wtorek, 28 marca 2017

Bo tak właśnie działa drużyna

Chłopaki pobiegali o świcie po polu i teraz śpią smacznie na łóżku w naszych nogach. We śnie dalej gonią te wszystkie ptaszki i zające. Buba nie śpi. Udaje. Rozłożona obok łóżka (kochana Buba jako jedyna nie kwestionuje zasady "na łóżko nie wolno") czuwa. Gdy tylko Darek uchyli jedną powiekę, odtańczy przed nim radosny taniec rozmerdanego ogona strącając przy tym wszystko z naszych nocnych szafek. A zaraz potem odstawi przedstawienie pod tytułem "Biedny, głodny piesek". To jej popisowy numer. Rola godna Oscara. To nic, że śniadanie było obfite. Darek i tak się nabierze i pomaszeruje dać pieskom żwaczyka. Teraz odsypia zarwaną noc. Siedział nad projektem niemal do świtu. Ostatnie poprawki przed rozpoczęciem prac budowlanych. Taki zawód.


Mam chwilę spokoju. Tę cenną, drobną chwilę spokoju, by uporządkować myśli. Czasami czuję się w takich momentach, jak strateg wojenny. Rozkładam mapy i palcem wyznaczam trasę przemarszu wojsk. Bo każdy dzień to taka nasza mała batalia ze światem. Codzienna walka o normalność. O zachowanie spokoju w chwilach, gdy wszystko wywraca się do góry dnem. I o dostrzeganie tych mikrych i kruchych chwil, gdy dosłownie na sekundę wszystko jakoś cudownie zaczyna do siebie pasować. Układa się. Na czele tej walki stoję ja. Dumnie jak generał rozglądam się dokoła i staram się przewidzieć każde, nawet najdrobniejsze zagrożenie. Oczywiście wszystkiego przewidzieć się nie da i wtedy... No, cóż. Dochodzi do starcia z życiem. Tak właśnie było na początku roku. Ale o tym zaraz.

Codziennie tyle rzeczy trzeba upchnąć w jednym dniu, że miałoby się ochotę rozwałkować zegar i rozciągnąć godziny. Myślę, jak to będzie, gdy pojawią się kiedyś dzieci. Cóż. Będzie trzeba jeszcze mocniej rozwałkować. Tymczasem na głowy pospadało nam ostatnio dużo. I nie ma wyjścia. Jakoś to wszystko trzeba ogarnąć. A w międzyczasie jeszcze radzić sobie z codziennością. Zaraz cały dom się obudzi. Chłopaki znowu pokłócą się o to, kto ma prawo wskoczyć na kanapę pierwszy i będzie trzeba porozstawiać po kątach. Bubę przeprowadzić po schodach na dół, bo schody to samo zło i trzeba się ich bać. Darek rozpocznie swoją codzienną wyprawę badawczą w poszukiwaniu pasujących do siebie części garderoby i będzie:

- Słońce, a widziałaś gdzieś moją niebieską koszulkę?
- Tak.
- Ale gdzieś na terenie domu?
- Nie. Mijałam ją, jak wracałam ze sklepu. Była bardzo rozżalona, że nie pozwoliłeś jej nocować w szafie i postanowiła się wyprowadzić, żeby dać ci czas na przemyślenia.

A później zaraz rozpocznie się poszukiwanie karty od samochodu trwające całą wieczność, bo ktoś wymyślił, że kluczyki do auta są passe i teraz mamy samochód na kartę. Kluczyków nie gubiliśmy nigdy, bo ciężkie i brzęczą. W dodatku przypięte do ogromnego breloka są właściwie nie do zgubienia. Kartę gubimy notorycznie. Zwykle w którejś kieszeni. Ludzkość zatacza koło i zaczyna sobie deptać po piętach. Zaczynamy poprawiać rozwiązania, które są z gruntu dobre. Z różnym skutkiem. Ot, takie klucze. Co komu przeszkadzały kluczyki do auta? Wygodne to i praktyczne. Można sobie powróżyć na Andrzejki. A karta? Kartą to się można co najwyżej podrapać po...

I dalej to już dzień jak co dzień. Różne sprawy do załatwienia, telefony, spotkanie z klientami, zamówić kajaki, bo rozwijamy dalej temat naszej plaży nad rzeką. Pomiędzy- zakupy, obiady, psia micha i może jakiś spacer. Albo prace w ogrodzie, jeśli ładny dzień. Ostatnio przy wykopywaniu ziemi na nową rabatkę Koper mało nie zagryzł mi łopaty. Tak się chłopak sfrustrował, że aż zaczął żałośnie śpiewać. Robi tak, gdy już nie wie, jak inaczej zwrócić na siebie uwagę. Rabatka powstała pod orzechem. Jak się okazało- to był jego orzech. Razem z ziemią wykopałam cztery prasowane kości. Koper nie odzywał się do mnie przez resztę dnia, a nowo powstałą rabatkę z Bogu ducha winnymi szafirkami ostentacyjnie obszczał.


Nasz dzień kończy się zawsze tak samo. Najpierw wieczorną głupawką chłopaków (jest bieg przez przeszkody po kanapach i bitwa na poduszki) a na koniec trzeba jeszcze pieseły odprowadzić na posłanka na górze. Chłopaki odprowadzają się sami, w dodatku na wyścigi. Schody mamy karkołomne w naszym wynajmowanym domku, ale to im nie przeszkadza. Kto pierwszy, ten lepszy i lepiej, żeby im nikt akurat nie stał na drodze. Bubcię trzeba po schodach prowadzić i motywować. Najtrudniej jej ruszyć. Jak już pokona pierwszy schodek to nabiera takiej prędkości, że wpada na chłopaków na górze jak w kręgle. Śpią jak aniołki. Każde na swoim posłanku. Koper na swoim posłanku tylko dupskiem. Reszta spoczywa na ziemi. Tak lubi najbardziej. Jacusiowi trzeba robić z kocyka grajdołek bo do spania wybiera zawsze największe posłanie, w którym później czuje się zagubiony. A Bubie podkładamy pod pysio podusię.

I tak dzień za dniem. Bierzemy się z życiem za bary i czasami nawet udaje nam się zamienić te zapasy w niezłą zabawę z gilgotaniem i salwami śmiechu w tle. Ale jak to zwykle w życiu bywa, kiedyś wszystko się musi...

