sobota, 9 kwietnia 2016

Wiosenne odświeżanie szafy

- Kochanie, zobacz - mówię przy niedzielnym śniadaniu i podtykam Darkowi kolorowe pisemko pod nos. - Jaka piękna. Mam tyle bluzek, a nie mam z czym ich nosić. Muszę sobie sprawić taką spódnicę.
- A nie prościej pozbyć się bluzek?
- ???!!!
- No, dobra. Pokaż.

Po chwili teatralnych westchnień i zadumań.

- No, ładna.
- Ale ładna, że łał czy raczej taka sobie tam ładna.
- Nie, no. Całkiem ładna.
- Hmm. A myślisz, że w takim kolorze ładnie by mi było?
- No, fajny żółty.
- Jaki żółty? To nie żółty tylko musztardowy. Żółtego nie znoszę. No to ładnie by mi było? Czy lepiej taka oberżyna?
- Wybieram telefon do przyjaciela.
- No, daj spokój. Spójrz. Taki kolor, czy taki?
- Ten pierwszy.
- OK. A myślisz, że długość byłaby dobra? Lepiej mi w mini czy w midi?
- We wszystkim ci dobrze.
- No, weź. Pomóż mi troszkę. Tobie łatwiej spojrzeć na to obiektywnie.
- Obiektywnie. Wyrzuć te bluzki!
- Ale ja chcę sobie trochę odświeżyć szafę.
- To ją otwórz i przewietrz! I daj mi święty spokój!

źr. /pinterest/


poniedziałek, 21 marca 2016

O szukaniu kolorowych jajek w trawie, czyli pies nie zając- też ma Wielkanoc

Wielkanocne jajeczka dla psich pysków to już taka nasza mała tradycja. Nie potrafię już sobie wyobrazić Wielkanocnego śniadania bez ulubionej zabawy naszych piesełów- poszukiwania kolorowych i bardzo aromatycznych jajeczek.

Do tej pory jajka chowałam pod łóżkiem i za poduchami na kanapie. Wymyślenie dobrych kryjówek w malutkim mieszkanku wymagało sporo kreatywności. Coś mi się wydaje, że w tym roku nie będę miała żadnego problemu ze znalezieniem ciekawych miejsc do schowania jajeczek. Mam do dyspozycji 10 hektarów ogrodu. Buba już wyczuła pismo nosem. Łazi cały dzień po ogrodzie i węszy. Widziała, jak piekłam kolorowe jajeczka. Pilnie strzegła piekarnika i oczywiście wybłagała jedno jajko na spróbowanie. Kto wie? Może się domyśla, że już niedługo pochowam jajka w różnych schowkach i próbuje zawczasu zwęszyć wszystkie możliwe miejsca...

Dla Kopersona ta zabawa to będzie nowość. Ale coś mi mówi, że świetnie sobie poradzi. Jest z niego niezłe ziółko. Nie brakuje mu ani sprytu, ani szybkości.

A tymczasem przepis na jajeczka nieco zmieniłam. Wyszły w dwóch bardzo wielkanocnych kolorach i zyskały na rybnym smaku i aromacie. A czy piesełom smakują? Powiem tak: Buba, zwykle bardzo spokojna podczas robienia zdjęć, nie była w stanie wytrzymać. Gdy tylko próbowałam zrobić ciastkom zdjęcie, skakała na mnie i jęczała zniecierpliwiona. Tak. Z całą pewnością można powiedzieć, że tegoroczne wielkanocne jajeczka bardzo jej smakują :)

Składniki:
  • 250 g filetu z białej ryby (użyłam dorsza atlantyckiego)
  • 100 g masła
  • 2 żółtka
  • łyżka śmietany 18 %
  • 2 szklanki mąki pszennej
  • naturalne barwniki (łyżka ugotowanych i startych buraków dla koloru łososiowego i łyżka ugniecionych borówek amerykańskich)
Filet ryby pieczemy w piekarniku w temperaturze 180 stopni przez 15 - 20 minut. W tym czasie rozpuszczamy w rondelku masło. Po upieczeniu studzimy i wybieramy ości z ryby. Mięso ucieramy w malakserze z masłem, żółtkami i śmietaną. Gotową masę dodajemy do mąki i zagniatamy ciasto. Powinno być sprężyste i odchodzić od ręki. Jeśli za bardzo się klei, dodajemy odrobinę mąki i znowu wyrabiamy. 

