich wspólnych planach i o rzeczach małych, codziennych. Lubię śmiać się ze wspólnych wygłupów i czuć ten błogosławiony spokój, jaki daje świadomość, że przy tej drugiej osobie możemy być całkowicie sobą. Nawet jeśli to oznacza, że czasami coś się w nas popsuje, coś będzie nie takie, jakie byśmy chcieli. I tak! Lubię też te trudne chwile. Mam nadzieję, że to nie czyni ze mnie masochistki. Lubię, kiedy się nie zgadzamy i sprzeczamy nawet o największe głupoty. Lubię, gdy przyparci do muru musimy czasem postawić się światu i tupnąć nogą. Lubię, gdy w zmęczeniu któreś coś chlapnie niepotrzebnie i boleśnie zrani. Lubię każde wyzwanie rzucane nam przez los. Bo to jak nauka tańca. Na początku nogi ci się plączą i depczesz partnerowi po palcach. Ale z czasem zaczynasz czuć rytm i zapominasz o wstydzie. Stawiasz odważniej kroki, a w twoje biodra wkrada się zmysłowa miękkość, o którą się nie podejrzewałeś. Tańczysz. Tańczysz z życiem. Przewidujesz każdy kolejny krok i dopasowujesz się do jego ruchów. Jesteś elastyczny. Wiesz na ile cię stać i nie boisz się kolejnych wyzwań. Takie jest życie. I taka jest miłość. To taniec w którym uczysz się nie wstydzić siebie. Poznajesz drugą osobę. Dopasowujesz swoje ruchy do jej ruchów, a czasem sam narzucasz rytm. I jeśli już raz stworzycie harmonię... Cóż. Nie pokona was żadna burza. Trudności staną się jedynie kolejną okazją, by podnieść wysoko głowę (nie mylić z zadzieraniem nosa) i powiedzieć: "A my ci życie pokażemy! Razem damy radę!"

Tak więc, czy coś się w naszym życiu zmieniło? Zupełnie nic. Mamy teraz oboje złoty krążek na palcu, kilka cudnych wspomnień i piękny album ze zdjęciami. Poza tym wszystko pozostaje bez zmian. Mamy siebie. Mamy siebie od początku. Każde trzyma to drugie i nie pozwala upaść. A jeśli już, to upadamy razem. I wstajemy razem.

Zresztą, kto ma w domu psa, ten wie, że nie ma mowy o jakimkolwiek załamywaniu się czy poddawaniu się trudnościom losu. Rano trzeba wstać i wyjść na spacer. I kropka.

fot. Monika Bojanowska MBM ART

wtorek, 28 marca 2017

Bo tak właśnie działa drużyna

Chłopaki pobiegali o świcie po polu i teraz śpią smacznie na łóżku w naszych nogach. We śnie dalej gonią te wszystkie ptaszki i zające. Buba nie śpi. Udaje. Rozłożona obok łóżka (kochana Buba jako jedyna nie kwestionuje zasady "na łóżko nie wolno") czuwa. Gdy tylko Darek uchyli jedną powiekę, odtańczy przed nim radosny taniec rozmerdanego ogona strącając przy tym wszystko z naszych nocnych szafek. A zaraz potem odstawi przedstawienie pod tytułem "Biedny, głodny piesek". To jej popisowy numer. Rola godna Oscara. To nic, że śniadanie było obfite. Darek i tak się nabierze i pomaszeruje dać pieskom żwaczyka. Teraz odsypia zarwaną noc. Siedział nad projektem niemal do świtu. Ostatnie poprawki przed rozpoczęciem prac budowlanych. Taki zawód.


Mam chwilę spokoju. Tę cenną, drobną chwilę spokoju, by uporządkować myśli. Czasami czuję się w takich momentach, jak strateg wojenny. Rozkładam mapy i palcem wyznaczam trasę przemarszu wojsk. Bo każdy dzień to taka nasza mała batalia ze światem. Codzienna walka o normalność. O zachowanie spokoju w chwilach, gdy wszystko wywraca się do góry dnem. I o dostrzeganie tych mikrych i kruchych chwil, gdy dosłownie na sekundę wszystko jakoś cudownie zaczyna do siebie pasować. Układa się. Na czele tej walki stoję ja. Dumnie jak generał rozglądam się dokoła i staram się przewidzieć każde, nawet najdrobniejsze zagrożenie. Oczywiście wszystkiego przewidzieć się nie da i wtedy... No, cóż. Dochodzi do starcia z życiem. Tak właśnie było na początku roku. Ale o tym zaraz.

