czwartek, 8 września 2016

Wszystko jest na mojej głowie, czyli gdzie byliśmy, kiedy nas nie było

Dawno nie napisałaś nic na blogu – powiedział któregoś ranka Darek. – Jesteś pewna, że to nie koniec twojej blogerskiej przygody? Właśnie ogarnialiśmy śniadanie naszych psowatych, co wymaga współpracy i koncentracji. Najpierw przygotowujemy cztery michy jedzenia, później ja stawiam dwie większe na podłodze i pilnuję, żeby Buba i Koperek zajęli się pałaszowaniem swojego posiłku, podczas gdy Darek wymyka się cichcem z domu i zanosi dwie mniejsze miski do ogrodu. Musi przy tym pokonać stare, skrzypiące drzwi, strome schodki i obrośniętą winem furtkę do ogrodu. I dopilnować, by nasze futrzaki nie pokonały tej samej drogi w ślad za nim. Gdyby wybiegły na ogród, mogłoby dojść do starcia wojsk polsko-niemieckich. Hmm... Niezbyt to poprawne politycznie określenie, ale właśnie tak by to wyglądało. Dlaczego? O tym zaraz.


Śniadanko
Koniec? Ja? Że niby ja miałabym przestać pisać bloga? We łbie nie potrafiło mi się zmieścić to, co zasugerował Darek. Przecież blog to właściwie moje drugie ja. Moje życie. Moja pasja. Zaraz też wpadłam w doskonale mu znaną formę mnie. Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie. Tak będę o sobie mówiła na potrzeby tego wpisu. Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie to postać komiczna. 

Po pierwsze primo, zawsze wynajduje sobie milion zajęć, z czego przeważająca większość nie ma szczególnego znaczenia i jest wymyślana tylko i wyłącznie na potrzeby stworzenia zasłony dymnej, która ma ukryć fakt, że z różnych powodów boi się zmierzyć z tym, co jest faktycznie istotne. Wiecie, jak z tym pracowaniem. Muszę pracować. Nie chce mi się. No, to najpierw sprawdzę sobie maile, poukładam na biurku, przejrzę doniesienia ze świata mody. I pod koniec dnia wpadnę w panikę, że znowu nie popracowałam. No, właśnie.

Po drugie primo, Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie podchodzi do wszystkich swoich zajęć absolutnie i śmiertelnie poważnie. Nie ma więc znaczenia, czy chodzi o rozwieszenie prania, wypielenie ogródka, czy rozkręcenie intratnego biznesu. Wszystko musi być wykonane perfekcyjnie. 

Po trzecie primo... Co tu dużo gadać? W życiu każdego człowieka przychodzi czasem taki moment, że zaczyna się wydarzać tyle, że właściwie nie pozostaje nam nic innego, jak tylko usiąść wygodnie w fotelu, rozłożyć ręce i przeczekać. Problem polega na tym, że Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie w ogóle nie bierze takiej opcji pod uwagę. Wszystko trzeba jakoś ogarnąć i wszystkim trzeba się zająć. Oczywiście w pojedynkę, bo przecież tylko ja wiem, jak odpowiednio segregować faktury, układać to cholerne pranie i pielić bratki (trzeba urywać uschnięte kwiatki zanim zawiążą główki z nasionkami- wtedy obficiej kwitną). Finał jest taki, że nie pamiętam już kiedy ostatnio usiadłam w fotelu. Z doniesień znajomych wiem, że mam w kuchni bardzo wygodny fotel.

Dosyć tego – pomyślałam. Dosyć przejmowania się wszystkim i całodobowo. Psy nakarmione, wojny udało się znowu uniknąć, alleluja! Wzięłam zakurzony laptop, podeszłam do fotela w kuchni i nieśmiało, przepraszająco wręcz, zasiadłam. Najpierw prosto, jak rodzice przy stole uczyli, by już po chwili rozsiąść się wygodnie z odnóżami przewieszonymi przez oparcie. Cholera! – pomyślałam. – Naprawdę wygodny ten fotel. Własność właścicieli domu, który wynajmujemy. Jeden z tych mebli, co do których się uparłam, że nie wynosimy do piwnicy. Fotel zostaje i basta! No, właśnie. Bo wynajmujemy dom we wsi. Ale o tym też zaraz.