Ciasto dzielimy na dwie części i do każdej dodajemy inny barwnik. Możecie poeksperymentować z barwnikami. Pamiętajcie jednak, by nie dodawać do ciastek niczego, co mogłoby psom zaszkodzić. Ja dodałam moje ulubione barwniki: buraki i jagody. W ten sposób otrzymałam ciastka w cudnie wiosennych kolorach, ale również bardzo zdrowe.

Z wyrobionego ciasta formujemy małe kuleczki, które dodatkowo rolujemy w dłoniach tak, by uzyskały kształt jajka. Układamy je na papierze do pieczenia i pieczemy w temperaturze 180 stopni przez 20 minut. Żeby ciastka zyskały na trwałości i nieco skruszały, wyłączamy piekarnik po upłynięciu tego czasu, ale nie otwieramy go i trzymamy ciastka dalej w cieple, aż do wystygnięcia. 


piątek, 26 lutego 2016

Najsmutniejszy dzień w roku

Dziś jest najsmutniejszy dzień w roku. Dziś mija dokładnie 12 miesięcy odkąd Majusi z nami nie ma.

Nie ma. Po prostu. I nieodwracalnie.


Bardzo obawiałam się tego dnia. Zastanawiałam się nawet, czy by z samego rana gdzieś nie wyjechać i wrócić dopiero wieczorem. Jej medalik od obróżki mam wciąż na szafce nocnej. Na pulpicie komputera jej zdjęcie. Piratka jednooka uśmiecha się do mnie, gdy z rana odpalam laptop i siadam do pracy. Bałam się, że tego dnia nie przeżyję wśród hałasu tylu krzyczących wspomnień. Bałam się, że dziś każda myśl będzie mnie prowadziła w stronę płaczu. Że czas zatrzyma się i ten smutek będzie trwał, i trwał... Zupełnie, jak w tych ostatnich chwilach, gdy patrząc na gasnące w jej oczku życie, chciałam jej jeszcze tyle powiedzieć, tyle wyszeptać i tyle obiecać. Kochany Majutku. Choćbym napisała ku Twojej pamięci milion tekstów, nigdy nie uda mi się opowiedzieć innym choćby odrobiny tego, co nas łączyło. Byłaś prawdziwym błogosławieństwem dla tej młodej, zalęknionej i nieśmiałej dziewczyny, która Cię dostała. Pocieszałaś, gdy było źle. Towarzyszyłaś we wszystkich potyczkach z życiem. Przejechałaś ze mną pół Polski do zwariowanej Warszawy i całe szczęście, bo bez Ciebie nigdy nie poczułabym się w obcym mieście, jak u siebie. Radosnym merdaniem ogona i pluszową krówką przyniesioną w zębach zaprosiłaś do naszego życia Darka, by potem łagodzić wszystkie nasze sprzeczki jednym tylko spojrzeniem. I tym cudownym, roześmianym pycholem. I, wierzę w to głęboko, przysłałaś nam Koperka.

Czas się dzisiaj nie zatrzymał. Wprost przeciwnie. Gna przed siebie, jak zwykle. O siódmej obudził mnie mój prywatny budzik w postaci soczystego, koperkowego buziaka. Pierwszy spacer jeszcze w szlafroku i puchowej kurtce. Po powrocie kawa i siadam do pracy. Tylko na Majutka na ekranie trochę dłużej patrzę i szepczę jej, że za nią tęsknimy. Buba chyba też tęskni, bo zamiast w swoim posłanku, leży mi teraz w nogach i patrzy na mnie co jakiś czas. Jest wyraźnie niespokojna. Poza tym dzień mija swoim własnym trybem. Zaraz obudzi się Darek. Piesy dostaną śniadanie. My zjemy swoje. Będzie dziś jakiś spacer i kilka ważnych spraw do załatwienia. Będą drobne zakupy i zrobię coś na obiad.

I tylko czasami, gdy na chwilę się nad tym zastanowię, to nie będę mogła wprost uwierzyć, że Majusi już z nami nie ma.