Nieszczęścia chodzą parami. Tak mówią. A ja wiem już jedno. Nigdy więcej w trudnej chwili nie powiem, że gorzej już być nie może. Bo zawsze może. W naszym przypadku nieszczęścia nie chodzą parami. W naszym przypadku nieszczęścia łączą się w ogromne tabory i przejeżdżają po nas z szybkością Pendolino.

Nie wiem, co rozpoczęło naszą serię niefortunnych zdarzeń. W nowy rok wkraczaliśmy z całą masą pozytywnej energii. Bo 2017 miał być dla nas pełen cudownych zwrotów akcji. Obrączki wybrane, w głowie i kalendarzu ułożony plan działania w kwestii... Hmm... W kwestii tych dzieci, których jeszcze nie mamy, a bardzo byśmy chcieli mieć. Nowe plany i pomysły na resztę życia zaczęły w nas kiełkować na długo przed nadejściem wiosny. A od pojawienia się w naszym życiu Jacusia czuliśmy, że cała nasza banda zrobiła się bardziej... Kompletna. Jacenty wniósł do naszego życia nową jakość. Nie. Nie nową. Starą i dobrze nam znaną. Jacuś, tak jak kiedyś Majusia, ma w sobie tyle ciepła, radości i wdzięczności za każdy dzień, że działa na nas jak balsam łagodzący wszystkie rozdrażnienia i zaczerwienienia.


I nagle coś zaczęło zgrzytać. Jakby nasze życie przez przypadek przeskoczyło nie na te tory, co trzeba. Dalej jechaliśmy do przodu, ale krajobraz za oknem zaczął się drastycznie zmieniać. A my? Nie mieliśmy nad tym żadnej kontroli.

Gdy chłopcy pierwszy raz się ze sobą spięli, wpadliśmy w popłoch. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że łączy ich przyjaźń. Od czasu do czasu pojawiał się jednak temat sporny, a wtedy żaden nie był skłonny, by odpuścić. Jacek był na przegranej pozycji. Mniejszy, delikatniejszy. Gdy po którejś awanturze przyszedł do mnie kulejąc, powiedziałam dość. I postawiłam chłopakom ultimatum. Albo się dogadacie, albo obojgu szukamy nowych domów.

Będę do końca świata żałować, że choćby przeszło mi to przez myśl. Prawda jest jednak taka, że gdyby się nie dogadali... Nie mogłam dopuścić, by Jackowi, któremu zaoferowaliśmy u nas bezpieczne schronienie, stała się krzywda.

Były spotkania z behawiorystą, była totalna zmiana w traktowaniu chłopaków. Zaczęliśmy dostrzegać ich różnice. Jacek jest typem kanapowca. Uwielbia zabawę i długie spacery, ale równie mu dobrze, gdy może cały dzień przespać. Koper... Koper jest wyzwaniem. Potrzebuje ruchu, ale nie tylko. Szybko się nudzi i instynktownie szuka nowych wrażeń. Wzięliśmy się więc za chłopaków na całego. Spacery w nowe miejsca. Indywidualne wyjścia tylko z Koperkiem i zabawa w szukanie, którą uwielbia. Musieliśmy mieć przy tym oczy dookoła głowy i zauważać każdy moment, gdy chłopcy zaczynali się najeżać, ale to zaczęło przynosić rezultaty. Do naszego domu zaczął wracać spokój.

I wtedy telefon. Mój dziadzio, najukochańszy dziadzio jest w szpitalu w Bydgoszczy. Niby tylko badania, ale tydzień w szpitalnym łóżku trudno nazwać wakacjami. Chłopaki wciąż wymagali naszej czujności, ale uznaliśmy, że Darek sobie poradzi. Może nawet taki moment beze mnie dobrze im zrobi. Trochę luzu. Miałam jechać autobusem, ale w ostatniej chwili Darek stwierdził, że mnie zawiezie. Zabrał się z nami również jego brat. Uwielbiam jeździć samochodem, a taka przejażdżka to świetny moment, by pogadać i się pośmiać.

Nie ujechaliśmy pół drogi- telefon. Zadzwoniła mama chłopaków. Źle się poczuła. Kilka pytań i już wiedzieliśmy, że sprawa jest poważna. Błyskawiczny telefon po pogotowie i po sąsiadów. Z trasy pojechaliśmy prosto do szpitala.

W szpitalu... Ech... Brutalne zderzenie z rzeczywistością. Mama nieprzytomna. Badania porobione, wyniki są ale trzeba czekać na lekarza, żeby te wyniki odczytał. Czekaliśmy kilka godzin. Czekaliśmy my, czekała mama. Później wszystko zamieniło się w lawinę zdarzeń. Rozległy wylew, transport do Warszawy, operacja.

Przez dwa tygodnie dzieliliśmy życie między szpital i dom. I graliśmy w totka. Bo jak inaczej nazwać codzienne trzymanie kciuków i skreślanie kolejnych zmartwień? Na początku powtarzaliśmy sobie: "Jest dobrze, ale nie cieszmy się, bo wszystko się jeszcze może zdarzyć".

A jednak wygraliśmy los na loterii. Mama z dnia na dzień czuła się lepiej. Kto nie wiedział, że miała wylew, w życiu by się nie domyślił.

I gdy już zaczęło z nas schodzić napięcie i zmartwienie... Chłopcy spięli się kolejny raz. Tym razem skończyło się u Jacka szwami.

Nie potrafię... Nie znam takich słów, żeby opisać, co wtedy czułam. Nasz świat powoli walił się i palił. Udawało nam się ugasić jeden pożar, a ogień zaraz wybuchał w innym miejscu. To wtedy wypowiedzieliśmy te słynne słowa. Gorzej już być nie może. Myliliśmy się.