Podobno wygodny fotel ;)
Otwieram stronę swojego bloga, żeby zobaczyć, o czym to ja tam ostatnio... Jezu Smaryjo! (tak wołałam w dzieciństwie i akurat przyszło mi to określenie do głowy). Ostatni wpis na początku kwietnia. Jeszcze tylko szybki look na datę, czy oby na pewno chodzi o kwiecień tego roku... Uff!
Siedzę i wgapiam się w monitor. Co ja mam teraz zrobić? Wysłać wszystkim czytelnikom prywatną wiadomość z przeprosinami? Będzie trudno. Napisać oficjalną wiadomość na facebooku, że miałam ciężki wypadek i wylądowałam na kilka miesięcy w szpitalu? Na co się trafia na kilka miesięcy do szpitala? W między czasie namiętnie publikowałam zdjęcia swoich psich dzieci, więc nic z tego. No, dobra. To nie pozostaje mi nic innego, jak tylko... Nadrobić ten stracony czas. 

Biorę kartkę i długopis (tradycyjne metody górą!) i próbuję spisać, co to też się przez te kilka miesięcy działo u Ja, ty i 2 psy. Lista niezbyt okazała ale ma wiele podpunktów zapełnionych tymi nieistotnymi sprawami, co to wszystkie są na mojej głowie. 

W zeszłym roku była przeprowadzka na wieś do cudnego, starego dworku. O tym gdzieś tam, kiedyś pisałam. Ale nic nie trwa wiecznie, a zwłaszcza te rzeczy, które miały być z założenia tymczasowe. Zamieszkaliśmy z moją mamą żeby, będąc już na wsi, poszukać czegoś własnego. Wytrzymaliśmy rok. Kolejna przeprowadzka. Dom wynajęty od znajomych w samym centrum wsi (określenie trochę na wyrost). Od frontu widok na kościół (i coniedzielne kazania docierające do nas z kościelnych głośników), po prawo cmentarz (codziennie przypominający nam o nieuchronności tego, co nas czeka), po lewo tablica ogłaszająca koniec wsi (mówiłam, że centrum to określenie na wyrost), a z tyłu pole i pasące się krówki (i aromat „wiejska bryza” wpadający przez otwarte okna). Ale ja- jak nakręcony króliczek Duracella. Trzy miesiące remontowałam, odgruzowywałam i sprzątałam stary dom, w którym przez kilkanaście lat mieszkały tylko pająki i mała myszka znaleziona w piwnicy. Panie świeć nad jej duszą. Na cmentarz nie miała daleko. Kuchnię odmalowaliśmy na kolor świnkopeppowy (kto ma dzieci, ten wie o co chodzi) i wierzcie lub nie- to był Darka pomysł. Siedzę sobie teraz w tej różowiuchnej kuchni pachnącej już moim gotowaniem i czuję się królową wszechświata. Bo podobno, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wzmocniło nas takie ciągłe przeprowadzanie się. Jesteśmy teraz o milion razy bardziej elastyczni niż kiedyś. Potrafimy się obejść z minimalną ilością rzeczy, bo mnóstwo bambotli pogubiło się gdzieś między miejscem zamieszkania numer 1, 2 i 3. Udało nam się też coś nadzwyczajnego. Ze starego budynku a la betonowa kostka zrobiliśmy miejsce pachnące i smakujące domem. I to przy minimalnym nakładzie. Finansowym, bo pracy było w pytę. Jest coś szczególnego w takim wiciu gniazdka. Jakiś rodzaj podekscytowania i przygody. Bo urządzasz to swoje nowe miejsce i myślisz sobie: „O! Tu będę siedzieć pod kocykiem i czytać. A tu będę gotować z widokiem na pasące się krówki.” Zupełnie jakby się tworzyło swoje życie na nowo.


W poszukiwaniu nowych ścieżek

Gdy tak sobie urządzaliśmy gniazdko, w między czasie działo się wiele spraw księgowo-urzędowo-firmowych. W szczegóły nie będę wchodzić, bo to ani miejsce ani czas. Dla potrzeb wytłumaczenia mojej nieobecności na blogu powiem tylko, że nawet w najgorszych koszmarach nie spodziewaliśmy się, że zrobienie zwykłego baru nad rzeką będzie wymagało tyle cierpliwości i czasu. O planowanym przez nas hotelu nie wspomnę. Niech żyją urzędy i prawa, które są jak wiersze. Interpretacja zależy od interpretującego.