Nie ma. Tak po prostu i po cichu odeszła rok temu. Nieodwracalnie.

wtorek, 23 lutego 2016

Jak ryba w wodzie, czyli jak my sobie dawaliśmy radę z dwoma psami w mieście

Od czasu do czasu przyjeżdżamy do Warszawy na kilka dni. Zawsze się nazbiera wiele spraw do załatwienia, na czele spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i nadrabianie zaległości nagromadzonych w skrzynce pocztowej. Niby mieszkamy tylko 50 kilometrów od miasta, ale to już jest odległość pod tytułem "większa wyprawa" i w życiu codziennym trudno naszym znajomym znaleźć czas na wypad za miasto, a i my niechętnie przyjeżdżamy do miasta. A, no właśnie...

Wychowana w mieście (niedużym, ale dawniej wojewódzkim, a to nie byle co!) zawsze czułam się wśród gąszczu ulic i w plątaninie budynków, jak ryba w wodzie. W każdym mieście, w jakim zdarzyło mi się mieszkać szybko oswajałam przestrzeń wokół siebie i wydeptywałam własne ścieżki. Gdy zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę na wieś, to ja byłam tą stroną pełną obaw. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam, czy ja się na wsi będę dalej czuła, jak ta rybka w wodzie. Bałam się, że będę raczej biednym karpiem z supermarketu, z trudem łapiącym powietrze.

Gdy kilka tygodni temu wybraliśmy się do Warszawy (oczywiście z psami, bo o ile nie musimy, nie zostawiamy naszych dzieci samych) wpadłam w panikę. Jak my tu w ogóle mogliśmy normalnie funkcjonować? - pytałam Darka raz po raz. Tu nikt nie patrzy sobie w oczy w windzie. I nikt nie zagada wesoło na spacerze (poza psiarzami, rzecz jasna, ale ja zawsze uważałam, że psiarze to taki odrębny gatunek, więc to się nie liczy). Jedna wyprawa samochodem po zakupy wystarczyła, żebym na razie przesiadła się na autobus. Tak mnie strąbili na parkingu, że aż się zarumieniłam. Chyba za wolno się spieszyłam za kierownicą. No i spacery z psami...

Ech, po pierwszym dłuższym spacerze wróciłam do domu zalana łzami. Sprawa była na prawdę poważna, bo w ferworze emocji łkałam i odgrażałam się, że tu i teraz sprzedajemy mieszkanie i kupujemy przyczepę kempingową. Byle tylko nie musieć już nigdy wracać do miasta (aktualnie pomieszkujemy na wsi u mojej mamy ale ten stan rzeczy nie może i nie powinien trwać wiecznie - w grę wchodzi zdrowie psychiczne obu stron).

Co ja się muszę nałazić w mieście, żeby znaleźć miejsce, gdzie mogę w miarę spokojnie spuścić nasze pieseły ze smyczy, żeby się wyhasały. Aktualnie cały Gocław- mój kochany, dawniej zielony Gocław- jest szczelnie utkany z zamkniętych osiedli i cudnie zielonych trawniczków z wetkniętą jak wisienka na torcie tabliczką "Pies- persona non grata". Jeśli pójdę tych kilka kilometrów i dojdę do parku, to jeszcze mam pewność, że mi się dzieciak Koperek wylata. Ale rano i wieczorem nie mogę sobie na taki marsz pozwolić (głównie dlatego, że w końcu bym padła). No więc idę na ten poranny spacer dokoła jeziorka gocławskiego, które kiedyś było cudownym, na wpół dzikim terenem. Nawet prawdziwego żurawia można tu było spotkać. Teraz chodniczek wokół jeziorka bardziej przypomina spacerownik więzienny. Dokoła szczelnie piętrzą się osiedla. Jedno wybudowano tak blisko jeziorka, że jakby kto chciał, to z balkonu latem chlup do wody. Psy oczywiście na smyczach automatycznych, bo za dużo tu wszystkiego, co mogłoby je zainteresować i odciąć kontakt z bazą. Rowerzyści czerpiący jakąś dziwną satysfakcję ze spłoszenia mi psów, gdy z nimi spaceruję. Biegacze, nie rozumiejący podstawowej zasady zachowania przy psach mówiącej: "po piąte- nie biegaj". Inne psy, nie zawsze, a wręcz rzadko socjalizowane. Te wszystkie miłe słowa kierowane do moich psich pociech: "Ach, jaki ładny piesio!". Samochody, petardy rzucane przez podrostków, odgłosy budowy, bo przecież gdzieś w okolicy zawsze jest plac budowy...