Schodząc któregoś dnia do piwnicy, Darek pośliznął się i upadł na rękę. Może zawiniło słabe oświetlenie, może zmęczenie ostatnimi wydarzeniami. Efekt? Złamanie z przemieszczeniem. Niewiele pamiętam z tych kilku dni. Wiem tylko, że ze zmęczenia chodziłam na rzęsach. Zawiozłam Darka na SOR. Z poczekalni obdzwaniałam znajomych i szukałam kogoś, kto by nam pomógł pogodzić Jaculę i Kopra. W szpitalu Darkowi zrobili prześwietlenie, ale chirurg stwierdził, że "niczego nie widzi". Doradził altacet. Ze złamaną ręką nadal jeździliśmy odwiedzać mamę w szpitalu. Chłopców zostawialiśmy pod naszą nieobecność w osobnych pokojach. Na próżno. Koper nauczył się otwierać klamkę, a Jacuś wyciągał spod drzwi gumową blokadę. Wracaliśmy do domu i zastawaliśmy ich śpiących na jednym posłaniu jakby nigdy nic.

Wiedziałam, że czeka nas poważna rozmowa na temat przyszłości Jacka i Kopra. Wiedziałam też, że liczba opcji drastycznie nam się zmniejsza. Ale Darek nie pozwolił mi nawet wypowiedzieć na głos tego, czego oboje się obawialiśmy. Ze złamaną ręką zabierał ich na spacery, żebym trochę odpoczęła.

Ostatnia próba. Spotkanie z behawiorystą. Tym razem okazało się, że wszystko, co do tej pory wiedzieliśmy o wychowywaniu psów to bzdura. Najlepsze podejście? Zdrowy rozsądek, konsekwencja i spokój. Z marszu polubiłam nowe metody, ale miałam mnóstwo obaw. Wiedziałam, jak bardzo chłopcy potrafią się zatracić w awanturze i wpadałam w panikę na samą myśl, że to się znowu zdarzy. Bezsilności, jaką się wtedy czuje, nie da się z niczym porównać.

Ale mama Darka czuła się zupełnie dobrze. Lada dzień miała wyjść ze szpitala. Ręka, nastawiona przez lokalnego znachora, zrastała się i bolała coraz mniej. Czyżby? Wszystko znowu zaczynało się układać?

Doszliśmy do wniosku, że napięcie między chłopakami nie jest niczym innym, jak tylko lustrzanym odbiciem naszych nerwów. Od kilku tygodni w naszym domu atmosfera była tak napięta, że dałoby się ją pokroić nożem. Całe szczęście już teraz będzie lepiej- mówiliśmy. - Teraz wszystko się już uspokoi.

Na dwa dni przed powrotem mamy Darka do domu, telefon. Ostatnimi czasy wykształciła się we mnie autentyczna awersja do dźwięku dzwonka. W słuchawce zmęczony i zmartwiony głos babci. Z dziadkiem źle. Nie wstaje już z łóżka.

Spakowałam się w jeden plecak i następnym pociągiem ruszyłam do Koszalina. Darek został z psami i złamaną ręką żeby doglądać mamy. Całą podróż wpatrywałam się w tę samą stronę książki i zastanawiałam się, czy jadę do dziadzia, żeby mu dodać otuchy, czy żeby się pożegnać. W pewnym momencie łzy jak grochy dosłownie wylały się z moich oczu. Widocznie już się tam nie mieściły. Wytarłam je szybko ręką, zamknęłam książkę i resztę drogi udawałam, że śpię. Młoda dziewczyna obok mnie przez całą drogę trajkotała z koleżanką o planowanym ślubie. Jak cudownie byłoby być na jej miejscu- myślałam - i martwić się jedynie o to, czy koronkowy tren nie zaplącze się w obcasy w tańcu.

Dojechałam do dziadków późnym wieczorem. Zdążyłam tylko życzyć dziadziowi dobrej nocy i porozmawiać chwilę z babcią. Następnego dnia wstałam o szóstej i... Zamieniłam się w automat. To chyba najlepsze określenie. Biegałam po zakupy, załatwiałam różne sprawunki, nagotowałam obiadu na kilka dni, i pomogłam babci posprzątać, bo ze wszystkim, co do tej pory dzieliło się na dwie osoby została nagle sama. A dziadzio? A dziadzio jak się okazało był po prostu bardzo zmęczony. Ze zwykłych badań w szpitalu wrócił obolały, przemęczony i z ogromną odleżyną na nodze. Bo tak to już jest w naszym kraju, że szpitale są różne. W jednych się leczy, a w innych wpędza w choroby.

Pojechałam do dziadków na dwa dni, zostałam na tydzień. Wyjechałam dopiero, gdy widziałam, że babcia da już sobie radę. Dziadzio obiecał, że jak następnym razem się zobaczymy, to zabierze mnie na spacer. Zamierzam trzymać go za słowo. Z przyjemnością.

Teraz wszystko już wraca powoli do normy. Powoli, bo ostatnie wydarzenia spowodowały takie spiętrzenie różnych spraw do załatwienia, że Darek siedzi po nocach by nadgonić z pracą, a ja dopiero dziś znalazłam chwilę, by usiąść i coś napisać. Hmm... Dłuższą chwilę, sądząc po długości tekstu. Nasze dni wróciły do normy. Do tej zwariowanej i zabieganej, psio-domowej normy, której nam ostatnio tak bardzo brakowało.

Chłopaki zdążyli się już przebudzić i właśnie bawią się na łóżku w zabawę "kto komu zajrzy głębiej do paszczy". Jacuś ma przewagę, bo siedzi na Koperku. Z góry łatwiej jest wylizać przeciwnikowi podniebienie. Darek nadal śpi, co doprowadza Bubę do granic wytrzymałości. Nadal udaje, że też śpi, ale ogonek już majta co chwilę, jakby na próbę przed głównym występem. Zaraz cały dom się obudzi i zapanuje chaos. Radosny, kochany chaos codziennego życia.


I choć już wiem, że nieszczęścia chodzą parami a czasami nawet spadają nam na głowę całą lawiną... Wiem też, że razem damy radę. I nawet jeśli jedno z nas na moment się przestraszy i postanowi zrezygnować, to drugie mu na to nie pozwoli. Bo tak właśnie działa drużyna. A nasza jest wyjątkowa. Psio-ludzka.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Owoc przyszłości

Darek bierze do ręki mandarynkę, wpatruje się w nią i zamiera w bezruchu. Robi przy tym minę a la Albert Einstein czekający na spadające mu na łeb jabłko. W końcu nie wytrzymuję i pytam:

- Co ty się tak w tę mandarynkę wpatrujesz? To zaczarowana kula, czy co?
- Tak jakby- odpowiada zamyślonym głosem.
- Da się z niej wyczytać przyszłość?
- Da się. Widzę na przykład, że zima się zbliża. Bo najlepsze mandarynki są zimą.
- To jak już widzisz w niej przyszłość, to przynajmniej mi powiedz, kiedy za mąż wyjdę.
- Aż tak daleko mój wzrok nie sięga.
- ????!!!!
- Bo mandarynka taka malutka. Musiałbym spróbować co najmniej z arbuzem.
- A skąd ja ci arbuza wezmę w listopadzie?
- No, sama widzisz. Sytuacja patowa.