Zawsze uśmiechnięta Agatka
Zrozumieliśmy też, co mieli na myśli nasi znajomi, gdy- dowiedziawszy się rok temu, że przeprowadziliśmy się na wieś- powiedzieli: „Teraz to się już od psów nie opędzicie.” Wygląda na to, że ludzie mieszkający na wsi i posiadający odcisk psiej łapy na sercu są traktowani jako swego rodzaju mini schroniska. Takie okna życia dla psów. Niechcianych, chorych i takich, które po prostu się znudziły. Znaleźliśmy już 4 psiaki. Dwóm nadal szukamy domu. Temat rzeka i  to niestety zanieczyszczona, bo wygląda na to, że jak pies się błąka po lesie, to jest biedny i trzeba mu pomóc, ale jak już go ktoś przygarnie i chce mu znaleźć dom, to już taki biedny nie jest. Fundacje co najwyżej poklepią po ramieniu i powiedzą, że się dobrze zrobiło, ale to na tyle. Mają dosyć swoich podopiecznych, a przecież psiakom nie grozi już żadne niebezpieczeństwo. Co można w tej sytuacji zrobić? Można zadzwonić do gminy, bo ma przecież obowiązek zająć się psami bezdomnymi. I tu jest problem, bo jeśli pies jest już przygarnięty, to nie jest bezdomny. Można go było zostawić w lesie i wtedy zgłosić gminie. Ale do tego trzeba by mieć serce z kamienia. A my go niestety nie mamy. Zresztą telefon do gminy równa się odwózka do schroniska. Nie, dziękuję. Podwieźć do schronu możemy i sami, ale to żadna opcja. Powtórzę za Darkiem. Żaden pies nie zasługuje na schronisko. Ale niektóry człowiek, owszem. Na przykład ten, który wyrzucił nam te dwie bidy do lasu nad rzeką. Prawdopodobnie rodzeństwo, prawdopodobnie chowane blisko człowieka, w domu. I prawdopodobnie się znudziły. Może problemem było zachowanie Agatki. Bo lubi się bawić. Właściwie, to poza jedzeniem tylko zabawa jej w głowie. Żeby zachęcić do zabawy, skacze. Nikt nie wpadł na pomysł, by ją tego po prostu oduczyć. Maluchy przebywają u nas już od dwóch miesięcy. Dbamy, kochamy i szukamy im domów. My możemy im niestety zaoferować tylko nocleg na kocykach w drewutni. Dziewczyny nie przypadły sobie do gustu a panowie są gotowi urządzić sobie inscenizację "Ojca chrzestnego" w naszym ogródku.


Całuśny Jacuś i nasza betonowa kostka :)
Dobra- starczy już tych podpunktów na liście, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się użalam nad sobą. Nie narzekam. Układamy sobie to nasze wspólne życie na ogół po swojemu i jest nam dobrze. Tylko czasem jakoś tak za dużo tych spraw, którymi trzeba się zająć. Zwłaszcza nieswoich spraw. Nie tylko blog na tym cierpi. Od pół roku próbuję już skończyć książkę. Na razie cicho sza, bo ja z tych, co to nie lubią się chwalić. Wystarczy już tylko spisać zakończenie i będzie gotowa. Tylko kiedy ja to zrobię? Biorę z powrotem laptop i już chcę zacząć pisać pierwszy od pół roku wpis na bloga...

Darek zbiega po schodach na dół.
- Słońce! Nie widziałaś gdzieś mojego notesu? Tego czarnego.
- Na stoliku obok łóżka.

Tylko Darek zniknie z powrotem na schodach, dzwoni telefon. Mama prosi, żeby ją podwieźć do sklepu. Robię w głowie szybki rachunek. Trzy godziny wyjęte z życia, bo zakupy dla mojej mamy to rzecz święta, a świętość należy celebrować. Umawiamy się za godzinę. Do tego czasu zdążę coś sensownego napisać.
Odkładam słuchawkę (a raczej wciskam to czerwone kółeczko na smartfonie) i nagle słyszę furgot, jakby stado koni przebiegało przez korytarz. Cała podłoga drży, Koper i Buba wpadają roześmiani do kuchni. Buba siada i wpatruje się we mnie tym swoim labradorowatym spojrzeniem pod tytułem „Proszę. O cokolwiek. Ale proszę.” Koper wskakuje mi na kolana i chwyta mnie zębami za koszulkę, co w dialekcie koprowym oznacza: „Chodźmy na spacer, już, teraz. Bo jak nie to zrobię kupę za łóżkiem.”

No, do jasnej ciasnej! Znowu wszystko jest na mojej głowie.

sobota, 9 kwietnia 2016

Wiosenne odświeżanie szafy

- Kochanie, zobacz - mówię przy niedzielnym śniadaniu i podtykam Darkowi kolorowe pisemko pod nos. - Jaka piękna. Mam tyle bluzek, a nie mam z czym ich nosić. Muszę sobie sprawić taką spódnicę.
- A nie prościej pozbyć się bluzek?
- ???!!!
- No, dobra. Pokaż.