Wracam z porannego spaceru wykończona, choć trwał raptem pół godziny. Zastanawiam się, dlaczego na naszym osiedlu ktoś chciał mnie jeszcze dobić i podkręcił ciężar drzwi wejściowych tak, że żeby je otworzyć muszę przyjąć pozycję na Pudziana i to z dwiema automatycznymi smyczami w ręku. Później jedne drzwi trzymam nogą, a rękoma ciągnę następne, bo przecież są dwie pary, a Buba boi się drzwi i przejdzie przez nie dopiero wtedy, gdy wszystkie stoją przed nią otworem. W windzie mój ulubiony sąsiad patrzy na mnie z dezaprobatą i pyta: "Na długo pani wróciła?" A ja po tonie głosu domyślam się, że raczej nie cieszy się na mój widok, bo to ten sam sąsiad, który mi kiedyś powiedział, że wszystkie psy w mieście to się powinno wystrzelać. Po wyjściu z windy idę za psami i chusteczką higieniczną wycieram po nich ślady łapek, bo nie daj Boże ktoś zauważy, że nabłociły i znowu dostanę reprymendę od ochrony osiedla. Pobyt w tak przyjaznym otoczeniu spowodował, że wykształcił się we mnie autentyczny lęk. Permanentnie boję się, że nasze piesy będą tu komuś przeszkadzać. Psy nie wybiegane. Buba chodzi smętna i pewnie tęskni za porannym baraszkowaniem po ogrodzie. Koper nie wyżyty, wyżywa się na swojej poduszce. A ja siadam i już nie mam nawet siły się martwić.

- To tylko na chwilę - powtarzamy sobie i dodajemy sobie tym samym otuchy. Ale powiem Wam szczerze, że sami się sobie dziwimy, jak my dawaliśmy radę mieszkać w mieście z dwoma psami. Choć wiem, że perspektywę nieco nam zaburza Koperek. Jest jeszcze psim dzieckiem, w dodatku bardzo energicznym i pomysłowym. To głównie dla niego pobyt w mieście jest ogromnym wyzwaniem. I tak jak kiedyś się bałam, czy odnajdę się na wsi, teraz (po zaledwie kilku dniach spędzonych w mieście) tęsknię już strasznie do ciszy, do spokoju i do spacerów bez smyczy. Jestem rybą w ciasnej wannie, która tęskni do swojej bezkresnej wody.


A w post scriptum dodam tylko, że chyba jednak w mieście nadal nie bardzo docenia się psiarzy. Powstają ścieżki rowerowe, powstają place zabaw i miejskie siłownie na otwartym powietrzu. Ale gdybyście widzieli tę piaskownicę metr na metr, jaka powstała na naszym osiedlu jako wybieg (sic!) dla psów... Padlibyście trupem. A przecież spacer z psem wciąż jest głównym rodzajem aktywności Warszawiaków. No więc gdzie specjalne trasy spacerowe, gdzie te śmietniki na psie kupy? Nad naszym jeziorkiem nie ma ani jednego. Są natomiast te wisienki na torcie, na każdym niemal trawniku. Będąc w mieście nie potrafię pozbyć się wrażenia, że zarówno moje psy, jak i ja jesteśmy nie mile widziani.


wtorek, 26 stycznia 2016

Dużo na głowie

6 rano. Za oknem jeszcze ciemno. Koperkowi coś się przyśniło, albo godziny mu się pomyliły, kto wie. W każdym razie wskoczył nam do łóżka, choć teoretycznie wie, że mu nie wolno.