źr. /pinterest/

wtorek, 25 października 2016

Szczęście wydarza się mimochodem

Siedzę wieczorem na kanapie i misternie dziergam szalik na zimę. Mam już prawie połowę, a zeszło mi się na to chyba z miesiąc. Czasu zawsze tak mało. Kochanie siedzi na górze nad projektem, Koper drzemie obok mnie na kanapie, a Buba pochrapuje w swoim posłanku. W drewutni śpią wtulone w mamę cztery małe sysaki, a w nowiutkiej, ocieplonej budzie wyłożonej słomką śpi Jacuś, co do którego mamy pewne niecne plany, ale o tym zaraz. Po domu cicho szeleści odgłos śpiących psów, a w okna stukają krople deszczu. Gdzieś pod płaszczem zagmatwanych myśli pojawia się ta nieśmiała myśl, co to boi się wyrazić na głos. W obawie, że czar pryśnie, że słowo zapeszy. Myśl, że szczęście jest. Po prostu jest. Wydarza się tu i teraz. Mimochodem.


W nowym gniazdku na wsi zwanym pieszczotliwie Dziuplą nie mamy telewizora. Od miesięcy planujemy sobie przywieźć stare, czarne pudło z Warszawy i ustawić na szafce, by wypełniło dźwiękami popołudniową ciszę. Planujemy i... Zawsze coś nas powstrzymuje. Mieć telewizor? Ale po co?

Obejrzeliśmy ostatnio wiadomości wieczorne u mojej mamy. Wróciłam do domu psychicznie zmaltretowana. Jak po praniu mózgu. Za dużo. Cały mój umysł krzyczał: za dużo!

Jedne kobiety walczą o wolność, inne o życie. Nagle się okazuje, że można ze sobą walczyć używając tych dwóch haseł, choć przecież oba są jednakowo ważne i jednakowo pozytywne.

Jedni krzyczą, żeby coś wyjaśniać, inni- żeby to pogrzebać w przeszłości. Nikt jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby wyjaśnić i wtedy pogrzebać, bo przecież wiadomo, że najbardziej drażnią sprawy nie wyjaśnione, a zamiatanie pod dywan jest możliwe tak długo, jak długo kurz pod dywanem się jeszcze mieści. Kiedyś przestaje się mieścić i mamy wielki bałagan do ogarnięcia.

Codziennie na świecie wybucha jakaś nowa wojna, w której giną niewinni ludzie, a w telewizorze mądre głowy dywagują, czy maryśka powszechnie w Polsce dostępna, choć może nie w sklepie jest tylko narkotykiem czy też może być medyczna. Nagle wszyscy ogłupieli i zapomnieli że morfina to też narkotyk. I jest medyczna. Ale o morfinę nikt się nie spiera, a jeszcze do niedawna był w aptekach dostępny lek przeciwbólowy z kodeiną- pochodną morfiny. Bez recepty.

Matko- myślę. - Czy ci wszyscy ludzie powariowali? Tyle gadania, tyle sporów... Po co? Żeby tylko udowodnić innym, że to właśnie ja mam rację. Po co?

Jakie to u licha ma znaczenie, kto ma rację? Wszyscy ją mamy. Z racją już tak jest, że każdy ma jej po trochu. Prawda to już inna bajka. Ta jest jedna i niepodzielna. Tylko że akurat w telewizorze pojawia się rzadko.

Sama mam na każdy temat swoje racje, ale chyba już mi przeszedł pęd do walki. Nagle zdałam sobie sprawę, że wykłócanie się o to, kto tej racji ma najwięcej to czysta strata czasu i energii. Innych proszę tylko o jedno. O szacunek dla moich wyborów, bo są moje i tylko moje. Do nikogo innego należeć nigdy nie będą. I o ile nie krzywdzę innych, nikt nie ma prawa mi mówić, co powinnam robić i co powinnam myśleć.

Odkładam swoje prawie pół szalika, głaszczę drzemiącego Koperka i idę założyć ciepłą bluzę i kalosze. Wychodząc wołam w kierunku schodów, że zaraz wrócę. Darek nie pyta, gdzie idę. Wie, że gdybym tylko mogła, rozłożyłabym sobie w drewutni łóżko polowe i w ogóle stamtąd nie wychodziła.

- Słońce, nie przesadzasz troszkę? - pyta tylko czasami. - Przecież maluchy mają mamę. Ona się o nie zatroszczy.
- Wiem, wiem. Ale ja nie będę spokojna, jeśli nie zajrzę, nie sprawdzę. Czy mają ciepło, czy nie są głodne, czy któreś nie wylądowało przypadkiem pod śpiącą mamą, czy nie wypadło z posłanka, a może któregoś boli brzuszek i trzeba pomasować...


Latam więc co chwilę w tę i z powrotem i doglądam.

Uchylam cichutko drzwi drewutni i mówię zwyczajowe "Cześć, kochani!", bo przecież przyszłam odwiedzić przyjaciół.

Biegną mi na powitanie 2 czarne łepki wiecznie dziękujące spojrzeniem za ten skromny dach nad głową. Nie ma za co - mówię i głaszczę każde z osobna.

Agatka wskakuje z powrotem do posłanka i spogląda na mnie z dumą. Zobacz- zdaje się mówić - jak rosną. Coraz mniej w jej spojrzeniu strachu. Nie ma powodu się martwić. Pomagamy jej jak możemy. Dbamy, jak o swoje. Szukamy nowych domów. Codziennie po kilka razy pilnuję, by najmniejsze dostało się do najlepszego cysia.


Maluchy ziewają rozespane i instynktownie wtulają się w maminą sierść. Misio ląduje standardowo pod agatkowym uchem. Głaszczę te ciepłe i mięciutkie ciałka i już wiem. To jest szczęście. Właśnie się wydarza. I w tym zaklęta jest jedyna i niepodzielna prawda.