Po chwili teatralnych westchnień i zadumań.

- No, ładna.
- Ale ładna, że łał czy raczej taka sobie tam ładna.
- Nie, no. Całkiem ładna.
- Hmm. A myślisz, że w takim kolorze ładnie by mi było?
- No, fajny żółty.
- Jaki żółty? To nie żółty tylko musztardowy. Żółtego nie znoszę. No to ładnie by mi było? Czy lepiej taka oberżyna?
- Wybieram telefon do przyjaciela.
- No, daj spokój. Spójrz. Taki kolor, czy taki?
- Ten pierwszy.
- OK. A myślisz, że długość byłaby dobra? Lepiej mi w mini czy w midi?
- We wszystkim ci dobrze.
- No, weź. Pomóż mi troszkę. Tobie łatwiej spojrzeć na to obiektywnie.
- Obiektywnie. Wyrzuć te bluzki!
- Ale ja chcę sobie trochę odświeżyć szafę.
- To ją otwórz i przewietrz! I daj mi święty spokój!

źr. /pinterest/


poniedziałek, 21 marca 2016

O szukaniu kolorowych jajek w trawie, czyli pies nie zając- też ma Wielkanoc

Wielkanocne jajeczka dla psich pysków to już taka nasza mała tradycja. Nie potrafię już sobie wyobrazić Wielkanocnego śniadania bez ulubionej zabawy naszych piesełów- poszukiwania kolorowych i bardzo aromatycznych jajeczek.

Do tej pory jajka chowałam pod łóżkiem i za poduchami na kanapie. Wymyślenie dobrych kryjówek w malutkim mieszkanku wymagało sporo kreatywności. Coś mi się wydaje, że w tym roku nie będę miała żadnego problemu ze znalezieniem ciekawych miejsc do schowania jajeczek. Mam do dyspozycji 10 hektarów ogrodu. Buba już wyczuła pismo nosem. Łazi cały dzień po ogrodzie i węszy. Widziała, jak piekłam kolorowe jajeczka. Pilnie strzegła piekarnika i oczywiście wybłagała jedno jajko na spróbowanie. Kto wie? Może się domyśla, że już niedługo pochowam jajka w różnych schowkach i próbuje zawczasu zwęszyć wszystkie możliwe miejsca...

Dla Kopersona ta zabawa to będzie nowość. Ale coś mi mówi, że świetnie sobie poradzi. Jest z niego niezłe ziółko. Nie brakuje mu ani sprytu, ani szybkości.

A tymczasem przepis na jajeczka nieco zmieniłam. Wyszły w dwóch bardzo wielkanocnych kolorach i zyskały na rybnym smaku i aromacie. A czy piesełom smakują? Powiem tak: Buba, zwykle bardzo spokojna podczas robienia zdjęć, nie była w stanie wytrzymać. Gdy tylko próbowałam zrobić ciastkom zdjęcie, skakała na mnie i jęczała zniecierpliwiona. Tak. Z całą pewnością można powiedzieć, że tegoroczne wielkanocne jajeczka bardzo jej smakują :)

Składniki:
  • 250 g filetu z białej ryby (użyłam dorsza atlantyckiego)
  • 100 g masła
  • 2 żółtka
  • łyżka śmietany 18 %
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • naturalne barwniki (łyżka ugotowanych i startych buraków dla koloru łososiowego i łyżka ugniecionych borówek amerykańskich)
Filet ryby pieczemy w piekarniku w temperaturze 180 stopni przez 15 - 20 minut. W tym czasie rozpuszczamy w rondelku masło. Po upieczeniu studzimy i wybieramy ości z ryby. Mięso ucieramy w malakserze z masłem, żółtkami i śmietaną. Gotową masę dodajemy do mąki i zagniatamy ciasto. Powinno być sprężyste i odchodzić od ręki. Jeśli za bardzo się klei, dodajemy odrobinę mąki i znowu wyrabiamy. 

Ciasto dzielimy na dwie części i do każdej dodajemy inny barwnik. Możecie poeksperymentować z barwnikami. Pamiętajcie jednak, by nie dodawać do ciastek niczego, co mogłoby psom zaszkodzić. Ja dodałam moje ulubione barwniki: buraki i jagody. W ten sposób otrzymałam ciastka w cudnie wiosennych kolorach, ale również bardzo zdrowe.