Darek: Słońce, zrób coś. Koperek mi wlazł na głowę.
Zuzia: Koperku, zejdź.
Darek: Słońce, nie posłuchał. Nadal mi siedzi na głowie.
Zuzia: Koperku, zejdź z pana głowy.
Darek: Nadal siedzi. W dodatku teraz jeszcze mnie szczypie w brodę.
Zuzia: No, to co ja ci poradzę, że twój pies lubi włochate i wypchane watą zabawki.


sobota, 9 stycznia 2016

O obowiązku bycia przyjacielem, czyli jak to jest z tym posiadaniem psa

Często słyszę od znajomych pytania dotyczące posiadania psa. Wygląda na to, że posiadanie psa jawi się wielu ludziom jako ogromny obowiązek i obciążenie. Dwa psy to już niewyobrażalny ogrom pracy. Jak ja w ogóle mogę robić coś poza chodzeniem na spacery i karmieniem moich dwóch smoków.


Zgadzam się. Bycie towarzyszem psa jest czasochłonne. I czasami fizycznie ciężkie. Zwłaszcza w tych chwilach, gdy czujemy się gorzej- z powodu choroby, czy zmęczenia- a pies siada przy drzwiach i tęsknie spogląda na smycz. Tylko, że... Jeśli faktycznie decydujemy się być towarzyszem naszego psa, to cała ta czasochłonność przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Dla naszego psa jesteśmy całym jego światem. On nieuchronnie staje się wielką częścią naszego świata. Nie potrafię sobie już wyobrazić, jak wyglądałoby nasze życie bez tej psiej części. Na pewno wyglądałoby nieco inaczej. Prawda jest taka, że wiele życiowych oraz codziennych wyborów dokonujemy z myślą o naszych psach. Na wakacje staramy się jeździć w miejsca, gdzie pies nie będzie przeszkadzał, a my będziemy mogli chodzić na długie spacery. Nie jest to dla nas żadnym kłopotem, bo nigdy nie byliśmy wielkimi fanami hoteli typu all inclusive i wycieczek organizowanych. Jeśli umawiamy się z przyjaciółmi na jakiś wypad na miasto lub spotkanie, to zawsze w godzinach "po spacerze" i staramy się, by spacer był aktywny. Zmęczonemu psu łatwiej znosi się nudę. Nasi najbliżsi znajomi wiedzą, że mamy w domu szczeniola i nie gniewają się, jeśli podczas spotkania mówię, że musimy już iść, bo Koperek sam w domu. Choć przyznaję, zdarzyło mi się stracić przyjaciela, gdy Buba była szczeniakiem. Kolejne przekładanie wyjścia na kawę, bo szczeniaka boli brzuszek i nie spałam w nocy okazało się nie być przekonującym argumentem. O tym, że na zakupach wkładam do koszyka również składniki na psi obiad już wiecie. Chyba nie potrafiłabym już robić zakupów tylko dla siebie. Zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy totalnymi psiarzami, gdy po przeprowadzce na wieś pierwsze, co zrobiliśmy, to ustawiliśmy psie miski i wybraliśmy miejsce na psie posłania. Dużo psich posłań, bo pieseły śpią na swoich posłankach w naszej sypialni, ale mają też legowiska w gabinecie i kuchni, czyli dwóch miejscach, w których spędzamy najwięcej czasu.

Czy posiadanie psa to ogromny obowiązek? Gdy rano (o szóstej) budzi mnie przeciągliwy ziew Koperka i sapanie Buby oznaczające, że już wstaliśmy i chce nam się siusiu, to nie myślę o tym, jak bardzo nie chce mi się wyjść i jakie to moje życie jest straszne, bo mam taki ciężki obowiązek wyprowadzania psów. O szóstej rano w ogóle nie wiele myślę ;) Przeciwnie- wyskakuję z łóżka, jak z procy, w biegu naciągam ciepłe, zimowe spodnie i w kurtce narzuconej na piżamę wybiegamy na pierwszy spacer. Koperek ma niecałe pół roku i, choć w ciągu dnia udaje mu się cierpliwie doczekać do kolejnego spaceru, rano- po całej nocy przespanej głębokim snem- wolałabym nie testować wytrzymałości jego pęcherza. Gdybym nie miała psów, to prawdopodobnie nikt nie namówiłby mnie do wyjścia na mróz o tak wczesnej porze. Ale mam psy. I ten poranny spacer to nie przykry obowiązek, ale zwykła przyjacielska powinność. Gdybyś miał dziecko- zapytałam kiedyś kolegę, który sugerował, że można by psa wyprowadzać tylko dwa razy dziennie, bo trzy to by mu się nie chciało- i ono bardzo chciałoby siusiu, to co? Nie zaprowadziłbyś do toalety?