Codziennie tyle rzeczy trzeba upchnąć w jednym dniu, że miałoby się ochotę rozwałkować zegar i rozciągnąć godziny. Myślę, jak to będzie, gdy pojawią się kiedyś dzieci. Cóż. Będzie trzeba jeszcze mocniej rozwałkować. Tymczasem na głowy pospadało nam ostatnio dużo. I nie ma wyjścia. Jakoś to wszystko trzeba ogarnąć. A w międzyczasie jeszcze radzić sobie z codziennością. Zaraz cały dom się obudzi. Chłopaki znowu pokłócą się o to, kto ma prawo wskoczyć na kanapę pierwszy i będzie trzeba porozstawiać po kątach. Bubę przeprowadzić po schodach na dół, bo schody to samo zło i trzeba się ich bać. Darek rozpocznie swoją codzienną wyprawę badawczą w poszukiwaniu pasujących do siebie części garderoby i będzie:

- Słońce, a widziałaś gdzieś moją niebieską koszulkę?
- Tak.
- Ale gdzieś na terenie domu?
- Nie. Mijałam ją, jak wracałam ze sklepu. Była bardzo rozżalona, że nie pozwoliłeś jej nocować w szafie i postanowiła się wyprowadzić, żeby dać ci czas na przemyślenia.

A później zaraz rozpocznie się poszukiwanie karty od samochodu trwające całą wieczność, bo ktoś wymyślił, że kluczyki do auta są passe i teraz mamy samochód na kartę. Kluczyków nie gubiliśmy nigdy, bo ciężkie i brzęczą. W dodatku przypięte do ogromnego breloka są właściwie nie do zgubienia. Kartę gubimy notorycznie. Zwykle w którejś kieszeni. Ludzkość zatacza koło i zaczyna sobie deptać po piętach. Zaczynamy poprawiać rozwiązania, które są z gruntu dobre. Z różnym skutkiem. Ot, takie klucze. Co komu przeszkadzały kluczyki do auta? Wygodne to i praktyczne. Można sobie powróżyć na Andrzejki. A karta? Kartą to się można co najwyżej podrapać po...

I dalej to już dzień jak co dzień. Różne sprawy do załatwienia, telefony, spotkanie z klientami, zamówić kajaki, bo rozwijamy dalej temat naszej plaży nad rzeką. Pomiędzy- zakupy, obiady, psia micha i może jakiś spacer. Albo prace w ogrodzie, jeśli ładny dzień. Ostatnio przy wykopywaniu ziemi na nową rabatkę Koper mało nie zagryzł mi łopaty. Tak się chłopak sfrustrował, że aż zaczął żałośnie śpiewać. Robi tak, gdy już nie wie, jak inaczej zwrócić na siebie uwagę. Rabatka powstała pod orzechem. Jak się okazało- to był jego orzech. Razem z ziemią wykopałam cztery prasowane kości. Koper nie odzywał się do mnie przez resztę dnia, a nowo powstałą rabatkę z Bogu ducha winnymi szafirkami ostentacyjnie obszczał.


Nasz dzień kończy się zawsze tak samo. Najpierw wieczorną głupawką chłopaków (jest bieg przez przeszkody po kanapach i bitwa na poduszki) a na koniec trzeba jeszcze pieseły odprowadzić na posłanka na górze. Chłopaki odprowadzają się sami, w dodatku na wyścigi. Schody mamy karkołomne w naszym wynajmowanym domku, ale to im nie przeszkadza. Kto pierwszy, ten lepszy i lepiej, żeby im nikt akurat nie stał na drodze. Bubcię trzeba po schodach prowadzić i motywować. Najtrudniej jej ruszyć. Jak już pokona pierwszy schodek to nabiera takiej prędkości, że wpada na chłopaków na górze jak w kręgle. Śpią jak aniołki. Każde na swoim posłanku. Koper na swoim posłanku tylko dupskiem. Reszta spoczywa na ziemi. Tak lubi najbardziej. Jacusiowi trzeba robić z kocyka grajdołek bo do spania wybiera zawsze największe posłanie, w którym później czuje się zagubiony. A Bubie podkładamy pod pysio podusię.

I tak dzień za dniem. Bierzemy się z życiem za bary i czasami nawet udaje nam się zamienić te zapasy w niezłą zabawę z gilgotaniem i salwami śmiechu w tle. Ale jak to zwykle w życiu bywa, kiedyś wszystko się musi...