Z wyrobionego ciasta formujemy małe kuleczki, które dodatkowo rolujemy w dłoniach tak, by uzyskały kształt jajka. Układamy je na papierze do pieczenia i pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 20 minut. Żeby ciastka zyskały na trwałości i nieco skruszały, wyłączamy piekarnik po upłynięciu tego czasu, ale nie otwieramy go i trzymamy ciastka dalej w cieple, aż do wystygnięcia. 


piątek, 26 lutego 2016

Najsmutniejszy dzień w roku

Dziś jest najsmutniejszy dzień w roku. Dziś mija dokładnie 12 miesięcy odkąd Majusi z nami nie ma.

Nie ma. Po prostu. I nieodwracalnie.


Bardzo obawiałam się tego dnia. Zastanawiałam się nawet, czy by z samego rana gdzieś nie wyjechać i wrócić dopiero wieczorem. Jej medalik od obróżki mam wciąż na szafce nocnej. Na pulpicie komputera jej zdjęcie. Piratka jednooka uśmiecha się do mnie, gdy z rana odpalam laptop i siadam do pracy. Bałam się, że tego dnia nie przeżyję wśród hałasu tylu krzyczących wspomnień. Bałam się, że dziś każda myśl będzie mnie prowadziła w stronę płaczu. Że czas zatrzyma się i ten smutek będzie trwał, i trwał... Zupełnie, jak w tych ostatnich chwilach, gdy patrząc na gasnące w jej oczku życie, chciałam jej jeszcze tyle powiedzieć, tyle wyszeptać i tyle obiecać. Kochany Majutku. Choćbym napisała ku Twojej pamięci milion tekstów, nigdy nie uda mi się opowiedzieć innym choćby odrobiny tego, co nas łączyło. Byłaś prawdziwym błogosławieństwem dla tej młodej, zalęknionej i nieśmiałej dziewczyny, która Cię dostała. Pocieszałaś, gdy było źle. Towarzyszyłaś we wszystkich potyczkach z życiem. Przejechałaś ze mną pół Polski do zwariowanej Warszawy i całe szczęście, bo bez Ciebie nigdy nie poczułabym się w obcym mieście, jak u siebie. Radosnym merdaniem ogona i pluszową krówką przyniesioną w zębach zaprosiłaś do naszego życia Darka, by potem łagodzić wszystkie nasze sprzeczki jednym tylko spojrzeniem. I tym cudownym, roześmianym pycholem. I, wierzę w to głęboko, przysłałaś nam Koperka.

Czas się dzisiaj nie zatrzymał. Wprost przeciwnie. Gna przed siebie, jak zwykle. O siódmej obudził mnie mój prywatny budzik w postaci soczystego, koperkowego buziaka. Pierwszy spacer jeszcze w szlafroku i puchowej kurtce. Po powrocie kawa i siadam do pracy. Tylko na Majutka na ekranie trochę dłużej patrzę i szepczę jej, że za nią tęsknimy. Buba chyba też tęskni, bo zamiast w swoim posłanku, leży mi teraz w nogach i patrzy na mnie co jakiś czas. Jest wyraźnie niespokojna. Poza tym dzień mija swoim własnym trybem. Zaraz obudzi się Darek. Piesy dostaną śniadanie. My zjemy swoje. Będzie dziś jakiś spacer i kilka ważnych spraw do załatwienia. Będą drobne zakupy i zrobię coś na obiad.

I tylko czasami, gdy na chwilę się nad tym zastanowię, to nie będę mogła wprost uwierzyć, że Majusi już z nami nie ma.

Nie ma. Tak po prostu i po cichu odeszła rok temu. Nieodwracalnie.

wtorek, 23 lutego 2016

Jak ryba w wodzie, czyli jak my sobie dawaliśmy radę z dwoma psami w mieście

Od czasu do czasu przyjeżdżamy do Warszawy na kilka dni. Zawsze się nazbiera wiele spraw do załatwienia, na czele spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i nadrabianie zaległości nagromadzonych w skrzynce pocztowej. Niby mieszkamy tylko 50 kilometrów od miasta, ale to już jest odległość pod tytułem "większa wyprawa" i w życiu codziennym trudno naszym znajomym znaleźć czas na wypad za miasto, a i my niechętnie przyjeżdżamy do miasta. A, no właśnie...

Wychowana w mieście (niedużym, ale dawniej wojewódzkim, a to nie byle co!) zawsze czułam się wśród gąszczu ulic i w plątaninie budynków, jak ryba w wodzie. W każdym mieście, w jakim zdarzyło mi się mieszkać szybko oswajałam przestrzeń wokół siebie i wydeptywałam własne ścieżki. Gdy zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę na wieś, to ja byłam tą stroną pełną obaw. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam, czy ja się na wsi będę dalej czuła, jak ta rybka w wodzie. Bałam się, że będę raczej biednym karpiem z supermarketu, z trudem łapiącym powietrze.