Ale pies to nie dziecko- padła odpowiedź. Taką odpowiedź słyszę zresztą bardzo często. Pies to nie dziecko, pies to nie człowiek, pies to tylko pies.

Pies to AŻ pies. Sama niejednokrotnie podkreślałam, że nie powinno się go traktować, jak dziecka, bo to zupełnie inna para kaloszy, ale prawda jest taka, że emocje jakimi obdarzamy dziecko, są bardzo podobne do tych, jakimi obdarzamy psa. Troska. Opiekuńczość. Konsekwentne wychowanie. Ciepło. Dbałość o zdrowie. Chęć wspólnego spędzania czasu i przyglądania się, jak rośnie i zdobywa kolejne szczyty swojego rozwoju. To wszystko pojawia się w chwili, gdy do naszego życia wkracza mała istotka potrzebująca nas i nas kochająca. Dziecko. Lub pies.

Posiadanie psa to nie przykry obowiązek. To prawdziwe błogosławieństwo. Ale tylko jeśli wykasujemy ze swojego myślenia zwroty typu "to tylko pies". Jeśli zobaczymy w psie to, czym jest na prawdę. Najwierniejszego towarzysza życia, jakiego można mieć.

Tylko wtedy okaże się, że nasz dom jest pobłogosławiony jego obecnością. Bo to on sprawia, że domownicy mają tyle powodów do radości i wspólnego spędzania czasu. To on kładzie się w nogach, gdy nam smutno. To on "każe" ubrać się ciepło i wyjść oglądać cały ten piękny świat z bliska. To on przegania poczucie pustki po stracie ukochanej osoby i on sprawia, że nasze życie wydaje się być kompletne.

Ale. Duże ALE. Ja nikogo na posiadanie psiego towarzysza nie namawiam. Byłoby znacznie mniej smutnych psich historii na świecie, gdyby wszyscy zdawali sobie sprawę, że psia przyjaźń nie jest na chwilę, ale na paręnaście lat. I że, jak każda przyjaźń, relacja z psem czasami wymaga poświęceń.

środa, 30 grudnia 2015

Szczęśliwego Starego Roku, czyli mała wielka lista wdzięczności


Koniec roku to dla większości z nas czas planów i postanowień. Stary jeszcze na dobre nie odszedł, a my już myślimy o tych wielkich i cudownych rzeczach, które musimy osiągnąć w nowym roku. Musimy. Bo przecież jeśli nam się nie uda, to kolejny rok będzie stracony. Gdzieś między krojeniem warzyw na sałatkę sylwestrową i prasowaniem jego koszuli tworzymy sobie w głowie plan działania. Rzucę fajki, zacznę biegać, schudnę do rozmiaru ulubionych jeansów, zmienię wreszcie pracę i wyjadę na wymarzone wakacje. Planujemy i knujemy, a w naszych głowach powstaje istna pajęczyna kolejnych „muszę” i „powinnam”. Tym samym wpadamy w pułapkę naszych własnych oczekiwań względem siebie. I... Przykro mi to mówić, ale jesteśmy skazani na porażkę. Ile z tych noworocznych postanowień powtarzaliśmy sobie w zeszłym roku? I w jeszcze zeszłym?

Oczekujemy od siebie sukcesów nie tam, gdzie trzeba. Wmawia się nam, że to my i TYLKO my jesteśmy odpowiedzialni za to, w jakim kierunku potoczy się nasze życie. Że to nasza wina, jeśli nam coś nie wyjdzie i nasza powinność, żeby wspinać odhaczać kolejne pozycje z naszej wyimaginowanej listy zadań. A przecież na nasze życie i na nas samych wpływ mają niezliczone szeregi zdarzeń. I inni ludzie, również. Idziemy więc przez życie z listą mocno zakodowanych postanowień noworocznych czy ubiegłorocznych, bez różnicy, i zauważamy tylko porażki i sukcesy. Całą swoją dorosłość postrzegamy właśnie jako pasmo wzlotów i upadków. A im więcej postanowień wbijamy sobie do głowy, tym więcej porażek poniesiemy. I co? I z roku na rok czujemy się coraz bardziej przegrani. A im więcej porażek w naszym życiu, tym więcej postanowień noworocznych, w dodatku coraz trudniejszych do wykonania.