A Jacuś...

... Zostaje z nami. :)

piątek, 30 września 2016

Jak już umrzesz

Wracam do domu i wołam Darka. Zastaję go z zaczerwienionym nochalem i szklistymi oczami w łóżku.

- Kochanie, tylko mi się teraz nie rozchoruj. Tyle mamy teraz spraw na głowie. Hydraulika trzeba wezwać, kaloryfery odpowietrzyć, do Agatki i maluchów zaglądać, Jaca na spacery zabierać i osobno nasze pieseły i po auto w sobotę mamy pojechać i jeszcze ta imprezka w weekend...
- Wiem. Odwołaj wszystko. Ja umieram.
- Biedactwo. Masz gorączkę?
- Nie.
- Ból głowy, mięśni?
- Nie.
- Wymioty, biegunkę?
- Nie.
- Wysypkę?
- Też nie.
- Ból gardła, kaszel?
- Nie.
- A to co ci dolega?
- Katar.
- Kochanie, nie chcę cię martwić, ale jeśli planowałeś umrzeć na katar, to raczej nic z tego.
- Dlaczego?
- Na katar się nie umiera.
- Umiera się. Jestem na to żywym dowodem.
- A więc jednak żyjesz, ty żywy dowodzie. To wstawaj i dzwoń po tego hydraulika.
- Już. Tylko jeszcze chwilkę poleżę i poumieram sobie.
- Dobrze. Jak już umrzesz, to zejdź na dół. Zrobię ci herbatę.

źr. /pinterest/

środa, 28 września 2016

Się powyrabiało, czyli psia rodzinka.pl szuka domków

Wyszłam rano przywitać się z naszymi znajdkami- Jackiem i Agatką i dać im śniadanie. Po chwili wróciłam nieco zdezorientowana i zagadnęłam robiącego nam herbatę Darka.

- Kochanie, a pamiętasz, jak się zastanawialiśmy, czy Agatka przypadkiem nie jest w ciąży?
- No, pamiętam.
- No, to już nie jest.

Tego ranka Agatka nie wybiegła z drewutni na powitanie, jak miała w zwyczaju. Wprost przeciwnie. Niosąc naszym znajdkom śniadanko (twarożek z jabłuszkiem i odrobiną kaszy jaglanej) spotkałam się z nietypową sytuacją. Jacuś siedział przed drewutnią czujny jak strażnik w Sing Sing. Gdy tylko zbliżyłam się do drzwi, Agatka wybiegła mi na spotkanie podekscytowana i wyraźnie próbowała mnie gdzieś zaprowadzić, coś pokazać. Jacusiowi wejść do środka nie pozwoliła. Biedak wsadził tylko łeb i dostał takie bęcki, że aż zaskowytał. Weszłam i już wiedziałam. Z najdalszego kącika dobiegał ni to płacz, ni to nawoływanie. Pojękiwania mające w sobie tyle żalu i skargi, że zimno, że mama na chwilę odeszła, że cysia nie ma w zasięgu pyszczka... Nie ma na świecie kobiety, która nie uległaby takim nawoływaniom. I nie różnią się one zbytnio u szczeniąt ludzkich i psich. Spojrzałam na Agatkę. Spojrzałam głęboko w jej złoto-brązowe oczka. Było w nich tyle czujności i strachu o maleństwa. I tyle czułości i podekscytowania zarazem. Było też może ociupinkę zdziwienia. Agatka została mamą. Zobacz- zdawała się mówić. – Ale się powyrabiało.

- Ale się powyrabiało – stwierdził Darek lejąc wodę zamiast do kubka, to obok niego, jakby czytał nam w myślach.


Nasze zmartwienie się powiększyło. Teraz martwimy się, czy uda nam się znaleźć domki już nie dla dwóch znajdków, ale dla sześciu.

Jak to możliwe, że nie zorientowaliśmy się, że Agatka jest w ciąży, nie wiem. Mieliśmy podejrzenia. Pewnie. Zaokrąglony brzuszek Agaci był oglądany przez weterynarza. I nic. Przypisaliśmy to jej łakomstwu. Mieliśmy dla pewności wykonać USG w najbliższych dniach... Teraz już nie musimy.

Przynieśliśmy jedno z dawnych posłań Buby (takie z wysokimi ściankami), wyłożyliśmy ciepłymi kocami i zadbaliśmy, żeby w drewutni nie było przeciągów. Posłanie Jacusia odsunęliśmy w drugi kąt, żeby jego obecność nie stresowała mamy i maluchów. Gdy przekładałam te mikre i cieplutkie ciałka do nowego posłanka (pod bacznym spojrzeniem Agatki) poczułam, że jest w tym wszystkim jakiś głębszy sens. Jacuś i Agatka nie są rodzeństwem, jak myśleliśmy na początku. Ich przywiązanie i ogromna opiekuńczość Jaca mają inne podłoże. Są psią rodziną. Teraz już wiemy, dlaczego porzucono ich w lesie. Powodem są cztery maleństwa, które miały się narodzić. Człowiek Agatki wiedział, że zostanie mamą. I z czystym sumieniem wyrzucił ją z domu. Czy Jacek został wyrzucony razem z nią, czy pobiegł za nią z własnej woli, nie wiemy. Wiemy jednak, że przez cały ten czas, gdy tułali się po lesie, pilnował jej. Oddawał jej swoje jedzenie i przynosił dla niej upolowane myszki. Był z nią na dobre i na złe. Nawet wtedy, gdy właziła mu na głowę i spuszczała bęcki o byle co. Nawet wtedy, gdy już ich przygarnęliśmy i byli bezpieczni. Nie odstępował jej na krok. Dziś znamy już powód jego opiekuńczej postawy. A właściwie cztery małe powody.

Co by się stało, gdybyśmy nie znaleźli Jacka i Agatki? Czy przygarnąłby je ktoś inny? Czy Agatka musiałaby urodzić swoje maleństwa pod jakimś krzakiem w lesie, gdzie zimno i mokro?