Gdy kilka tygodni temu wybraliśmy się do Warszawy (oczywiście z psami, bo o ile nie musimy, nie zostawiamy naszych dzieci samych) wpadłam w panikę. Jak my tu w ogóle mogliśmy normalnie funkcjonować? - pytałam Darka raz po raz. Tu nikt nie patrzy sobie w oczy w windzie. I nikt nie zagada wesoło na spacerze (poza psiarzami, rzecz jasna, ale ja zawsze uważałam, że psiarze to taki odrębny gatunek, więc to się nie liczy). Jedna wyprawa samochodem po zakupy wystarczyła, żebym na razie przesiadła się na autobus. Tak mnie strąbili na parkingu, że aż się zarumieniłam. Chyba za wolno się spieszyłam za kierownicą. No i spacery z psami...

Ech, po pierwszym dłuższym spacerze wróciłam do domu zalana łzami. Sprawa była na prawdę poważna, bo w ferworze emocji łkałam i odgrażałam się, że tu i teraz sprzedajemy mieszkanie i kupujemy przyczepę kempingową. Byle tylko nie musieć już nigdy wracać do miasta (aktualnie pomieszkujemy na wsi u mojej mamy ale ten stan rzeczy nie może i nie powinien trwać wiecznie - w grę wchodzi zdrowie psychiczne obu stron).

Co ja się muszę nałazić w mieście, żeby znaleźć miejsce, gdzie mogę w miarę spokojnie spuścić nasze pieseły ze smyczy, żeby się wyhasały. Aktualnie cały Gocław- mój kochany, dawniej zielony Gocław- jest szczelnie utkany z zamkniętych osiedli i cudnie zielonych trawniczków z wetkniętą jak wisienka na torcie tabliczką "Pies- persona non grata". Jeśli pójdę tych kilka kilometrów i dojdę do parku, to jeszcze mam pewność, że mi się dzieciak Koperek wylata. Ale rano i wieczorem nie mogę sobie na taki marsz pozwolić (głównie dlatego, że w końcu bym padła). No więc idę na ten poranny spacer dokoła jeziorka gocławskiego, które kiedyś było cudownym, na wpół dzikim terenem. Nawet prawdziwego żurawia można tu było spotkać. Teraz chodniczek wokół jeziorka bardziej przypomina spacerownik więzienny. Dokoła szczelnie piętrzą się osiedla. Jedno wybudowano tak blisko jeziorka, że jakby kto chciał, to z balkonu latem chlup do wody. Psy oczywiście na smyczach automatycznych, bo za dużo tu wszystkiego, co mogłoby je zainteresować i odciąć kontakt z bazą. Rowerzyści czerpiący jakąś dziwną satysfakcję ze spłoszenia mi psów, gdy z nimi spaceruję. Biegacze, nie rozumiejący podstawowej zasady zachowania przy psach mówiącej: "po piąte- nie biegaj". Inne psy, nie zawsze, a wręcz rzadko socjalizowane. Te wszystkie miłe słowa kierowane do moich psich pociech: "Ach, jaki ładny piesio!". Samochody, petardy rzucane przez podrostków, odgłosy budowy, bo przecież gdzieś w okolicy zawsze jest plac budowy...

Wracam z porannego spaceru wykończona, choć trwał raptem pół godziny. Zastanawiam się, dlaczego na naszym osiedlu ktoś chciał mnie jeszcze dobić i podkręcił ciężar drzwi wejściowych tak, że żeby je otworzyć muszę przyjąć pozycję na Pudziana i to z dwiema automatycznymi smyczami w ręku. Później jedne drzwi trzymam nogą, a rękoma ciągnę następne, bo przecież są dwie pary, a Buba boi się drzwi i przejdzie przez nie dopiero wtedy, gdy wszystkie stoją przed nią otworem. W windzie mój ulubiony sąsiad patrzy na mnie z dezaprobatą i pyta: "Na długo pani wróciła?" A ja po tonie głosu domyślam się, że raczej nie cieszy się na mój widok, bo to ten sam sąsiad, który mi kiedyś powiedział, że wszystkie psy w mieście to się powinno wystrzelać. Po wyjściu z windy idę za psami i chusteczką higieniczną wycieram po nich ślady łapek, bo nie daj Boże ktoś zauważy, że nabłociły i znowu dostanę reprymendę od ochrony osiedla. Pobyt w tak przyjaznym otoczeniu spowodował, że wykształcił się we mnie autentyczny lęk. Permanentnie boję się, że nasze piesy będą tu komuś przeszkadzać. Psy nie wybiegane. Buba chodzi smętna i pewnie tęskni za porannym baraszkowaniem po ogrodzie. Koper nie wyżyty, wyżywa się na swojej poduszce. A ja siadam i już nie mam nawet siły się martwić.