Stop.

Powiedzmy sobie wyraźne STOP!

W tym roku, tak dla zgrywu, nie myślmy wcale o tej całej liście zadań na następnych 12 miesięcy. Zapomnijmy o tym wszystkim, co powinniśmy zmienić, poprawić, polepszyć. Nie róbmy żadnej noworocznej listy, chyba że listę zakupów na przyjęcie sylwestrowe. Nie bierzmy ze sobą w nowy rok tego bagażu- tej ciężkiej i niewygodnej do niesienia walizy pełnej naszych oczekiwań względem siebie i naszych wyobrażeń o oczekiwaniach innych. Otwórzmy tę walizkę, wystawmy przez okno i odwróćmy do góry dnem. Niech wszystkie postanowienia noworoczne i ten okropnie ciężki lęk przed ich niezrealizowaniem po prostu polecą z wiatrem.

I co? Lżej?

Bawcie się na Sylwestra, czy w towarzystwie czyimś czy własnym, bawcie się wesoło i bez poczucia winy. Otwórzcie szampana i wypijcie nie za Nowy Rok, ale za Stary. Za stary, dobry rok. Jeśli uda Wam się zapomnieć o tej liście postanowień, która przecież powtarza się od kilku ładnych lat i nie rozliczać Starego Roku z sukcesów i porażek...

Cóż, może się okazać, że to był na prawdę dobry czas.
Stwórzmy nowy zwyczaj. Zamiast tworzyć listę postanowień noworocznych, spiszmy na pierwszej stronie kieszonkowego kalendarza listę wdzięczności. I wypiszmy na niej wszystko, absolutnie WSZYSTKO, za co jesteśmy wdzięczni. Zapomnijmy o wyuczonej skromności i poczuciu winy, że nam lepiej od innych. W jakiejś kwestii może nam być lepiej, w innej gorzej. Tak jak wszystkim. Spiszmy taką listę sami, w zaciszu własnej intymności i nikomu nie pokazujmy, lub spiszmy ją wspólnie z najbliższymi i zachęcajmy się nawzajem do spoglądania na miniony rok z wdzięcznością. W przyszłości jedno spojrzenie na tę listę uświadomi nam, że wcale nie jesteśmy przegrani. Przeciwnie. Mamy cholernie dużo powodów do wdzięczności.

A my? My jesteśmy bardzo wdzięczni.

Za kolejny rok razem. Pełen tych małych chwil we dwoje, gdy jedno spojrzenie mówi nam, że rozumiemy się bez słów. I pełen drobnych sprzeczek i nieporozumień, które pomogły nam tylko lepiej zrozumieć siebie. Siebie nawzajem i siebie samych.

Za trudności. Wszystkie, bez wyjątku. Każda była progiem, który musieliśmy przeskoczyć. A przed każdym skokiem ustalić drużynowy plan działania.

Za te drużynowe plany działania. I za cierpliwość względem drugiej osoby, która jest w drużynie bardzo przydatna. Bez której nie ma mowy o dryblowaniu trudnościami, jak piłką i o wspólnym biegu do bramki.

Za zbiegi okoliczności/uśmiechy losu. Niepotrzebne skreślić. Mnóstwo ich dokoła. W jednym z tych uśmiechów losu spędziliśmy święta. Nareszcie zrozumieliśmy, że los uśmiecha się do nas tylko wtedy, gdy i my się uśmiechamy. Innymi słowy, nic tak nie przyciąga pozytywnych wydarzeń w życiu, jak pozytywne myślenie. Udaje nam się myśleć pozytywnie coraz częściej, choć czasami to wydaje się dosyć trudne.

Za czas. I jego kojący wpływ na rany. Gdy jako dziecko przewracałam się i zdzierałam kolano, moja babunia nigdy nie mówiła, że wszystko będzie dobrze. Mówiła, że to minie. I zawsze miała rację. Wydarzył nam się na początku roku ogromny ból. Największy z możliwych. Ból po stracie najlepszego przyjaciela. Ale z czasem ten ból mija. Jeszcze nie minął bezpowrotnie, ale mija. Mija do tego stopnia, że odważyliśmy się pokochać nowe istnienie na czterech łapach, a wspominając naszą Majcię uśmiechamy się coraz częściej, bo w naszych sercach ciepłe wspomnienia powoli wypierają to ostatnie- bolesne wspomnienie- wspomnienie pożegnania.