Psia rodzinka trafiła pod naszą opiekę. Tak miało być. Jeszcze kilka dni temu zamartwialiśmy się, jak to będzie. Idą jesienne chłody, nad ranem trawa już oszroniona, a my mamy znajdkom do zaoferowania tylko nieocieploną drewutnię. W dodatku Jacek i Koperek szczerzą na siebie zęby przez furtkę, a Jaco w wolnej chwili próbuje się tu i ówdzie przekopać na terytorium rywala. Po głowach chodziły nam różne rozwiązania. Zastanawialiśmy się nad opcją „schronisko”, bo choć byłoby to naszą porażką, momentami nic innego nie przychodziło nam do głowy. Ogłoszenia publikowane na forach i stronach poświęconych psim adopcjom nie dawały odzewu.

Tego ranka, gdy herbata stygła na kuchni, zajrzeliśmy do drewutni razem. Stanęliśmy w drzwiach patrząc jak psia mama troskliwie podsuwa sobie noskiem maleństwa pod brzuszek i...
... I cała reszta przestała mieć znaczenie.


Jeszcze nie mamy pomysłu, co zrobić, gdy przyjdą prawdziwe chłody. Jedno jest pewne. Zarówno Koperka, jak i Jacka czeka pewien zabieg. A z resztą zmartwień jakoś sobie poradzimy. Jedno po drugim. Teraz muszę tylko trochę wcześniej wstawać, żeby nagotować dla wszystkich jedzonka. Psia mama je za dwoje. A właściwie za czworo. Za czworo małych klusek ;)

Kochani,
jeśli chcecie pomóc Jacusiowi, Agatce i ich dzieciakom, to jest na to kilka możliwości.

W pierwszej kolejności na nowy domek czeka Jacuś. Mały dżentelmen o bardzo czułym sercu już nie musi opiekować się swoją ukochaną. Agatka jest bezpieczna. Ma teraz maleństwa na głowie i niestety bardzo gnębi Jacusia. Nie pozwala mu nawet spokojnie przejść obok siebie bez opierdzielenia go i przetrzepania mu karku. Jacuś spełnił już swoje zadanie i potrzebuje domu, w którym mógłby wreszcie odpocząć. Jest bardzo spokojnym i grzecznym psiakiem. Lubi dzieci i jest delikatny. Proszę, pytajcie znajomych. Może ktoś właśnie szuka wiernego i spokojnego towarzysza, którego da się wziąć pod pachę ;)

Maleństwa i Agatka będą do oddania za około 2 miesiące, ale oczywiście można je adoptować już teraz. 2 dziewczynki (czarne) i 2 chłopców (czekoladowych). Wszystkie maluchy są zdrowiuchne, opijają się mlesiem do upadłego i radośnie popiskują. Będą wielkości rodziców- czyli nie będą nawet sięgać do połowy łydki. Wygląda na to, że po tatusiu będą miały krótką i gładką sierść. Będziemy o nich pisać regularnie na fejsbuku. Również pytajcie znajomych. Może ktoś szuka psiej dzidzi?

Proszę, publikujcie nasze rodzinne wieści na swoich fejsbukach. Niech się niesie w świat nasza prośba o domki dla psiaków. Nad naszą głową nadal wisi widmo mrozów. Jeszcze nie wiemy co zrobić z psiakami, gdy zrobi się zimno. Drewutnia może nie wystarczyć. Agatka zostaje u nas dopóki maluchy nie podrosną, coś wymyślimy. Ale Jacuś potrzebuje PILNIE domku. Pomóżcie nam, proszę.

PS A sposób na pyszny i pokrzepiający twarożek z jabłkiem i kaszą jaglaną jest prosty. Szklankę kaszy jaglanej gotujemy w 2 szklankach wody "na sypko". W rondelku rozpuszczamy łyżkę oleju kokosowego (używam nierafinowanego) i mieszamy z kaszą. Dodajemy jedno starte jabłko i 300 g tłustego twarogu. Podgrzewamy tylko tyle, żeby było ciepłe, inaczej zarówno drogocenny olej jak i jabłuszko wiele stracą. Można dodać łyżkę miodu. Jesienią taki naturalny antybiotyk to dobry pomysł. Podajemy ciepłe i patrzymy, jak się uszy trzęsą. 




czwartek, 8 września 2016

Wszystko jest na mojej głowie, czyli gdzie byliśmy, kiedy nas nie było

Dawno nie napisałaś nic na blogu – powiedział któregoś ranka Darek. – Jesteś pewna, że to nie koniec twojej blogerskiej przygody? Właśnie ogarnialiśmy śniadanie naszych psowatych, co wymaga współpracy i koncentracji. Najpierw przygotowujemy cztery michy jedzenia, później ja stawiam dwie większe na podłodze i pilnuję, żeby Buba i Koperek zajęli się pałaszowaniem swojego posiłku, podczas gdy Darek wymyka się cichcem z domu i zanosi dwie mniejsze miski do ogrodu. Musi przy tym pokonać stare, skrzypiące drzwi, strome schodki i obrośniętą winem furtkę do ogrodu. I dopilnować, by nasze futrzaki nie pokonały tej samej drogi w ślad za nim. Gdyby wybiegły na ogród, mogłoby dojść do starcia wojsk polsko-niemieckich. Hmm... Niezbyt to poprawne politycznie określenie, ale właśnie tak by to wyglądało. Dlaczego? O tym zaraz.


Śniadanko
Koniec? Ja? Że niby ja miałabym przestać pisać bloga? We łbie nie potrafiło mi się zmieścić to, co zasugerował Darek. Przecież blog to właściwie moje drugie ja. Moje życie. Moja pasja. Zaraz też wpadłam w doskonale mu znaną formę mnie. Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie. Tak będę o sobie mówiła na potrzeby tego wpisu. Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie to postać komiczna. 

Po pierwsze primo, zawsze wynajduje sobie milion zajęć, z czego przeważająca większość nie ma szczególnego znaczenia i jest wymyślana tylko i wyłącznie na potrzeby stworzenia zasłony dymnej, która ma ukryć fakt, że z różnych powodów boi się zmierzyć z tym, co jest faktycznie istotne. Wiecie, jak z tym pracowaniem. Muszę pracować. Nie chce mi się. No, to najpierw sprawdzę sobie maile, poukładam na biurku, przejrzę doniesienia ze świata mody. I pod koniec dnia wpadnę w panikę, że znowu nie popracowałam. No, właśnie.