- To tylko na chwilę - powtarzamy sobie i dodajemy sobie tym samym otuchy. Ale powiem Wam szczerze, że sami się sobie dziwimy, jak my dawaliśmy radę mieszkać w mieście z dwoma psami. Choć wiem, że perspektywę nieco nam zaburza Koperek. Jest jeszcze psim dzieckiem, w dodatku bardzo energicznym i pomysłowym. To głównie dla niego pobyt w mieście jest ogromnym wyzwaniem. I tak jak kiedyś się bałam, czy odnajdę się na wsi, teraz (po zaledwie kilku dniach spędzonych w mieście) tęsknię już strasznie do ciszy, do spokoju i do spacerów bez smyczy. Jestem rybą w ciasnej wannie, która tęskni do swojej bezkresnej wody.


A w post scriptum dodam tylko, że chyba jednak w mieście nadal nie bardzo docenia się psiarzy. Powstają ścieżki rowerowe, powstają place zabaw i miejskie siłownie na otwartym powietrzu. Ale gdybyście widzieli tę piaskownicę metr na metr, jaka powstała na naszym osiedlu jako wybieg (sic!) dla psów... Padlibyście trupem. A przecież spacer z psem wciąż jest głównym rodzajem aktywności Warszawiaków. No więc gdzie specjalne trasy spacerowe, gdzie te śmietniki na psie kupy? Nad naszym jeziorkiem nie ma ani jednego. Są natomiast te wisienki na torcie, na każdym niemal trawniku. Będąc w mieście nie potrafię pozbyć się wrażenia, że zarówno moje psy, jak i ja jesteśmy nie mile widziani.


wtorek, 26 stycznia 2016

Dużo na głowie

6 rano. Za oknem jeszcze ciemno. Koperkowi coś się przyśniło, albo godziny mu się pomyliły, kto wie. W każdym razie wskoczył nam do łóżka, choć teoretycznie wie, że mu nie wolno.

Darek: Słońce, zrób coś. Koperek mi wlazł na głowę.
Zuzia: Koperku, zejdź.
Darek: Słońce, nie posłuchał. Nadal mi siedzi na głowie.
Zuzia: Koperku, zejdź z pana głowy.
Darek: Nadal siedzi. W dodatku teraz jeszcze mnie szczypie w brodę.
Zuzia: No, to co ja ci poradzę, że twój pies lubi włochate i wypchane watą zabawki.


sobota, 9 stycznia 2016

O obowiązku bycia przyjacielem, czyli jak to jest z tym posiadaniem psa

Często słyszę od znajomych pytania dotyczące posiadania psa. Wygląda na to, że posiadanie psa jawi się wielu ludziom jako ogromny obowiązek i obciążenie. Dwa psy to już niewyobrażalny ogrom pracy. Jak ja w ogóle mogę robić coś poza chodzeniem na spacery i karmieniem moich dwóch smoków.


Zgadzam się. Bycie towarzyszem psa jest czasochłonne. I czasami fizycznie ciężkie. Zwłaszcza w tych chwilach, gdy czujemy się gorzej- z powodu choroby, czy zmęczenia- a pies siada przy drzwiach i tęsknie spogląda na smycz. Tylko, że... Jeśli faktycznie decydujemy się być towarzyszem naszego psa, to cała ta czasochłonność przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Dla naszego psa jesteśmy całym jego światem. On nieuchronnie staje się wielką częścią naszego świata. Nie potrafię sobie już wyobrazić, jak wyglądałoby nasze życie bez tej psiej części. Na pewno wyglądałoby nieco inaczej. Prawda jest taka, że wiele życiowych oraz codziennych wyborów dokonujemy z myślą o naszych psach. Na wakacje staramy się jeździć w miejsca, gdzie pies nie będzie przeszkadzał, a my będziemy mogli chodzić na długie spacery. Nie jest to dla nas żadnym kłopotem, bo nigdy nie byliśmy wielkimi fanami hoteli typu all inclusive i wycieczek organizowanych. Jeśli umawiamy się z przyjaciółmi na jakiś wypad na miasto lub spotkanie, to zawsze w godzinach "po spacerze" i staramy się, by spacer był aktywny. Zmęczonemu psu łatwiej znosi się nudę. Nasi najbliżsi znajomi wiedzą, że mamy w domu szczeniola i nie gniewają się, jeśli podczas spotkania mówię, że musimy już iść, bo Koperek sam w domu. Choć przyznaję, zdarzyło mi się stracić przyjaciela, gdy Buba była szczeniakiem. Kolejne przekładanie wyjścia na kawę, bo szczeniaka boli brzuszek i nie spałam w nocy okazało się nie być przekonującym argumentem. O tym, że na zakupach wkładam do koszyka również składniki na psi obiad już wiecie. Chyba nie potrafiłabym już robić zakupów tylko dla siebie. Zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy totalnymi psiarzami, gdy po przeprowadzce na wieś pierwsze, co zrobiliśmy, to ustawiliśmy psie miski i wybraliśmy miejsce na psie posłania. Dużo psich posłań, bo pieseły śpią na swoich posłankach w naszej sypialni, ale mają też legowiska w gabinecie i kuchni, czyli dwóch miejscach, w których spędzamy najwięcej czasu.