Nieszczęścia chodzą parami. Tak mówią. A ja wiem już jedno. Nigdy więcej w trudnej chwili nie powiem, że gorzej już być nie może. Bo zawsze może. W naszym przypadku nieszczęścia nie chodzą parami. W naszym przypadku nieszczęścia łączą się w ogromne tabory i przejeżdżają po nas z szybkością Pendolino.

Nie wiem, co rozpoczęło naszą serię niefortunnych zdarzeń. W nowy rok wkraczaliśmy z całą masą pozytywnej energii. Bo 2017 miał być dla nas pełen cudownych zwrotów akcji. Obrączki wybrane, w głowie i kalendarzu ułożony plan działania w kwestii... Hmm... W kwestii tych dzieci, których jeszcze nie mamy, a bardzo byśmy chcieli mieć. Nowe plany i pomysły na resztę życia zaczęły w nas kiełkować na długo przed nadejściem wiosny. A od pojawienia się w naszym życiu Jacusia czuliśmy, że cała nasza banda zrobiła się bardziej... Kompletna. Jacenty wniósł do naszego życia nową jakość. Nie. Nie nową. Starą i dobrze nam znaną. Jacuś, tak jak kiedyś Majusia, ma w sobie tyle ciepła, radości i wdzięczności za każdy dzień, że działa na nas jak balsam łagodzący wszystkie rozdrażnienia i zaczerwienienia.


I nagle coś zaczęło zgrzytać. Jakby nasze życie przez przypadek przeskoczyło nie na te tory, co trzeba. Dalej jechaliśmy do przodu, ale krajobraz za oknem zaczął się drastycznie zmieniać. A my? Nie mieliśmy nad tym żadnej kontroli.

Gdy chłopcy pierwszy raz się ze sobą spięli, wpadliśmy w popłoch. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że łączy ich przyjaźń. Od czasu do czasu pojawiał się jednak temat sporny, a wtedy żaden nie był skłonny, by odpuścić. Jacek był na przegranej pozycji. Mniejszy, delikatniejszy. Gdy po którejś awanturze przyszedł do mnie kulejąc, powiedziałam dość. I postawiłam chłopakom ultimatum. Albo się dogadacie, albo obojgu szukamy nowych domów.

Będę do końca świata żałować, że choćby przeszło mi to przez myśl. Prawda jest jednak taka, że gdyby się nie dogadali... Nie mogłam dopuścić, by Jackowi, któremu zaoferowaliśmy u nas bezpieczne schronienie, stała się krzywda.

Były spotkania z behawiorystą, była totalna zmiana w traktowaniu chłopaków. Zaczęliśmy dostrzegać ich różnice. Jacek jest typem kanapowca. Uwielbia zabawę i długie spacery, ale równie mu dobrze, gdy może cały dzień przespać. Koper... Koper jest wyzwaniem. Potrzebuje ruchu, ale nie tylko. Szybko się nudzi i instynktownie szuka nowych wrażeń. Wzięliśmy się więc za chłopaków na całego. Spacery w nowe miejsca. Indywidualne wyjścia tylko z Koperkiem i zabawa w szukanie, którą uwielbia. Musieliśmy mieć przy tym oczy dookoła głowy i zauważać każdy moment, gdy chłopcy zaczynali się najeżać, ale to zaczęło przynosić rezultaty. Do naszego domu zaczął wracać spokój.

I wtedy telefon. Mój dziadzio, najukochańszy dziadzio jest w szpitalu w Bydgoszczy. Niby tylko badania, ale tydzień w szpitalnym łóżku trudno nazwać wakacjami. Chłopaki wciąż wymagali naszej czujności, ale uznaliśmy, że Darek sobie poradzi. Może nawet taki moment beze mnie dobrze im zrobi. Trochę luzu. Miałam jechać autobusem, ale w ostatniej chwili Darek stwierdził, że mnie zawiezie. Zabrał się z nami również jego brat. Uwielbiam jeździć samochodem, a taka przejażdżka to świetny moment, by pogadać i się pośmiać.

Nie ujechaliśmy pół drogi- telefon. Zadzwoniła mama chłopaków. Źle się poczuła. Kilka pytań i już wiedzieliśmy, że sprawa jest poważna. Błyskawiczny telefon po pogotowie i po sąsiadów. Z trasy pojechaliśmy prosto do szpitala.