Po drugie primo, Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie podchodzi do wszystkich swoich zajęć absolutnie i śmiertelnie poważnie. Nie ma więc znaczenia, czy chodzi o rozwieszenie prania, wypielenie ogródka, czy rozkręcenie intratnego biznesu. Wszystko musi być wykonane perfekcyjnie. 

Po trzecie primo... Co tu dużo gadać? W życiu każdego człowieka przychodzi czasem taki moment, że zaczyna się wydarzać tyle, że właściwie nie pozostaje nam nic innego, jak tylko usiąść wygodnie w fotelu, rozłożyć ręce i przeczekać. Problem polega na tym, że Zuzia Wszystko Jest Na Mojej Głowie w ogóle nie bierze takiej opcji pod uwagę. Wszystko trzeba jakoś ogarnąć i wszystkim trzeba się zająć. Oczywiście w pojedynkę, bo przecież tylko ja wiem, jak odpowiednio segregować faktury, układać to cholerne pranie i pielić bratki (trzeba urywać uschnięte kwiatki zanim zawiążą główki z nasionkami- wtedy obficiej kwitną). Finał jest taki, że nie pamiętam już kiedy ostatnio usiadłam w fotelu. Z doniesień znajomych wiem, że mam w kuchni bardzo wygodny fotel.

Dosyć tego – pomyślałam. Dosyć przejmowania się wszystkim i całodobowo. Psy nakarmione, wojny udało się znowu uniknąć, alleluja! Wzięłam zakurzony laptop, podeszłam do fotela w kuchni i nieśmiało, przepraszająco wręcz, zasiadłam. Najpierw prosto, jak rodzice przy stole uczyli, by już po chwili rozsiąść się wygodnie z odnóżami przewieszonymi przez oparcie. Cholera! – pomyślałam. – Naprawdę wygodny ten fotel. Własność właścicieli domu, który wynajmujemy. Jeden z tych mebli, co do których się uparłam, że nie wynosimy do piwnicy. Fotel zostaje i basta! No, właśnie. Bo wynajmujemy dom we wsi. Ale o tym też zaraz.


Podobno wygodny fotel ;)
Otwieram stronę swojego bloga, żeby zobaczyć, o czym to ja tam ostatnio... Jezu Smaryjo! (tak wołałam w dzieciństwie i akurat przyszło mi to określenie do głowy). Ostatni wpis na początku kwietnia. Jeszcze tylko szybki look na datę, czy oby na pewno chodzi o kwiecień tego roku... Uff!
Siedzę i wgapiam się w monitor. Co ja mam teraz zrobić? Wysłać wszystkim czytelnikom prywatną wiadomość z przeprosinami? Będzie trudno. Napisać oficjalną wiadomość na facebooku, że miałam ciężki wypadek i wylądowałam na kilka miesięcy w szpitalu? Na co się trafia na kilka miesięcy do szpitala? W między czasie namiętnie publikowałam zdjęcia swoich psich dzieci, więc nic z tego. No, dobra. To nie pozostaje mi nic innego, jak tylko... Nadrobić ten stracony czas. 

Biorę kartkę i długopis (tradycyjne metody górą!) i próbuję spisać, co to też się przez te kilka miesięcy działo u Ja, ty i 2 psy. Lista niezbyt okazała ale ma wiele podpunktów zapełnionych tymi nieistotnymi sprawami, co to wszystkie są na mojej głowie. 

W zeszłym roku była przeprowadzka na wieś do cudnego, starego dworku. O tym gdzieś tam, kiedyś pisałam. Ale nic nie trwa wiecznie, a zwłaszcza te rzeczy, które miały być z założenia tymczasowe. Zamieszkaliśmy z moją mamą żeby, będąc już na wsi, poszukać czegoś własnego. Wytrzymaliśmy rok. Kolejna przeprowadzka. Dom wynajęty od znajomych w samym centrum wsi (określenie trochę na wyrost). Od frontu widok na kościół (i coniedzielne kazania docierające do nas z kościelnych głośników), po prawo cmentarz (codziennie przypominający nam o nieuchronności tego, co nas czeka), po lewo tablica ogłaszająca koniec wsi (mówiłam, że centrum to określenie na wyrost), a z tyłu pole i pasące się krówki (i aromat „wiejska bryza” wpadający przez otwarte okna). Ale ja- jak nakręcony króliczek Duracella. Trzy miesiące remontowałam, odgruzowywałam i sprzątałam stary dom, w którym przez kilka lat mieszkały tylko pająki i mała myszka znaleziona w piwnicy. Panie świeć nad jej duszą. Na cmentarz nie miała daleko. Kuchnię odmalowaliśmy na kolor świnkopeppowy (kto ma dzieci, ten wie o co chodzi) i wierzcie lub nie- to był Darka pomysł. Siedzę sobie teraz w tej różowiuchnej kuchni pachnącej już moim gotowaniem i czuję się królową wszechświata. Bo podobno, co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wzmocniło nas takie ciągłe przeprowadzanie się. Jesteśmy teraz o milion razy bardziej elastyczni niż kiedyś. Potrafimy się obejść z minimalną ilością rzeczy, bo mnóstwo bambotli pogubiło się gdzieś między miejscem zamieszkania numer 1, 2 i 3. Udało nam się też coś nadzwyczajnego. Ze starego budynku a la betonowa kostka zrobiliśmy miejsce pachnące i smakujące domem. I to przy minimalnym nakładzie. Finansowym, bo pracy było w pytę. Jest coś szczególnego w takim wiciu gniazdka. Jakiś rodzaj podekscytowania i przygody. Bo urządzasz to swoje nowe miejsce i myślisz sobie: „O! Tu będę siedzieć pod kocykiem i czytać. A tu będę gotować z widokiem na pasące się krówki.” Zupełnie jakby się tworzyło swoje życie na nowo.


W poszukiwaniu nowych ścieżek

Gdy tak sobie urządzaliśmy gniazdko, w między czasie działo się wiele spraw księgowo-urzędowo-firmowych. W szczegóły nie będę wchodzić, bo to ani miejsce ani czas. Dla potrzeb wytłumaczenia mojej nieobecności na blogu powiem tylko, że nawet w najgorszych koszmarach nie spodziewaliśmy się, że zrobienie zwykłego baru nad rzeką będzie wymagało tyle cierpliwości i czasu. O planowanym przez nas hotelu nie wspomnę. Niech żyją urzędy i prawa, które są jak wiersze. Interpretacja zależy od interpretującego.