Czy posiadanie psa to ogromny obowiązek? Gdy rano (o szóstej) budzi mnie przeciągliwy ziew Koperka i sapanie Buby oznaczające, że już wstaliśmy i chce nam się siusiu, to nie myślę o tym, jak bardzo nie chce mi się wyjść i jakie to moje życie jest straszne, bo mam taki ciężki obowiązek wyprowadzania psów. O szóstej rano w ogóle nie wiele myślę ;) Przeciwnie- wyskakuję z łóżka, jak z procy, w biegu naciągam ciepłe, zimowe spodnie i w kurtce narzuconej na piżamę wybiegamy na pierwszy spacer. Koperek ma niecałe pół roku i, choć w ciągu dnia udaje mu się cierpliwie doczekać do kolejnego spaceru, rano- po całej nocy przespanej głębokim snem- wolałabym nie testować wytrzymałości jego pęcherza. Gdybym nie miała psów, to prawdopodobnie nikt nie namówiłby mnie do wyjścia na mróz o tak wczesnej porze. Ale mam psy. I ten poranny spacer to nie przykry obowiązek, ale zwykła przyjacielska powinność. Gdybyś miał dziecko- zapytałam kiedyś kolegę, który sugerował, że można by psa wyprowadzać tylko dwa razy dziennie, bo trzy to by mu się nie chciało- i ono bardzo chciałoby siusiu, to co? Nie zaprowadziłbyś do toalety?

Ale pies to nie dziecko- padła odpowiedź. Taką odpowiedź słyszę zresztą bardzo często. Pies to nie dziecko, pies to nie człowiek, pies to tylko pies.

Pies to AŻ pies. Sama niejednokrotnie podkreślałam, że nie powinno się go traktować, jak dziecka, bo to zupełnie inna para kaloszy, ale prawda jest taka, że emocje jakimi obdarzamy dziecko, są bardzo podobne do tych, jakimi obdarzamy psa. Troska. Opiekuńczość. Konsekwentne wychowanie. Ciepło. Dbałość o zdrowie. Chęć wspólnego spędzania czasu i przyglądania się, jak rośnie i zdobywa kolejne szczyty swojego rozwoju. To wszystko pojawia się w chwili, gdy do naszego życia wkracza mała istotka potrzebująca nas i nas kochająca. Dziecko. Lub pies.

Posiadanie psa to nie przykry obowiązek. To prawdziwe błogosławieństwo. Ale tylko jeśli wykasujemy ze swojego myślenia zwroty typu "to tylko pies". Jeśli zobaczymy w psie to, czym jest na prawdę. Najwierniejszego towarzysza życia, jakiego można mieć.

Tylko wtedy okaże się, że nasz dom jest pobłogosławiony jego obecnością. Bo to on sprawia, że domownicy mają tyle powodów do radości i wspólnego spędzania czasu. To on kładzie się w nogach, gdy nam smutno. To on "każe" ubrać się ciepło i wyjść oglądać cały ten piękny świat z bliska. To on przegania poczucie pustki po stracie ukochanej osoby i on sprawia, że nasze życie wydaje się być kompletne.

Ale. Duże ALE. Ja nikogo na posiadanie psiego towarzysza nie namawiam. Byłoby znacznie mniej smutnych psich historii na świecie, gdyby wszyscy zdawali sobie sprawę, że psia przyjaźń nie jest na chwilę, ale na paręnaście lat. I że, jak każda przyjaźń, relacja z psem czasami wymaga poświęceń.