W szpitalu... Ech... Brutalne zderzenie z rzeczywistością. Mama nieprzytomna. Badania porobione, wyniki są ale trzeba czekać na lekarza, żeby te wyniki odczytał. Czekaliśmy kilka godzin. Czekaliśmy my, czekała mama. Później wszystko zamieniło się w lawinę zdarzeń. Rozległy wylew, transport do Warszawy, operacja.

Przez dwa tygodnie dzieliliśmy życie między szpital i dom. I graliśmy w totka. Bo jak inaczej nazwać codzienne trzymanie kciuków i skreślanie kolejnych zmartwień? Na początku powtarzaliśmy sobie: "Jest dobrze, ale nie cieszmy się, bo wszystko się jeszcze może zdarzyć".

A jednak wygraliśmy los na loterii. Mama z dnia na dzień czuła się lepiej. Kto nie wiedział, że miała wylew, w życiu by się nie domyślił.

I gdy już zaczęło z nas schodzić napięcie i zmartwienie... Chłopcy spięli się kolejny raz. Tym razem skończyło się u Jacka szwami.

Nie potrafię... Nie znam takich słów, żeby opisać, co wtedy czułam. Nasz świat powoli walił się i palił. Udawało nam się ugasić jeden pożar, a ogień zaraz wybuchał w innym miejscu. To wtedy wypowiedzieliśmy te słynne słowa. Gorzej już być nie może. Myliliśmy się.

Schodząc któregoś dnia do piwnicy, Darek pośliznął się i upadł na rękę. Może zawiniło słabe oświetlenie, może zmęczenie ostatnimi wydarzeniami. Efekt? Złamanie z przemieszczeniem. Niewiele pamiętam z tych kilku dni. Wiem tylko, że ze zmęczenia chodziłam na rzęsach. Zawiozłam Darka na SOR. Z poczekalni obdzwaniałam znajomych i szukałam kogoś, kto by nam pomógł pogodzić Jaculę i Kopra. W szpitalu Darkowi zrobili prześwietlenie, ale chirurg stwierdził, że "niczego nie widzi". Doradził altacet. Ze złamaną ręką nadal jeździliśmy odwiedzać mamę w szpitalu. Chłopców zostawialiśmy pod naszą nieobecność w osobnych pokojach. Na próżno. Koper nauczył się otwierać klamkę, a Jacuś wyciągał spod drzwi gumową blokadę. Wracaliśmy do domu i zastawaliśmy ich śpiących na jednym posłaniu jakby nigdy nic.

Wiedziałam, że czeka nas poważna rozmowa na temat przyszłości Jacka i Kopra. Wiedziałam też, że liczba opcji drastycznie nam się zmniejsza. Ale Darek nie pozwolił mi nawet wypowiedzieć na głos tego, czego oboje się obawialiśmy. Ze złamaną ręką zabierał ich na spacery, żebym trochę odpoczęła.

Ostatnia próba. Spotkanie z behawiorystą. Tym razem okazało się, że wszystko, co do tej pory wiedzieliśmy o wychowywaniu psów to bzdura. Najlepsze podejście? Zdrowy rozsądek, konsekwencja i spokój. Z marszu polubiłam nowe metody, ale miałam mnóstwo obaw. Wiedziałam, jak bardzo chłopcy potrafią się zatracić w awanturze i wpadałam w panikę na samą myśl, że to się znowu zdarzy. Bezsilności, jaką się wtedy czuje, nie da się z niczym porównać.

Ale mama Darka czuła się zupełnie dobrze. Lada dzień miała wyjść ze szpitala. Ręka, nastawiona przez lokalnego znachora, zrastała się i bolała coraz mniej. Czyżby? Wszystko znowu zaczynało się układać?

Doszliśmy do wniosku, że napięcie między chłopakami nie jest niczym innym, jak tylko lustrzanym odbiciem naszych nerwów. Od kilku tygodni w naszym domu atmosfera była tak napięta, że dałoby się ją pokroić nożem. Całe szczęście już teraz będzie lepiej- mówiliśmy. - Teraz wszystko się już uspokoi.

Na dwa dni przed powrotem mamy Darka do domu, telefon. Ostatnimi czasy wykształciła się we mnie autentyczna awersja do dźwięku dzwonka. W słuchawce zmęczony i zmartwiony głos babci. Z dziadkiem źle. Nie wstaje już z łóżka.