Zawsze uśmiechnięta Agatka
Zrozumieliśmy też, co mieli na myśli nasi znajomi, gdy- dowiedziawszy się rok temu, że przeprowadziliśmy się na wieś- powiedzieli: „Teraz to się już od psów nie opędzicie.” Wygląda na to, że ludzie mieszkający na wsi i posiadający odcisk psiej łapy na sercu są traktowani jako swego rodzaju mini schroniska. Takie okna życia dla psów. Niechcianych, chorych i takich, które po prostu się znudziły. Znaleźliśmy już 4 psiaki. Dwóm nadal szukamy domu. Temat rzeka i  to niestety zanieczyszczona, bo wygląda na to, że jak pies się błąka po lesie, to jest biedny i trzeba mu pomóc, ale jak już go ktoś przygarnie i chce mu znaleźć dom, to już taki biedny nie jest. Fundacje co najwyżej poklepią po ramieniu i powiedzą, że się dobrze zrobiło, ale to na tyle. Mają dosyć swoich podopiecznych, a przecież psiakom nie grozi już żadne niebezpieczeństwo. Co można w tej sytuacji zrobić? Można zadzwonić do gminy, bo ma przecież obowiązek zająć się psami bezdomnymi. I tu jest problem, bo jeśli pies jest już przygarnięty, to nie jest bezdomny. Można go było zostawić w lesie i wtedy zgłosić gminie. Ale do tego trzeba by mieć serce z kamienia. A my go niestety nie mamy. Zresztą telefon do gminy równa się odwózka do schroniska. Nie, dziękuję. Podwieźć do schronu możemy i sami, ale to żadna opcja. Powtórzę za Darkiem. Żaden pies nie zasługuje na schronisko. Ale niektóry człowiek, owszem. Na przykład ten, który wyrzucił nam te dwie bidy do lasu nad rzeką. Prawdopodobnie rodzeństwo, prawdopodobnie chowane blisko człowieka, w domu. I prawdopodobnie się znudziły. Może problemem było zachowanie Agatki. Bo lubi się bawić. Właściwie, to poza jedzeniem tylko zabawa jej w głowie. Żeby zachęcić do zabawy, skacze. Nikt nie wpadł na pomysł, by ją tego po prostu oduczyć. Maluchy przebywają u nas już od dwóch miesięcy. Dbamy, kochamy i szukamy im domów. My możemy im niestety zaoferować tylko nocleg na kocykach w drewutni. Dziewczyny nie przypadły sobie do gustu a panowie są gotowi urządzić sobie inscenizację "Ojca chrzestnego" w naszym ogródku.


Całuśny Jacuś i nasza betonowa kostka :)
Dobra- starczy już tych podpunktów na liście, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się użalam nad sobą. Nie narzekam. Układamy sobie to nasze wspólne życie na ogół po swojemu i jest nam dobrze. Tylko czasem jakoś tak za dużo tych spraw, którymi trzeba się zająć. Zwłaszcza nieswoich spraw. Nie tylko blog na tym cierpi. Od pół roku próbuję już skończyć książkę. Na razie cicho sza, bo ja z tych, co to nie lubią się chwalić. Wystarczy już tylko spisać zakończenie i będzie gotowa. Tylko kiedy ja to zrobię? Biorę z powrotem laptop i już chcę zacząć pisać pierwszy od pół roku wpis na bloga...

Darek zbiega po schodach na dół.
- Słońce! Nie widziałaś gdzieś mojego notesu? Tego czarnego.
- Na stoliku obok łóżka.

Tylko Darek zniknie z powrotem na schodach, dzwoni telefon. Mama prosi, żeby ją podwieźć do sklepu. Robię w głowie szybki rachunek. Trzy godziny wyjęte z życia, bo zakupy dla mojej mamy to rzecz święta, a świętość należy celebrować. Umawiamy się za godzinę. Do tego czasu zdążę coś sensownego napisać.
Odkładam słuchawkę (a raczej wciskam to czerwone kółeczko na smartfonie) i nagle słyszę furgot, jakby stado koni przebiegało przez korytarz. Cała podłoga drży, Koper i Buba wpadają roześmiani do kuchni. Buba siada i wpatruje się we mnie tym swoim labradorowatym spojrzeniem pod tytułem „Proszę. O cokolwiek. Ale proszę.” Koper wskakuje mi na kolana i chwyta mnie zębami za koszulkę, co w dialekcie koprowym oznacza: „Chodźmy na spacer, już, teraz. Bo jak nie to zrobię kupę za łóżkiem.”

No, do jasnej ciasnej! Znowu wszystko jest na mojej głowie.

sobota, 9 kwietnia 2016

Wiosenne odświeżanie szafy

- Kochanie, zobacz - mówię przy niedzielnym śniadaniu i podtykam Darkowi kolorowe pisemko pod nos. - Jaka piękna. Mam tyle bluzek, a nie mam z czym ich nosić. Muszę sobie sprawić taką spódnicę.
- A nie prościej pozbyć się bluzek?
- ???!!!
- No, dobra. Pokaż.

Po chwili teatralnych westchnień i zadumań.

- No, ładna.
- Ale ładna, że łał czy raczej taka sobie tam ładna.
- Nie, no. Całkiem ładna.
- Hmm. A myślisz, że w takim kolorze ładnie by mi było?
- No, fajny żółty.
- Jaki żółty? To nie żółty tylko musztardowy. Żółtego nie znoszę. No to ładnie by mi było? Czy lepiej taka oberżyna?
- Wybieram telefon do przyjaciela.
- No, daj spokój. Spójrz. Taki kolor, czy taki?
- Ten pierwszy.
- OK. A myślisz, że długość byłaby dobra? Lepiej mi w mini czy w midi?
- We wszystkim ci dobrze.
- No, weź. Pomóż mi troszkę. Tobie łatwiej spojrzeć na to obiektywnie.
- Obiektywnie. Wyrzuć te bluzki!
- Ale ja chcę sobie trochę odświeżyć szafę.
- To ją otwórz i przewietrz! I daj mi święty spokój!

źr. /pinterest/