Za pokorę. Bo gdy wokół wydarza się wiele wspomnianych uśmiechów losu, to zaczyna nam się wydawać, że już wszystko w naszym życiu będzie cukierkowo-kolorowe. I bardzo jesteśmy wzburzeni, gdy się okazuje, że wśród całej tej dobroci jedna rzecz nie chce się po prostu ułożyć. Ta jedna rzecz, o której najbardziej marzymy. Nie wszystko w życiu da się zaplanować i uszyć pod siebie kolorowymi nićmi. To uczy pokory. A pokora uczy dystansu i zaprowadza ciszę na wzburzonym morzu myśli. Ale popłynęłam w filozoficzne zagadki. Jeśli jednak śledzicie bloga, to wiecie, o czym tu mowa. I myślę, że każdy z nas ma lub na jakimś etapie życia miał coś takiego. Wielkie marzenie, które po prostu nie chciało się ziścić. Może za bardzo chcemy. Może to nie ten czas. Może... Posiadanie w swoim życiu takiej niewiadomej i niezależnej od nas rzeczy uczy pokory. I... bycia upartym ;)

Za nowe możliwości. W ubiegłym roku zamknęło się nam przed nosem wiele drzwi, tych zawodowych i tych prywatnych. Wiemy już jednak na pewno, że żadnym trzaśnięciem drzwi nie warto się specjalnie przejmować. Gdy Cię gdzieś nie chcą, to znak, że najwyższa pora poszukać innego, o wiele fajniejszego miejsca. I tak to już chyba jest, że wraz z zamknięciem się jednych drzwi, otwierają się inne. Tylko czasem trzeba tych innych drzwi nieco poszukać. Mogą być dobrze ukryte, zarośnięte żywopłotem, lub słabo widoczne od strony głównej drogi. Warto więc zboczyć i na chwilę połazić bez celu. Rozejrzeć się po swoim życiu i poszukać innych dróg.

Za powroty. Jakkolwiek enigmatycznie to brzmi, kilka powrotów w mijającym roku zaliczyliśmy. Darek wrócił do siebie- od pół roku mieszkamy w jego okolicy. Tu się wychował, tu biegał latem za piłką i przeżywał pierwsze zakochania i balangi do białego rana. Możliwość obserwowania go wśród "jego" miejsc i znajomych to prawdziwa przyjemność. Mam czasami wrażenie, że poznaję go na nowo, tym razem poprzez pryzmat jego młodości. Ja wróciłam na dobre do pisania i do kilku innych starych nawyków, których tak bardzo brakowało mi przez tych kilka szalonych lat spędzonych w mieście. Mówcie do mnie babciu- dziergam sweterki i mam fotel na bujakach ;) Moja mama wróciła do kraju. Po kilkudziesięciu latach spędzonych w innej rzeczywistości (geograficznej i mentalnej) uczy się na nowo Polski ze wszystkimi jej cudownościami i dziwactwami, których my na co dzień nawet nie zauważamy. Uczy się też kontaktu z córką. I to drugie nie jest wcale łatwe, bo przez lata córka nauczyła się życia na własną rękę i teraz trudno się dogadać, gdy nad niedzielnym rosołem wybucha kłótnia. Jedna chce koniecznie dosypać vegety, a druga dodać kapusty włoskiej (a vegetę wyrzucić do kosza) ;) Powroty mają jednak to do siebie, że dobrze wykorzystane mogą się stać początkiem czegoś wspaniałego. Nowej podróży. Tym samym rozpoczęliśmy kilka nowych rozdziałów w naszym życiu i teraz... Wypada nam czekać i patrzeć, jaki dalszy ciąg dopisze życie.

Znajdźcie chwilę wytchnienia jeszcze w tym roku. Spiszcie prawdziwą listę wdzięczności, tak jak my. Kto wie, jakich nowych rzeczy dowiecie się o sobie. Może się nawet okazać, że mijający rok pełen był małych sukcesów i powodów do radości.

Szczęśliwego Starego Roku!