Spakowałam się w jeden plecak i następnym pociągiem ruszyłam do Koszalina. Darek został z psami i złamaną ręką żeby doglądać mamy. Całą podróż wpatrywałam się w tę samą stronę książki i zastanawiałam się, czy jadę do dziadzia, żeby mu dodać otuchy, czy żeby się pożegnać. W pewnym momencie łzy jak grochy dosłownie wylały się z moich oczu. Widocznie już się tam nie mieściły. Wytarłam je szybko ręką, zamknęłam książkę i resztę drogi udawałam, że śpię. Młoda dziewczyna obok mnie przez całą drogę trajkotała z koleżanką o planowanym ślubie. Jak cudownie byłoby być na jej miejscu- myślałam - i martwić się jedynie o to, czy koronkowy tren nie zaplącze się w obcasy w tańcu.

Dojechałam do dziadków późnym wieczorem. Zdążyłam tylko życzyć dziadziowi dobrej nocy i porozmawiać chwilę z babcią. Następnego dnia wstałam o szóstej i... Zamieniłam się w automat. To chyba najlepsze określenie. Biegałam po zakupy, załatwiałam różne sprawunki, nagotowałam obiadu na kilka dni, i pomogłam babci posprzątać, bo ze wszystkim, co do tej pory dzieliło się na dwie osoby została nagle sama. A dziadzio? A dziadzio jak się okazało był po prostu bardzo zmęczony. Ze zwykłych badań w szpitalu wrócił obolały, przemęczony i z ogromną odleżyną na nodze. Bo tak to już jest w naszym kraju, że szpitale są różne. W jednych się leczy, a w innych wpędza w choroby.

Pojechałam do dziadków na dwa dni, zostałam na tydzień. Wyjechałam dopiero, gdy widziałam, że babcia da już sobie radę. Dziadzio obiecał, że jak następnym razem się zobaczymy, to zabierze mnie na spacer. Zamierzam trzymać go za słowo. Z przyjemnością.

Teraz wszystko już wraca powoli do normy. Powoli, bo ostatnie wydarzenia spowodowały takie spiętrzenie różnych spraw do załatwienia, że Darek siedzi po nocach by nadgonić z pracą, a ja dopiero dziś znalazłam chwilę, by usiąść i coś napisać. Hmm... Dłuższą chwilę, sądząc po długości tekstu. Nasze dni wróciły do normy. Do tej zwariowanej i zabieganej, psio-domowej normy, której nam ostatnio tak bardzo brakowało.

Chłopaki zdążyli się już przebudzić i właśnie bawią się na łóżku w zabawę "kto komu zajrzy głębiej do paszczy". Jacuś ma przewagę, bo siedzi na Koperku. Z góry łatwiej jest wylizać przeciwnikowi podniebienie. Darek nadal śpi, co doprowadza Bubę do granic wytrzymałości. Nadal udaje, że też śpi, ale ogonek już majta co chwilę, jakby na próbę przed głównym występem. Zaraz cały dom się obudzi i zapanuje chaos. Radosny, kochany chaos codziennego życia.


I choć już wiem, że nieszczęścia chodzą parami a czasami nawet spadają nam na głowę całą lawiną... Wiem też, że razem damy radę. I nawet jeśli jedno z nas na moment się przestraszy i postanowi zrezygnować, to drugie mu na to nie pozwoli. Bo tak właśnie działa drużyna. A nasza jest wyjątkowa. Psio-ludzka.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Owoc przyszłości

Darek bierze do ręki mandarynkę, wpatruje się w nią i zamiera w bezruchu. Robi przy tym minę a la Albert Einstein czekający na spadające mu na łeb jabłko. W końcu nie wytrzymuję i pytam:

- Co ty się tak w tę mandarynkę wpatrujesz? To zaczarowana kula, czy co?
- Tak jakby- odpowiada zamyślonym głosem.
- Da się z niej wyczytać przyszłość?
- Da się. Widzę na przykład, że zima się zbliża. Bo najlepsze mandarynki są zimą.
- To jak już widzisz w niej przyszłość, to przynajmniej mi powiedz, kiedy za mąż wyjdę.
- Aż tak daleko mój wzrok nie sięga.
- ????!!!!
- Bo mandarynka taka malutka. Musiałbym spróbować co najmniej z arbuzem.
- A skąd ja ci arbuza wezmę w listopadzie?
- No, sama widzisz. Sytuacja patowa.

źr. /pinterest/